The Ballad of Wallis Island

Jaki powinien być współczesny dobry film niezależny? Emocje? To na pewno. Super, gdyby czegoś uczył, chociażby pokory. Musimy też uwierzyć w historię, musimy się zaangażować w opowieść, rozumieć bohaterów. The Ballad of Wallis Island ma to wszystko, a nawet jeszcze więcej.

Brytyjski komediodramat w reżyserii Jamesa Griffithsa oferuje przede wszystkim świetny scenariusz. Napisali go Tom Basen i Tim Key, dwójka aktorów, którzy wcielili się tutaj w pierwszoplanowe role. Na tej malutkiej wysepce bohaterów jest więcej, ale chodzi głównie o tę dwójkę.

The Ballad of Wallis IslandSiła kina niezależnego.

O Charlesie (Tim Key) można napisać, że jest ekscentryczny. Głównie jednak bywa irytujący. W zasadzie nieszkodliwy, ale potrafi sprawić, że człowiek chciałby powiedzieć o jedno słowo za dużo. Natomiast Herb McGwyer (Tom Basen) to muzyk, być może w pewnym twórczym kryzysie. Z wieloma niezamkniętymi sprawami, na rozdrożu, uwikłany w osobliwe projekty (takie, które pozwolą mu przetrwać na wciąż zmieniającym się rynku). Herb przybywa na tytułową wyspę do Charlesa dać kameralny koncert. Nie zdradzę więcej, to musi Wam wystarczyć.

Czym jest The Ballad of Wallis Island? Opisem relacji dwójki mężczyzn i wyciągniętych nauk własnie z tego niecodziennego spotkania. Spotkanie obfituje w sporo napięć. Po prawdzie to spięty jest tylko Herb. Charles ma problemy innego rodzaju, równie istotne.

The Ballad of Wallis Island. Ciepły, z empatią, ważny.

Przypomina mi się tu cudowny Samoloty, pociągi i samochody (1987, John Hughes). Wprawdzie film Hughesa traktował głównie o podróży, ale zależność między bohaterami była podobna. Charles Heath z wyspy Wallis ma w sobie coś z Dela Griffitha (John Candy), a Herb McGwyer z Neala Page’a (Steve Martin). Charles ma podobny dryg do tego nachalnego wchodzenia w osobistą przestrzeń drugiej osoby. Słowotok powoduje irytację filmowego partnera. Ekscentryzm, owszem, ale i pewien rodzaj wścibstwa. Jednak cały szereg obserwowanych w filmie zachowań to mechanizmy obronne. Ludzie mówią czasem za dużo, zachowują się dziwnie, odwracają tym samym uwagę od swoich własnych problemów, kompleksów. Nie potrafimy rozmawiać wprost, czasem krążymy wokół sprawy w nadziei, że ktoś to zauważy (tak naprawdę, o to przeważnie chodzi, ale podejść trzeba zawsze z empatią). Nie lubimy naprowadzać i ułatwiać interpretacji.

The Ballad of Wallis Island

Panowie się jednak, ostatecznie, „nauczą siebie” i wyciągną z kontaktu ogromną naukę, najlepszą. Ten wspólny czas na wyspie Wallis to najlepsza wspólna terapia, nowy start.

Wygrany na spokojnych tonach, bez histerii, wspaniały film o wielu rzeczach. Jest tu o stracie, niemożności pogodzenia się z żałobą. Jest również o tym, że mimo wszystko trzeba spróbować iść dalej, przecież przed nami jeszcze wiele lat życia. Z pewnością osoba, która odeszła nie życzyłaby sobie, żeby ją cały czas opłakiwać, tęsknić za nią. To jednocześnie niezwykle wzruszający film o czymś, co było naprawdę piękne (i nie chodzi tu tylko o śmierć, ale chociażby o miłość), ale kolejne rzeczy mogą być równie doniosłe. Jest więc nadzieja i bardzo optymistyczny finał. Dodaje dużo wiary i siły, również widzowi.

Kameralny film o potrzebie bliskości, o powracających emocjach. Niezwykle szczery i zabawny.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 100 min
Gatunek: dramat, komedia
Reżyseria: James Griffiths
Scenariusz: Tom Basden, Tim Key
Obsada: Tom Basden, Tim Key, Carey Mulligan
Zdjęcia: G. Magni Ágústsson
Muzyka: Adem Ilhan