Mój własny wróg

Nie jest to często poruszany motyw przez filmowców, ale jest on jednocześnie tym uniwersalnym sposobem na opowiedzenie o wojnie z innej perspektywy – gdy dwie zwaśnione strony znajdują się w teoretycznie beznadziejnym położeniu, po dłuższym czasie obcowania ze sobą stwierdzają, że mają więcej wspólnego, niż ich różni.

To jednocześnie udowadnia, jak nierzadko konflikt wymyślony jest ot tak, przez możnych tego świata – najczęściej w imię interesu czy własnych chorych ambicji. Strony konfliktu posługują się żołnierzami, którzy tylko sprawują swoją żołnierską funkcję, a przecież gdyby obedrzeć ich z munduru, ubrać w cywilne ciuchy, zaprosić na jedną imprezę, mogliby stać się najlepszymi przyjaciółmi.

Mój własny wrógMój wrogu, mój przyjacielu.

To nic nowego, ale niestety jest to wciąż niezwykle smutne. Mnie przynajmniej to smuci, bo naprawdę ludzkość już tak wiele razy zawiodła na tym polu, a przecież zawiedzie pewnie nie raz. Ten temat porusza kilka filmów, a najlepszym przykładem może być Ziemia niczyja (2001, Danis Tanović) – bośniacki dramat, w którym żołnierze dwóch wrogich armii zostają uwięzieni w jednym okopie i są zmuszeni do rozmowy, współistnienia i konfrontacji z własnymi uprzedzeniami. Albo Piekło na Pacyfiku (1968, John Boorman), gdzie w podobnej sytuacji znaleźli się Amerykanin i Japończyk. No i opisywany teraz Mój własny wróg, dramat sci-fi o dwóch odwiecznych wrogach, którzy po kraksach swoich latających maszyn na wyjątkowo niegościnnej planecie zostali przyjaciółmi. Musieli, bo ta sama niegościnna planeta mogłaby ich strawić. A tak – pomagali sobie, uczyli się siebie, w końcu, co najważniejsze, potrzebowali się nawzajem.

Trzeba bowiem przyznać, że fabuła jest bardzo prosta (ale potrafi być porywająca). Dwóch pilotów – człowiek (Dennis Quaid) i Drac – trafia na niegościnną planetę. Walczą, a ostatecznie stają się sobie bliscy. Petersen kondensuje emocje, buduje film jak moralitet. Wrogowie odkrywają, że ich nienawiść była narzucona. Że przetrwanie wymaga współpracy. Że różnica gatunkowa nie ma znaczenia wobec elementarnych potrzeb. To kino o intymności w przestrzeni kosmicznej.

Klasyczne sci-fi. Skromne, ale o rzeczach najważniejszych.

Dzisiaj trzeba czytać film Petersena jako historię o przełamywaniu nienawiści – to najważniejsze jego przesłanie. Ale trzeba napisać, że ten udany, uniwersalny i ponadczasowy film z gatunku sci-fi, traktujący przecież o rzeczach nam bliskich, powstawał w niezwykłym chaosie.

Mój własny wróg

Pierwsza wersja, reżyserowana przez Richarda Loncraine’a, została porzucona po kilku tygodniach zdjęć. Studio uznało materiał za nieudany. Wtedy do projektu wszedł Wolfgang Petersen, świeżo po sukcesie Niekończącej się opowieści. Pierwszy budżet 17 milionów dolarów szybko przekroczył 40 milionów dolarów. A przecież trzeba wziąć pod uwagę, że w gruncie rzeczy Mój własny wróg to film fabularnie skromny – jasne, jest ta monumentalna scenografia, są piękne efekty praktyczne, świetna charakteryzacja (w tym ta mistrzowska, której poddał się Louis Gossett Jr.). Ale nie uświadczysz tu żadnych spektakularnych scen bitewnych, raptem jedna kosmiczna potyczka (też skromna), nic więcej.

To nie jest pierwsze i ostatnie dzieło kinematografii, które doceniono po latach. Widzowie zrozumieli w końcu, że to nie jest kino akcji, lecz przypowieść. Że to film o rasizmie, o wojnie i propagandzie. Dziś takie sci-fi objawia się jako kino niezwykle ważne, może i najważniejsze, bo traktuje głównie o tym, że obcość jest konstruktem. wrogość można rozbroić rozmową, współpracą, wspólnym doświadczeniem. Dobrze nakręcony, z odważnymi aranżacjami muzycznymi w wykonaniu Maurice’a Jarre’a (ojciec Jean-Michel Jarre’a) i ze świetną chemią pomiędzy dwójką prowadzących tę opowieść aktorów.
Patryk Karwowski

Czas trwania: 108 min
Gatunek: dramat, sci-fi
Reżyseria: Wolfgang Petersen
Scenariusz: Edward Khmara
Obsada: Dennis Quaid, Louis Gossett Jr.
Muzyka: Maurice Jarre
Zdjęcia: Tony Imi