Mocny tytuł, bardzo zwodniczy, a odczytuję go jako wyjątkowo pozytywny. Debiut Natalii Legutko jest tym kalejdoskopowym zapisem całego szeregu wspomnień, przefiltrowanych najczęściej przez dziecięcą (autorki, czyli jej własną) optykę. Ja pozwolę sobie swoje wrażenia przedstawić w nieco rozchwianej formie (jakby kiedyś było inaczej).
Pierwsze uczucie, jakiego doznałem w trakcie lektury, to… ciepło. Tak, z całym tym przypomnieniem wydarzeń z mojego dzieciństwa lub raczej już dorastania (jestem starszy niż Natalia) przyszło ciepło. To dobre uczucie, bezpieczne, przypominające o komforcie tamtych czasów, gdy złe rzeczy (nawet jeżeli istniały) były najczęściej w telewizorze, gdzieś obok. A nawet nie chodzi o złe rzeczy, tylko te wszystkie, które mogłyby zmącić beztroskę – nie martwienie się o śniadanie, obiad, rzeczy do ubrania. Zdaję sobie sprawę, że to przywilej. I Natalia miała dobre dzieciństwo (to wnioski po komiksie), i ja takie miałem. Bywa różnie, każdy mógłby przecież mieć własną historię.
Nostalgia działa tu jak miękkie światło: rozjaśnia to, co chcemy pamiętać, resztę zostawiając w cieniu.
Nostalgia tutaj, jak i na przykład w innym komiksach, choćby w Sezonie spadających gwiazd, to te przykłady wspomnień, przy których dobre i ciepłe obrazy wypierają dramatyczne niekiedy historie poza kadr. Nie wątpię, że każdy miał smutne chwile, ale beztroska, zapach świąt, rodzinnego domu – to przeważa w naszych powrotach. Szczególnie gdy od tamtych czasów się oddalamy.
I Natalia Legutko tak właśnie działa ze swoim debiutem. Nie będę oceniać, zresztą rzadko to robię. De facto pewną niesprawiedliwością byłoby ten komiks ocenić, bo to przecież jej życie, Natalii. W faktografii wszystko się zgadza – też tu mieszkałem, też jadłem mniej więcej w tym samym czasie pierwszego McDonalda, oglądałem telewizję z dekodera i tak dalej.
Ilustracyjnie to styl ikon i piktogramów, bardzo prosty, ale przecież już Łukasz Wojciechowski w swoim Dum‑Dum pokazał mi, że nie realizm świadczy o umiejętności przekazywania odpowiednich nastrojów i emocji. Natalia Legutko tylko to potwierdza. Proste i schematyczne rysunki, z dobrze dobraną kolorystyką, zawsze miłą dla oka, ze wspomnieniami, które są jej – małej bohaterki – ale i nasze, całej reszty rodaków.
Debiut Legutko to kalejdoskop wspólnych doświadczeń.
Niech będzie! To dobry komiks, kawał zapisu ważnych czasów – i nie chodzi tu tylko o dzieciństwo, ale ten szalony okres dla kraju, gdzie w tym króliczym pędzie połknęliśmy wszystko, co nowe. Nawet nie patrzyliśmy na metki, tylko prosto do gęby: żucie i przełykanie. Tak było w latach 90., tak było na początku dwutysięcznych.
Może szkoda tylko, że autorka bardziej się nie odsłoniła. Brakuje trochę czegoś bardziej osobistego, ale widocznie nie miała na to jeszcze ochoty.
Polecam, bo to przecież fajna rzecz – raz jeszcze zerknąć na przeszłość, którą też miałeś lub miałaś. To zresztą po trosze niesamowite, że wszyscy byliśmy tak daleko od siebie, a jednocześnie, przez ten szereg wydarzeń, rzeczy, polonezów, autobusów ogórków, wyjazdów do Ustki, byliśmy tak blisko siebie.
Ach, tytuł To był najlepszy koniec świata, bo rzeczywiście tamten świat już się skończył, ale przecież był najlepszy. I jadąc dalej, cytując fragment z Finlandii zespołu Świetliki:
Nigdy nie będzie tak pysznych ciastek
Reprezentacja naszego kraju nie będzie miała takich wyników
Już nigdy nigdy nie będzie takich wędlin takiej coca coli
Scenariusz: Natalia Legutko
Redakcja: Paulina Frankiewicz
Korekta: Barbara Śliwicka
Redakcja techniczna: Jarosław Składanek
Ilość stron: 194
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Format: 165 x 235 mm

