11 najlepszych filmów 2025 roku

W 2025 roku obejrzałem 142 film z czego tych z premierowych, datowanych na 2025 rok była zdecydowana mniejszość. Dlatego pewnie wybór nie był taki trudny. Nigdy nie napiszę „to był kiepski rok dla kina”, albo 'to był wspaniały filmowy rok’. Był jak zawsze różnorodny. Wybór byłby z pewnością trudniejszy, gdybym oglądał tylko filmy wyprodukowane w 2025 roku.

Zatem pokusiłem się o najlepszą jedenastkę. Możemy porzucać się śnieżkami, wygrażać sobie, ale tej listy nic nie zmieni. Oto najlepsza jedenastka  z 2025 toku.

MIEJSCE 11

Sisu: Droga do zemsty (2025)

Sisu: Droga do zemsty

Jak najlepsze uderzenie młotkiem w ten wystający z belki gwóźdź. Jalmari Helander dowiózł w Sisu, a teraz dowozi dwa razy więcej towaru. Podwoił się budżet, podwoiła się ilość horroru na ekranie. Sisu: Droga do zemsty to kino dzikie i ekskluzywnie brutalne, wpadające na bandę, ale mimo wszystko nie wchodzi na terytorium zarezerwowane dla kina z nurtu Szybcy i wściekli. To są nieprawdopodobne sceny, ale niezmiennie w gatunkowej konwencji. W Szybcy i wściekli twórcy z pewnością pokusiłby się o sceny, gdy bohater ujeżdża białe niedźwiedzie, tutaj próżno szukać aż takiej fantastyki.

Zatem drugi Sisu to kolejny powrót do brutalnej eksploatacji, w której bohater jako jednoosobowa armia wytycza krwawy szlak w kierunku ojczyzny. Mamy tutaj dodatkowo vibe znany z serii Mad Max, dużo scen rozgrywa się w trakcie szaleńczej jazdy ciężarówką. Co znamienne, fiński komandos naprawdę nie żywi do nikogo urazy. On chce po prostu przekroczyć granicę. Nikomu by się nie stała krzywda, gdyby wszyscy zostawili go w spokoju. Oczywiście służby KGB mają na to inny pomysł, chcieliby żeby ich zawsze było na wierzchu. Może i na wierzchu będzie przez chwile, krwawy Fin ma co rusz wielkie kłopoty, ale zawsze sobie poradzi.

Niebywale brutalne, miejscami wręcz ekstremalne. Groteskowa przemoc łapie się jednak w komiksowe ramy. Przegięta brutalizacja kolejnych sekwencji jest tu ujściem dla całego gniewu, który mężczyzna w trzymał w sobie od momentu, gdy pochował rodzinę. CZYTAJ WIĘCEJ

MIEJSCE 10

Dom dobry (2025)

Dom dobry

To trudny, ale potrzebny film. Aktorzy zagrali tak, że coś ściska w żołądku. Czytałem kiedyś wspomnienia (nie pamiętam czyje), o Krótkim filmie o zabijaniu Kieślowskiego i o roli Mirosława Baki. Wspomnienia dotyczyły Baki jako aktora i jego sugestywnej roli. Ludzie krzyczeli za nim „morderca!” na ulicy. I rola Tomasza Schuchardta jest właśnie taka, mocna i przerażająco autentyczna. Potwór w domu, do rany przyłóż człowiek na ulicy, w okolicy i na obiedzie u teściowej. A do Agaty Turkot chciałoby się powiedzieć po seansie „trzyma się jakoś pani”? Taki to film, prawdziwie przejmujący.

Tak sobie myślę o tych wszystkich współczesnych mężczyznach, którzy piszą negatywne komentarze na temat kobiet i tego, że dzisiaj są one takie agresywne. Tutaj w komentarzach też mogą się tacy trafić. Piszą o „feminazistkach”, o tym że są brutalne, że trudno z jakąś być i stworzyć domowe ognisko. Ale mój drogi kolego, one nie będą takie agresywne dla Ciebie, zapewniam Cię. Przecież Ty nie masz sobie nic do zarzucenia. One muszą być takie brutalne, wyzwolone, niezależne, pewne siebie, po kursach krav magi, zwinne, silne, szybkie, żeby Grzesiek (Grzesiek z filmu Smarzowskiego) dostał w ryj po pierwszym alarmie. CZYTAJ WIĘCEJ

MIEJSCE 9

The Ballad of Wallis Island

The Ballad of Wallis Island

Czym jest „The Ballad of Wallis Island”? Opisem relacji dwójki mężczyzn i wyciągniętych nauk własnie z tego niecodziennego spotkania. Spotkanie obfituje w sporo napięć. Po prawdzie to spięty jest tylko Herb. Charles ma problemy innego rodzaju, równie istotne.

Wygrany na spokojnych tonach, bez histerii, wspaniały film o wielu rzeczach. Jest tu o stracie, niemożności pogodzenia się z żałobą. Jest również o tym, że mimo wszystko trzeba spróbować iść dalej, przecież przed nami jeszcze wiele lat życia. Z pewnością osoba, która odeszła nie życzyłaby sobie, żeby ją cały czas opłakiwać, tęsknić za nią. To jednocześnie niezwykle wzruszający film o czymś, co było naprawdę piękne (i nie chodzi tu tylko o śmierć, ale chociażby o miłość), ale kolejne rzeczy mogą być równie doniosłe. Jest więc nadzieja i bardzo optymistyczny finał. Dodaje dużo wiary i siły, również widzowi.

Kameralny film o potrzebie bliskości, o powracających emocjach. Niezwykle szczery i zabawny. CZYTAJ WIĘCEJ

MIEJSCE 8

Zamach na papieża

Zamach na papieża

Doskonały Bogusław Linda, świetny drugi plan. kilka sekwencji które chciałbym raz jeszcze obejrzeć (i obejrzę!). Najlepsze filmowe rozwiązanie pobocznej kryminalnej sprawy, krótkie, szybkie i bezkompromisowe. I w końcu historia tego smutnego żołnierza, jednego z pięciu najlepszych snajperów na świecie, który ma trafić papieża z kilometra w operacji „paproch”.

Tematem jest to łamanie człowieka, o którym wspominałem. Jednak nie myślcie, że Konstanty Brusicki „Bruno” (Bogusław Linda) jest taką łamliwą gałęzią. To ten człowiek, który jak Maurer z Psów, doskonale wie, do czego są zdolni zwierzchnicy. Nie ma więc sensu odmawiać, to nie wchodzi w grę. Dlatego nie można mieć mu za złe tego, że obecnie będąc w rezerwie, po prostu przyjmuje do wiadomości, co ma zrobić. A ma zabić Mehmeta Ali Ağce chwilę po tym, gdy ten dokona zamachu na Karola Wojtyłę. To ma być czysta robota, tak, by nikt nie trafił na szczyt układanki

Tematem jest to łamanie człowieka, o którym wspominałem. Jednak nie myślcie, że Konstanty Brusicki „Bruno” (Bogusław Linda) jest taką łamliwą gałęzią. To ten człowiek, który jak Maurer z Psów, doskonale wie, do czego są zdolni zwierzchnicy. Nie ma więc sensu odmawiać, to nie wchodzi w grę. Dlatego nie można mieć mu za złe tego, że obecnie będąc w rezerwie, po prostu przyjmuje do wiadomości, co ma zrobić. A ma zabić Mehmeta Ali Ağce chwilę po tym, gdy ten dokona zamachu na Karola Wojtyłę. To ma być czysta robota, tak, by nikt nie trafił na szczyt układanki. CZYTAJ WIĘCEJ

MIEJSCE 7

Zniknięcia

Zniknięcia

Uwielbiam Barbarzyńców Zacha Creggera za to, że był to dla mnie klasyczny one-shot. Bez pobierania od kolegów, w zgodzie z własnym szaleństwem. Zamknięta sprawa i totalnie zwariowany horror, który stworzył własną mitologię. Widzowie nie mają przy niektórych rzeczach umiaru. Chcieliby więcej tego samego. Może sequel Barbarzyńców? Nic z tego mówi Cregger, teraz daję Wam Zniknięcia. I znowu to zrobił.

Tak, można tu napisać o horrorze z atmosferą w duchu amerykańskich powieściopisarzy, Kinga czy Koontza. Tak, można by zaplątać w akapity recenzji słowa o Inwazji porywaczy ciał Jacka Finneya. Ale nawet tych kilka tropów nie sprawia, że Cregger przy kolejnym pełnometrażowym filmie postanowił coś skopiować. To jest jego opowieść, znowu zamknięta historia, taka mroczna bajka którą opowiadasz przed snem dziecku.

Przy takich seansach można napisać, że film ma predyspozycje na to, by w niedługim czasie stać się kultowym. Chętnie bym się pod tym podpisał, niestety nie wierzę już w takie zjawisko. Gdyby Zniknięcia powstał 20 lat temu, to owszem. Dzisiaj jesteśmy przytłoczeni kolejnymi filmami, a te rzeczywiście wartościowe, jak ten omawiany, mają wciąż za małą oglądalność. Są przysypywane następnymi kiepskimi produkcjami. O Barbarzyńcach też pisałem, że powinny zostać filmem kultowym. Zostały? Nie mnie to oceniać, chociaż szczerze wątpię, czy dzisiaj takie zjawisko istnieje. CZYTAJ WIĘCEJ

MIEJSCE 6

One Battle After Another - Jedna bitwa po drugiej (2025)

Jedna bitwa po drugiej

Paul Thomas Anderson zwraca więc uwagę, że rewolucje (zaczynając od tych najmniejszych) są ważne. W jaki bowiem inny sposób masz się buntować, wyrażać sprzeciw wobec ograniczającym cię prawom? Dlatego Jedną bitwę po drugiej czytam nie jako nawoływanie, ale raczej jako wyraz szacunku do tych, którym chce się protestować, wychodzić na ulicę w deszczu, stać ramię w ramię na marszach przeciwko przemocy, na czarnych marszach. Najważniejsze to wyjść z domu, kiedy komuś dzieje się krzywda. To jest to pozytywne nawoływanie ze strony twórcy, cała reszta to ciosy w jedną i drugą stronę. To ciosy, które piętnują złe nawyki, robią krzywdę, zostawiają siniaki.

Zaczynając bowiem od początku, czyli rewolucyjnej eksplozji dostajemy wgląd w wydarzenia związane z Perfidią (która w prostej linii jest potomkinią rewolucjonistów) i Boba (który pasuje raczej do typu domatora). Jak się poznali? Nie wiadomo. Oboje natomiast zaciągnęli się napalmem. Niczym Bonnie i Clyde mają swój rajd po amerykańskiej ziemi. W imię wolności rzecz jasna. Napadają na banki, uwalniają imigrantów ze specjalnych obozów, rabują placówki rządowe. To zaciągnięcie się szaleństwem przynosi ofiary. To jest szalone i ekstremalne, łatwo sobie nabić guza. I tak się właśnie dzieje, ich tropem rusza kapitan (jeszcze) Steven J. Lockjaw. CZYTAJ WIĘCEJ

MIEJSCE 5

Diablo

Diablo

Diablo to filmowy komiks, przesadzona miejscami brutalność, sceny które powinniśmy zobaczyć tylko na ilustracjach (El Corvo zszywa sobie skórę na głowie), ale też świetna realizacja w duchu nowocześnie spreparowanej akcji. Choreografia (ułożona przez Zarora) to seria krótkich wymian ciosów. Każdy czuć, każdy jest dobrze sfotografowany i nic nam nie umyka. A sam El Corvo to rzeczywiście chodzący T-800. Nie czuje trwogi przed nikim, nie straszne mu kule, nie boi się postrzałów, a najlepsze zostawiłem na koniec. Otóż niczym najlepszy komiksowy złoczyńca El Corvo ma swój znak rozpoznawczy. Tutaj to żelazna pięść, która kryje w sobie niejedną niespodziankę.

Wspaniały seans. Szybkie i brutalne kino akcji. Z ciekawym i dość rzadko eksploatowanym kolumbijskim krajobrazem. Adkins jest genialny jak zawsze, ale to Zaror wychodzi najczęściej przed szereg. Charyzmatyczny psychopata z misją, którą musi wykonać. I dostajemy wyrwaną z zawiasów furtkę na drugą część. Oby! CZYTAJ WIĘCEJ

MIEJSCE 4

Brzydka siostra

Brzydka siostra

Brzydka siostra, o szaleńczym biegu w kierunku piękna. To oczywista krytyka wszystkich zabiegów, przez które kobieta (lub mężczyzna) ingeruje w swoją urodę, co ważne, bez opamiętania. Nie ganię bowiem samych zabiegów, bez przesady. Jeżeli mają one pomóc w tym, żeby dana osoba czuła się ze sobą lepiej, proszę bardzo. Ale wszystko z umiarem, jak z każdą rzeczą w życiu. I nie ma definicji na ten umiar, nie ma nigdzie zapisanej podziałki, w którym miejscu zaczyna się przesada. Liczy się zdrowy rozsądek. Przecież nikt nie prosi o to, żeby żyć z zajęczą wargą, czy z odstającym jednym uchem, skoro współczesna chirurga jest już na takim poziomie, że można coś z tym zrobić. Nawet ten kartoflany nos można sobie poprawić, nie ma w tym nic zdrożnego. Gorzej, gdy wpadnie się do tej pralki, nastawi na program 'popraw i powiększ wszystko’.

Brzydka siostra jako film i horror pokazuje to wszystko, tę właśnie przesadę, gdy brakuje umiaru, bo cel jest (tylko i zawsze teoretycznie) na wyciągnięcie ręki. To również krytyka środowiska, które piętnuje rzeczy, które przez to samo środowisko nazywane są „wadami”. I to działa z każdej strony. Ta krytyka, brak wsparcia od rodzica, próba ingerowania i przeświadczenie o tym, że ten społeczny awans kobiety może się udać tylko przez ślub z księciem.

Brzydka siostra to film świetnie nakręcony. Na uwagę zasługuje ciekawie dobrana elektroniczna muzyka oraz warstwa wizualna, która przypomniała mi nieco Faworytę z 2018 roku. Brzydka siostra to także film brutalny, miejscami bezkompromisowy, niekiedy operuje czarnym humorem, ale jest też tym wybijającym z rytmu obrazem, który nie cofnie się przed niczym, by pokazać… głupotę. CZYTAJ WIĘCEJ

MIEJSCE 3

Oddaj ją

Oddaj ją

Danny i Michael Philippou wciąż niebezpiecznie flirtują ze śmiercią. Po mocnym wejściu w świat filmowego horroru, czyli po imponującym debiucie Mów do mnie! bracia Philippou pozostali po tamtej stronie. Tym razem nie przywołują jednak duchów. Teraz, w Oddaj ją, opowiadają o tym że człowiek po stracie najbliższej osoby jest w stanie oszaleć. Najgorsze, że w przypadku wypatrzenia jakiejkolwiek szansy (złudnej, irracjonalnej) na sprowadzenie ukochanej osoby z powrotem, w tym amoku, tej nadziei trzyma się kurczowo. Wbija pazury w nadzieję, robi kolejne szalone rzeczy, wpada w paranoję, krzywdzi wszystko wokół, a ostatecznie otwiera drzwi piekielne na oścież. Wiecie co się wówczas dzieje, ogień trawi wszystko.

Pamiętacie piekielną projekcję, którą bohaterowie widzieli w Ukrytym wymiarze? Tam było naprawdę źle. tam było okrucieństwo i bestialstwo. Laura z Oddaj ją ma podobny materiał w domu. Ogląda zapis wideo, który jest swoistą instrukcją okiełznania demona. I wszystko poszło źle.

Oddaj ją to kilka wstrząsów, ale i niewyobrażalny smutek. Wstrząsy przychodzą nagle. Bracia Philippou świetnie opanowali reżyserowanie tych momentów, kiedy dochodzi do terapii szokowej. Ta sekwencja z nożem (nic więcej nie napiszę), ten moment gdy ciało staje się posiłkiem (starczy!), cały finał, groza która jest na wyciągnięcie ręki, bo to przecież ten dom i ta kobieta. Działania poddane osobliwym przeświadczeniom, że wszystko się uda. CZYTAJ WIĘCEJ

MIEJSCE 2

Grzesznicy

Grzesznicy

Sam film jest przede wszystkim tą pełną ognia opowieścią o dwóch braciach, którzy wracają do rodzinnego miasteczka. Za nic mając sobie tutejsze długie tradycje z pogromami czarnoskórej społeczności, nie boją się represji i otwierają klub. Wpuszczają w żyły miasta bluesa, a pomaga im kuzyn zakochany w tej muzyce. Blues, który rzeczywiście był nazywany muzyką diabła pieści uszy, podgrzewa krew, a diabeł sam się pojawia. W ten wyśmienity sposób dostaliśmy nie tylko żywiołowe kino gatunku, które dzięki swobodnej narracji przechodzi płynnie od przygotowań, przez imprezę, po finał gdy nagle trzeba zmierzyć się w przedsionku piekła. Dostaliśmy i kino rozrywkowe, które w pewnym momencie przypomina Od zmierzchu do świtu, ale dostaliśmy też metaforę o uciśnionej społeczności, która w muzyce znajduje nie tylko ukojenie, ale odnajduje przede wszystkim ducha walki.

Czy Grzesznicy zatem to film wybitny? A jakże, w swojej konwencji to obecnie najlepsza kinowa rozrywka, film pełen serca, doskonale opowiada o wpływach muzycznych, ta warstwa jest imponująca. Ale Coogler nie zapomina też o mięsie, jest krwawo, dobitnie. Przy takich seansach odchodzi gdzieś na bok zmęczenie po całym dniu, ogląda się i zapomina o wszystkich troskach. To seans, pisząc już zupełnie kolokwialnie, który jest wybuchającą co chwilę petardą, nawet jeżeli to skomasowanie akcji przypada dopiero na finał. Wszystko po drodze do tego finału jest ważne, zajmujące, z pięknie nakreślonym czasem, miejscem i bohaterami przy których chce się stać i których chce się słuchać. CZYTAJ WIĘCEJ

MIEJSCE 1

Błysk diamentu śmierci

Błysk diamentu śmierci

Hélène Cattet i Bruno Forzani, reżyserska para odpowiedzialna za inną moją „dziesiątkę” (Amer, czyli Gorzki z 2009 roku) i tym razem, po raz kolejny, udowadnia swoją miłość do włoskich mistrzów. Kogo tu nie ma na sali, w tej orgiastycznej kinofilskiej zabawie pławią się sami starzy znajomi. Są wspominani, pojawiają się dosłownie, czasem w melodii, nierzadko w obrazie, albo w całych sekwencjach.

Jest Dario Argento ze swoim Ptakiem o kryształowym upierzeniu, Lucio Fulci z Jaszczurką w kobiecej skórze razem z maestro Morricone, który przygrywa La lucertola (a mnie w tym momencie przechodzi dreszcz). Jest i Danger Diabolik, czyli Mario Bava, są i tanie kryminały.

W tej miłości do kina Cattet i Forzani wypadają nawet lepiej niż Tarantino. Owszem, również cytują, ale ich miłość jest jeszcze inna, skierowana w jednym kierunku. Cattet i Forzani są wpatrzeni w kinematografię z półwyspu Apenińskiego i są w tym uczuciu olśniewający. Można nawet poczuć dyskomfort, gdy patrzy się na ten miłosny akt. W sensie, ja kocham włoskie kino gatunkowe, ale oni? To jest zniewalające i w pewnym stopniu hipnotyzujące. Zarażają i zdają się mówić „Hej, to są wspaniałe filmy, wracaj do nich częściej”.

Jest brzytwa, czarne skórzane rękawiczki, rozprute gardło, ściągnięta skóra, piękna dziewczyna, wspaniałe zdjęcia, komiksy, maski, gadżety, montaż który przyprawia o zawrót głowy. I to nie jest tak, że w tym kalejdoskopowym przeglądzie włoskiego kina gatunkowego z lat 70. mamy tylko kolaż pięknych obrazków i nośnej muzyki. Ta historia żyje w osobie głównego bohatera. To jest świetny scenariusz (również Hélène Cattet i Bruno Forzani). Jest trochę utkany na podobieństwo wszystkich tych opowieści o upadającym świecie, ale w gruncie rzeczy to też historia smutna i piękna.

Ten świat, czyli kino, tania sensacja, masa podniet, to zawsze było nasze najlepsze 90 minut z dala od tych wszystkich nudnych rzeczy za oknem. Bez względu na to, czy była to iluzja dla Dimana, czy naprawdę był kimś w rodzaju Bonda z jego fikuśnymi gadżetami, to wówczas było lepiej. Można spijać martini i patrzeć na bezkresny ocean, ale jak długo, na miłość boską?! CZYTAJ WIĘCEJ