Slough House to sekcja jak czyściec – trafiają tam agenci wywiadu, którzy dali ciała w jakiejś materii (czasem dosłownie). Zawiedli, mieli wpadkę, jak zwał, tak zwał.
Jest taka historia z mojego liceum z początku lat dwutysięcznych. Nauczyciel matematyki zabrał pisemne matury ze szkoły i je zgubił. Była spora afera, uczniowie mieli powtarzać raz jeszcze egzamin pisemny, weszło kuratorium, prokuratura, nauczyciel został zawieszony. Matury się znalazły, kuratorium zdecydowało że egzaminu powtarzać nie trzeba. Gdybyśmy mieli nauczycielski Slough House, pan od matematyki z pewnością by tam trafił.
To właśnie tego typu agenci są w Kulawych koniach. Znają się na rzeczy (ten od matematyki był naprawdę dobrym nauczycielem), ale… rozumiecie.
Kulawe konie, które potrafią jeszcze mocno kopnąć.
Na czele sekcji w Slough House stoi on, legenda wywiadu MI5 – Jackson Lamb (Gary Oldman). Prywatnie bardzo nieprzyjemny typ, ale można zrozumieć jego stosunek do pracy i do współpracowników. Jaki to stosunek? Najgorszy, obraźliwy, a on sam jest mocno odpychający. Nie wypowie zdania, żeby przy okazji nie przypomnieć, z jaką zgrają nieudaczników przyszło mu pracować. Ale on sam rzeczywiście jest legendą, swoje przeżył, widział wszystko, przetrwał Zimną Wojnę na pierwszej szpiegowskiej linii. De facto liczą się z nim wszyscy, chociaż nierzadko jest traktowany raczej jako ciekawostka w zoo. Niemniej każda taka ciekawostka może ugryźć. Tak jak Lamb.
Pierwszy sezon to zarazem pierwsze rozdanie kart. Sześć epizodów przedstawia jedną większą sprawę – porwanie młodego Pakistańczyka. Porywacze chcą skrócić chłopaka o głowę, tak dla przykładu. Żeby to było takie proste, ale w Kulawych koniach nic proste nie jest. Każda taka sprawa to ciemne gierki wywiadu, najczęściej tego brytyjskiego, który nawet tym porwaniem chce coś ugrać.
Gary Oldman, niekwestionowana gwiazda tego serialu.
Fantastycznie się Kulawe konie ogląda, chociaż trzeba być bardzo czujnym. Tu są ważne gesty, spojrzenia, gra słów. Do sprawy porwania włączają się te wyrzutki ze Slough House. Nie jest to na rękę topowym agentom z MI5, ale mimo wszystko ci ze Slough House są wciąż na liście płac jej królewskiej mości, mają papiery, mają realne umiejętności. I są nierzadko zdeterminowani – w sensie, że każdy z nich chciałby z tego czyśćca wrócić do „prawdziwej” roboty, a nie być zadekowanym, schowanym w brudnej szafie na łasce i niełasce krzywo patrzącego Lamba, który, niedużo brakuje, mógłby na nich pluć i rzucać jedzeniem.
Sześć epizodów, jedna sprawa, brudne gierki, niekończące się haki. Serial pokazuje, że w tej grze nie można ufać nikomu, tym bardziej „swoim”. Mocny, ale czasem mocno zabawny i rozbrajający. Jest to też serial gorzki, a pierwszy sezon i pierwsza sprawa (w szczegółach rzecz idzie o angielskich turbo patriotów, którzy stoją na straży kraju i bronią go przed imigrantami) obnaża hipokryzję, daje wgląd w cały ciąg śmieszno‑strasznych pseudo patriotycznych zawirowań, które są dobrze znane i na naszym poletku.
Czas trwania: 40–53 min
Gatunek: dramat
Twórca: Will Smith
Reżyseria: James Hawes
Scenariusz: Will Smith, Morwenna Banks, Mark Denton, Jonny Stockwood
Obsada: Gary Oldman, Jack Lowden , Kristin Scott Thomas, Dustin Demri-Burns, Olivia Cooke
Zdjęcia: Danny Cohen
Muzyka: Daniel Pemberton

