Jadwiga, młoda dziewczyna (Jadwiga Andrzejewska), czeka na decyzję przysięgłych. Jest oskarżona o zabicie dziecka. O jej losie mają decydować posępni starsi panowie, którzy razem z sędzią wypowiadają górnolotne kwestie o macierzyństwie, największym cudzie narodzin i wychowaniu. W trakcie tych słów dostajemy przebitki – jakże awangardowe to musiało być wówczas – z prozy życia: jakaś rodzina, jakieś dzieci, słyszymy narzekanie o „kolejnych gębach do wykarmienia”, zaraz mężczyzna wyciąga pasek ze spodni i zabiera się do karcenia. Wracamy na salę sądową. Wyrok już zapadł: kara śmierci.
Sprawie przysłuchuje się kobieta, mecenas Krystyna (Irena Eichlerówna), jeszcze niezwiązana z tematem. Podejmie próbę obrony w sądzie drugiej instancji, weźmie pod skrzydła dziewczynę, która była na dobrej drodze w swoim skromnym życiu, ale straciła wszystko. Za chwilę zobaczymy jej historię.
Historia z 1933 roku odsłania świat, w którym kobiety walczą o życie, a mężczyźni bezkarnie uruchamiają lawiny tragedii.
Wyobraź to sobie: rok 1933, silna kobieta prawniczka, dobrze sytuowana, ze służbą. W domu jest jeszcze on, Janusz (Dobiesław Damięcki), w skrócie budowlaniec – jasne, teraz tylko jeździ i dogląda pięknej, wzrastającej Polski, ale generalnie wywodzi się właśnie ze wspomnianego cechu. I w ten model rodziny wejdzie Jadwiga, zalękniona, na przegranej już pozycji dziewczyna, która przed tą sprawą z dzieckiem miała przed sobą świetlaną przyszłość.
Tak, była ambitna, startowała na kurs pielęgniarski, mieszkała kątem w wynajmowanym pokoju, pracowała ciężko w Wytwórni Papierów Wartościowych. Oszczędzała. Ale nawet ona chciała zapewne czasem czegoś innego. Wyjechała na weekend na wieś z przyjaciółkami z zakładu, tam dorwał ją on – elegancki facet – zbałamucił, rozkochał, porzucił i uciekł. No i pojawiło się dziecko. Reszta to już dramat i tragedia.
Upadek Jadwigi zaczyna się od weekendowego zauroczenia.
Pamiętaj, że to produkcja z 1933 roku. I nie wiem, czy ktoś wówczas, prawie sto lat temu, zarzucał reżyserowi Juliuszowi Gardanowi to, że kręci film o niezależnych, silnych kobietach. Czy ktoś wtedy wychodził z piwnicy i unosił się męskim honorem na ten „zniekształcony obraz mężczyzny na wielkim ekranie”. Cóż, prawda jest taka, że właśnie on, mężczyzna, jest tutaj głównie przyczynkiem dramatycznego ciągu wydarzeń.
Jasne, wiele tu naiwnych zagrywek, szczególnie jeśli chodzi o skróty warsztatowe aktorów – przesadzone, często z dość osobliwą i ckliwą nadekspresją, zarówno w relacjach między postaciami, jak i w samym przedstawieniu wydarzeń przed kamerą: trochę zbyt teatralnie, zbyt sugestywnie. Cała reszta to piękne wspomnienia i film ważny również dlatego, że przedstawia czas sprzed wojny. Nie ma już nic z tego, co zobaczycie na ekranie. Na pewno nie ma tych ludzi, nie ma osób związanych z produkcją, ale nie ma też tych samych ulic, budynków – jeżeli są, to odbudowane po wojnie.
To 1933 rok, nikt nie myślał o nadchodzącym koszmarze. Ludzie zdobywali zawód, mieli kariery, pracowali. Ona była wziętą panią mecenas, pracownice zakładów papierów wartościowych jeździły na zabawy, ulice żyły swoim rytmem. Świetny zapis czasów, mocna historia z twistem – dość ponurym i przykrym.
Gatunek: dramat
Reżyseria: Juliusz Gardan
Scenariusz: Maria Morozowicz-Szczepkowska
Obsada: Jadwiga Andrzejewska, Irena Eichlerówna, Dobiesław Damięcki
Muzyka: Henryk Wars
Zdjęcia: Zbigniew Gniazdowski

