To zestawienie nie ma na celu typowania najlepszego filmu roku. To zestawienie przedstawia ranking, mój ranking, nominowanych do głównej kategorii. Czyli film z pierwszego miejsca nie musi być tym najlepszym filmem roku Pierwsze miejsce zajmuje film, który według mnie jest najleszym z tych nominowanych. I już.
MIEJSCE 10

Frankenstein – reż. Guillermo del Toro
Nie jest mi po drodze z Guillermo del Toro i Frankenstein tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Wprawdzie nie widziałem Kręgosłupa diabła, podejrzewam że akurat ten film mógłby mi się spodobać. Ale następne?
Nie bawiłem się najlepiej na Labiryncie fauna, zasnąłem na premierowym pokazie Kształtu wody na festiwalu Camerimage, marudziłem na Crimson Peak. Wzgórze krwi. A Hellboya, Blade 2 i Mutanta pan widział? Widziałem. Tak, to te dobre punkty w filmografii meksykańskiego twórcy.
Frankensteina obejrzałem niestety (niestety dla del Toro) na tym swoim etapie odbioru filmów, w którym autentycznie wzdrygam się przed całą skalkulowaną sterylnością produkcji. Mam na myśli również scenografię i wnętrza otulone teksturami w wysokich rozdzielczościach.
Była kiedyś taka gra na PC pod tytułem Myst z lat 90. Piękne sterylne tle (nie szukajcie, teraz ciężko na to patrzeć, piszę o ówczesnym odbiorze), w których można było się poruszać pomiędzy lokacjami w sekwencji video. Po kliknięciu w jakiś obszar kamera przeskakiwała do następnego krajobrazu. I to było moje pierwsze skojarzenie przy oglądaniu Frankensteina. To ten sam produkt – scenografia z gry video, nieprawdziwi ludzie, nieprawdziwy film. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 9

F1 – reż. Joseph Kosinski
Sonny Hayes (Brad Pitt) z F1: Film to nikt inny jak Pete „Maverick” Mitchell z filmu Top Gun Maverick (oba zostały wyreżyserowane przez Josepha Kosinskiego). Co łączy tych dwóch mężczyzn? Poza wiekiem, wiele rzeczy. Maverick i Hayes są krnąbrni, obdarzeni niezwykłą charyzmą, z umiejętnościami które można uzyskać tylko na polu walki (w walce z przeciwnikiem, albo w walce z innymi kierowcami na torze). Obaj należą do staro amerykańskiego mitu wykutego jeszcze w czasach Dzikiego Zachodu. Tak, to współcześni kowboje, którzy całe swoje życie zamykają w marynarskim worku przewieszonym przez ramię. W starych dżinsach idą do nowej roboty, wsiadają do nowej maszyny i kradną show.
Czy to bolid Formuły 1, czy Boeing F/A-18E/F Super Hornet, nie ma to znaczenia. Wszyscy są w nich wpatrzeni jak w obrazek czegoś, co przemija (i już wypada tęsknić), ale wciąż wygląda doskonale. Wiek to tylko liczba, taki powinien być slogan promujący oba filmy. I ja w to wierzę. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 8

The Secret Agent – Tajny agent – reż. Kleber Mendonça Filho
Tajny agent od początku zaskakuje spokojem z jakim wchodzi w gatunek, który zwykle krzyczy. Film nie próbuje dominować widza, a raczej zaprasza do obserwacji. i do uważności. Mamy patrzeć na detale, na zachowanie postaci na drugim planie. To pomaga budować krajobraz filmowy, ale również przybliża krajobraz Brazylii scalonej z dyktaturą w latach 70. Jedna scena otwarcia mówi wiele o ludziach, kraju i tym reżimie, który raz, że trzyma za gardło społeczeństwo, dwa, że tworzy pewnego rodzaju obojętność wśród ludzi.
Na dalekiej prowincji pod stację benzynową podjeżdża żółty Volkswagen Beetle. Porusza się nim Armando Solimões, chce dotrzeć do Recife. Kilka metrów od dystrybutorów paliwa leżą zwłoki mężczyzny przykryte kartonem, co jakiś czas podbiegają bezpańskie psy w nadziei na uszczknięcie jakiegoś smakowitego kąska. Ten trup aktualnie leży na widoku. Mężczyzna został zabity podczas próby rabunku, po co drążyć, takimi nikt się nie interesuje. Ten trup leży na widoku, bo jest „normalnym trupem”. Zwłoki, które nie powinny być znalezione są skrupulatnie chowane, zatopione w rzekach, są na to sposoby. Dlatego nikt na denata na stacji nie zwraca uwagi, a radiowóz, który zaraz podjedzie zjawił się tu w zupełnie innej sprawie… CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 7

Hamnet – reż. Chloé Zhao
Widziałem do tej poty dwa filmy Zhao, oba doskonałe. Jej Jeździec z 2017 oraz Nomadland z 2020 roku to też poniekąd obrazy o wyrzutkach, dodatkowo o samotności. I Hamnet tez jest o tych rzeczach. Nawet jeżeli wokół Szekspira była rodzina, to on sam, ze swoją wrażliwością też się zamykał i miał problemy z rozmawianiem o swoim bólu. Czy tylko o tym bólu i stracie jest Hamnet?
Oczywiście nie. Hamnet najmocniej trafia w trzecim akcie, kiedy zrozumiałem do czego to wszystko prowadzi. Cała droga do tej wspaniałej finałowej sekwencji była dla mnie chłodna i raczej (niestety) mi obojętna, nawet jeżeli twórcy dbali tak mocno o ty, by trafić w moje czułe punkty. Dużo tu realizacyjnego Malicka, z całym tym świetnym montażem z podziałem na gesty i spojrzenia, tak żeby każdy ważny grymas był uwieczniony na filmowej taśmie. Dużo tu natury, tak żebyśmy mieli poczucie iż to właśnie tam, w lasach i w przyrodzie, w tamtym starym konarze, może tkwić jakaś tajemnica. To niemal rewers Pikniku pod wiszącą skałą, bo co chwilę słyszymy historię o tajemniczym świecie i o tym, że Agnes (wybranka Szekspira) oraz jej matka „wyszły z lasu”. Nie tylko, bo natura w obu filmach wydaje się być siłą sprawczą, potrafi dominować, jest pełna znaków. To wszystko jest piękne, a formalne cytowanie Malicka (reżyserka robiła to i przy poprzednich filmach) zawsze podnosi u mnie ocenę, ale emocjonalnie panował u mnie chłód. Do czasu. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 6

Sentimental Value – Wartość sentymentalna – reż. Joachim Trier
„Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”, śpiewał Marek Grechuta. Po kilkukrotnym pisaniu i zmazywaniu tego, co próbowałem ująć o Wartości sentymentalnej, zostanę właśnie przy tych słowach Grechuty i przy skupieniu się na nich w kontekście filmowego przesłania.
Obraz Joachima Triera jest o wielu rzeczach, ale głównym wątkiem może być właśnie to..Tak powinno być, to jest ta pozytywna i pokrzepiająca wartość. Pozostanę więc przy tym, że jednak warto zrobić krok naprzód, bo wszystko co będzie jutro, może być lepsze.
Do tego trzeba oczywiście dojrzeć, a po drugie każdy dramat jest inny i indywidualny. Tutaj, w Wartości sentymentalnej rzecz idzie o próbę komunikacji, o wszystkie niezdarne podchody i o to, jak niezwykle trudno jest zacząć dialog.
To nawet zatrważające, że jako istoty rozumne, z taką gamą narzędzi, wciąż mamy problem ze zwykłą rozmową. Zatrważające i na swój sposób jednak fascynujące. Potrafimy czasem zbudować grubą ścianę, albo postawić tak wysokie mury, że dostanie się do środka, albo raczej wydostanie się na zewnątrz jest niemożliwe. Ale czasem są tam, w tej naszej wewnętrznej celi, jakieś szpary i można przecisnąć kartkę, list, cokolwiek – słowo pisane jakoś łatwiej nam przychodzi, prawda?
Na taki krok zdecydował się reżyser Gustav Borg (Stellan Skarsgård). Kiedyś opuścił rodzinę, zostawił dom, żonę i dwie córki, jak były małe. Pojawił się w ich życiu, gdy miały swoje kariery, jedna córka ma syna, druga pracuje jako aktorka, nie wiemy wszystkiego. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 5

Bugonia – reż. Yorgos Lanthimos
Jak ponury żart, albo jak ten brutalny roast z ludzi uwikłanych w szereg teorii spiskowych, z których chipy umieszczane w ludzkim ciele w trakcie szczepień są tymi najlżejszymi.
Yorgos Lanthimos poszedł trochę na łatwiznę, chociaż bez wątpienia nakręcił bardzo dobre kino paranoiczne. W swoim stylu, wypełnione niepokojem, wisielczym humorem i przebojowo zmontowane. To też kino, w którym mój ulubiony szalony Grek porusza podobne, te co zwykle, motywy. Przez te najlepsze filmy Lanthimosa zawsze przebijał wątek utraty kontroli nad własnym życiem. Tak jest i w tym przypadku.
Z tym pójściem na łatwiznę jest tak, że Lanthimos nie tyle wykorzystał współczesne lęki, co raczej wziął sobie na celownik grupę społeczną, którą bardzo łatwo wyśmiać. I ja nie mam nic przeciwko robieniu sobie żartów z tych, którzy boją się magnesów i opowiadają o znajomym znajomego, który stracił czucie w nogach po przyjęciu szczepionki. Serio, znacie to z autopsji. Mówiła o tym Wasza sąsiadka, albo słyszeliście to w sklepie stojąc w kolejce. Jednak tutaj, w tym na wskroś przejmującym (mimo wszystko) kinie science-fiction, mamy przypadek kopania leżącego. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 4

Train Dreams – Sny o pociągach – reż. Clint Bentley
Na czym polega „dobre życie”? Czy jest takie coś i czy ktoś jest w stanie to ocenić? Jakimi kryteriami podejść do sprawy? Czy bohater Snów o pociągach miał „dobre życie”? Wydaje mi się, że jedno z lepszych. Nie miał sobie nic do zarzucenia, nie odebrał żadnego innego życia, był na swoim miejscu, pracował, żył według zasad, które powinny przyświecać większości istot ludzkich.
Nie możemy zatrzymać okrutnych wyborów przyrody, jesteśmy wciąż tylko pyłem. Drwal Robert (Joel Edgerton z ogromną uczciwością w spojrzeniu) przekonał się o tym, gdy po jednym z powrotów stracił to, co kochał. To wielka próba dla człowieka, największa. I o tym też są Sny o pociągach.
To film, który mnie wzruszył, bo zerwane nici zawsze doprowadzają do łez. Ileż to wspaniałych rozdziałów można napisać, gdy ma się taki materiał jaki miał Robert? Ale cykle świata są brutalne, drzewa są ścinane, drzewa rosną. Sny o pociągach mają w wielu miejscach dość wyraźne metafory, ale są to odniesienia bardzo piękne i bardzo klasyczne. Robert jako drwal przemierza kraj, słyszy opowieści o nieustannie rosnącym lesie – tak wielkim, że człowiek nie jest w stanie sam wszystkiego ściąć. Albo słyszy o wielkim lodowcu, który był w tej krainie i pękł nagle, rozlał się po dolinie i powstały jeziora. Życie Roberta też pękło, powstały jeziora pełne łez.
To piękny film, nakręcony tak, że człowiekowi jest trochę wstyd że tak długo siedzi wśród tych czterech ścian, albo ma taką głupią pracę siedząc przy biurku. Chociaż z drugiej strony, każda uczciwa praca jest potrzebna, musimy zrozumieć, że to nasze zadanie, wstawać rano, iść do pracy, wracać, uśmiechać się do bliskich, spędzać z nimi czas, który jest na to przeznaczony. Nic więcej. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 3

Sinners – Grzesznicy – reż. Ryan Coogler
Jakim trzeba być twardzielem, by jako czarnoskóry mężczyzna, w latach 30. XX wieku przyjechać na południe w Stanach Zjednoczonych celem otwarcia muzycznej knajpy. Tutaj takich twardzieli jest dwóch. To bracia bliźniacy, Smoke i Stack (w podwójnej roli Michael B. Jordan). Wprawdzie pochodzą z Clarksdale w stanie Mississippi, ale już dawno stąd wyjechali. Teraz wrócili. Dlaczego? Bo lepiej walczyć z diabłem, którego się zna. Tak twierdzą. Weterani wojenni, z brutalną historia gangsterską w Chicago, z bronią pod marynarką. Wrócili i zamierzają zarobić. Otwierają z przytupem muzyczną knajpę dla lokalnej społeczności, która całe dnie spędza na polach zbierając bawełnę. Wpuszczają w żyły tej ziemi muzykę. Grają gorącego bluesa, „muzykę diabła”. A diabła dwa razy do tańca prosić nie trzeba.
Jakim trzeba być twardzielem, by napisać taki scenariusz, przebić się z projektem, zebrać 100 milionów dolarów, w końcu nakręcić film tak niezwykle pojemny, który teoretycznie jest horrorem, ale jednocześnie piękną hybrydą? Ostatni raz tak dobrze w kinie bawiłem się na filmie Mad Max: Na drodze gniewu. Stali czytelnicy zdają sobie sprawę, co to znaczy. Stali czytelnicy wiedzą jaką estymą darzę film George’a Millera. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 2

One Battle After Another – Jedna bitwa po drugiej – reż. Paul Thomas Anderson
Paul Thomas Anderson opowiada w swoim groteskowym, a jednocześnie bardzo poważnym filmie o wielu odcieniach rewolucji. Opowiada inteligentnie, ale nie stoi pośrodku, chociaż na pierwszy rzut oka tak to wygląda. Jedna bitwa po drugiej to prawie trzy godziny obracania medalu, bo przecież medal zawsze ma dwie strony. Ale ostatecznie musi się przecież na którejś stronie zatrzymać.
Paul Thomas Anderson zwraca więc uwagę, że rewolucje (zaczynając od tych najmniejszych) są ważne. W jaki bowiem inny sposób masz się buntować, wyrażać sprzeciw wobec ograniczającym cię prawom? Dlatego Jedną bitwę po drugiej czytam nie jako nawoływanie, ale raczej jako wyraz szacunku do tych, którym chce się protestować, wychodzić na ulicę w deszczu, stać ramię w ramię na marszach przeciwko przemocy, na czarnych marszach. Najważniejsze to wyjść z domu, kiedy komuś dzieje się krzywda. To jest to pozytywne nawoływanie ze strony twórcy, cała reszta to ciosy w jedną i drugą stronę. To ciosy, które piętnują złe nawyki, robią krzywdę, zostawiają siniaki.
Zaczynając bowiem od początku, czyli rewolucyjnej eksplozji dostajemy wgląd w wydarzenia związane z Perfidią (która w prostej linii jest potomkinią rewolucjonistów) i Boba (który pasuje raczej do typu domatora). Jak się poznali? Nie wiadomo. Oboje natomiast zaciągnęli się napalmem. Niczym Bonnie i Clyde mają swój rajd po amerykańskiej ziemi. W imię wolności rzecz jasna. Napadają na banki, uwalniają imigrantów ze specjalnych obozów, rabują placówki rządowe. To zaciągnięcie się szaleństwem przynosi ofiary. To jest szalone i ekstremalne, łatwo sobie nabić guza. I tak się właśnie dzieje, ich tropem rusza kapitan (jeszcze) Steven J. Lockjaw. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 1

Marty Supreme – Wielki Marty – reż. Josh Safdie
Opowiem Wam historię o pewnym chłopcu. Miał na imię Marty, dużo biegał, rzucał się na dwa razy większych od siebie. Chudy, z permanentnym trądzikiem, raczej łykowaty, z rozbieganym spojrzeniem.
To ten typ, którego na pewno nie wybiera się do drużyny na zajęciach wychowania fizycznego. I to jest błąd wybierającego, bo Marty mógłby być tym najlepszym zawodnikiem. Tylko, że Marty nie lubi zasad, nie czyta instrukcji, a już na pewno nie stosuje się do żadnych regulaminów.
Wolny ptak, który ma plan na dzisiaj, ale na jutro spróbuje wymyślić coś pod wieczór. Bezczelny lawirant, ma tę zajawkę na stołowego tenisa i sądzi że jest w nim najlepszy. Mówi tak, bo przypominam, jest cholernie bezczelny.
Zazdroszczę mu i jednocześnie nie chciałbym mieć z nim nic wspólnego. Stałbym z boku i mógłbym go śledzić i podziwiać w jaki sposób radzi sobie z problemami, tak jak w filmie. Imponuje mi tą pewnością siebie. Wkopuje wszystkich w kłopoty, jest niebezpieczny, naprawdę nie chciałbym żeby ktokolwiek z moich bliskich spotkał go na swojej drodze, ale muszę być uczciwy w swoim osądzie.
Jest gigantem wśród najmniejszych, jest najlepszym kłamcą wśród prawdomównych, sprzedałby buty facetowi bez nóg. Bierze i nie oddaje, nokautuje znienacka, gra jak opętany w ping-ponga, jest wyszczekany. Król dopalaczy bez dopalaczy.
Reżyser Josh Safdie ma jednak do niego więcej serca niż do bardzo podobnego Howarda Ratnera (Adam Sandler w wybitnych Nieoszlifowanych diamentach). Dlaczego? Ostatnia scena wzrusza, płakałem z Martym. Jasne, to była niebezpieczna gra, ale kurczę, młody, wyszalałeś się za dziesięciu, teraz powinno być tylko lepiej. Oby.
Zachłysnąć się młodością. CZYTAJ WIĘCEJ
