Wielki Marty

Opowiem Wam historię o pewnym chłopcu. Miał na imię Marty, dużo biegał, rzucał się na dwa razy większych od siebie. Chudy, z permanentnym trądzikiem, raczej łykowaty, z rozbieganym spojrzeniem.

To ten typ, którego na pewno nie wybiera się do drużyny na zajęciach wychowania fizycznego. I to jest błąd wybierającego, bo Marty mógłby być tym najlepszym zawodnikiem. Tylko, że Marty nie lubi zasad, nie czyta instrukcji, a już na pewno nie stosuje się do żadnych regulaminów.

Wolny ptak, który ma plan na dzisiaj, ale na jutro spróbuje wymyślić coś pod wieczór. Bezczelny lawirant, ma tę zajawkę na stołowego tenisa i sądzi że jest w nim najlepszy. Mówi tak, bo przypominam, jest cholernie bezczelny.

Zazdroszczę mu i jednocześnie nie chciałbym mieć z nim nic wspólnego. Stałbym z boku i mógłbym go śledzić i podziwiać w jaki sposób radzi sobie z problemami, tak jak w filmie. Imponuje mi tą pewnością siebie. Wkopuje wszystkich w kłopoty, jest niebezpieczny, naprawdę nie chciałbym żeby ktokolwiek z moich bliskich spotkał go na swojej drodze, ale muszę być uczciwy w swoim osądzie.

Wielki MartyBiec po swoje, nie oglądać się na innych.

Jest gigantem wśród najmniejszych, jest najlepszym kłamcą wśród prawdomównych, sprzedałby buty facetowi bez nóg. Bierze i nie oddaje, nokautuje znienacka, gra jak opętany w ping-ponga, jest wyszczekany. Król dopalaczy bez dopalaczy.

Reżyser Josh Safdie ma jednak do niego więcej serca niż do bardzo podobnego Howarda Ratnera (Adam Sandler w wybitnych Nieoszlifowanych diamentach). Dlaczego? Ostatnia scena wzrusza, płakałem z Martym. Jasne, to była niebezpieczna gra, ale kurczę, młody, wyszalałeś się za dziesięciu, teraz powinno być tylko lepiej. Oby.

Zachłysnąć się młodością.

O tym jest film Safdiego, który teraz poszedł po bandzie, ale już bez brata z którym nakręcił do tej pory dwa mistrzowskie filmy (wspomniane Nieoszlifowane diamenty i Good Times).

Kino z wysokim tętnem. Stan przedzawałowy.

Wielki Marty jest o młodym człowieku, który ani myśli się ustatkować. Igra z ogniem w taki sposób, że nie do końca wie jak bardzo ogień może sparzyć. Wali po mordzie typów (choćby w przenośni), którzy swego czasu trzymali w garści Nowy Jork (fantastyczna rola Ferrary), jest wpisany do zeszytu u każdego krewniaka, umawia się z przebrzmiałą gwiazdą filmową, wykręca numer milionerowi. Za każdym razem dostaje też po pysku. Z siniakami, z bliznami, pluje w twarz porządkowi tego świata.

To dość uniwersalny film. Safdie mógłby przenieść fabułę do dzisiejszych czasów, a Marty mógłby grać w Starcrafta i być w tym mistrzem. Albo coś w ten deseń. Rozumiesz? Tu nie chodzi o tego ping-ponga, to jakaś osobliwa rzecz dla widza. Oglądasz te fantastyczne pojedynki przy stole i ciągle nie ogarniasz, po co ten ping-pong. Już tłumaczę. To tylko metafora. Marty tak właśnie funkcjonuje, jak ta piłeczka odbijana od rakietki. Lawiruje, odbija się od krawędzi, nie raz ląduje twarzą na cementowej posadzce, ale jest przecież drugi set.

Wielki Marty, wielki Timothée Chalamet, kino z nerwem, forever young do cholery jasnej!
Patryk Karwowski
Czas trwania: 148 min
Gatunek: dramat
Reżyseria: Josh Safdie
Scenariusz: Josh Safdie, Ronald Bronstein
Obsada: Timothée Chalamet, Gwyneth Paltrow, Odessa A’zion, Kevin O’Leary, Tyler Okonma
Zdjęcia: Darius Khondji
Muzyka: Daniel Lopatin

Za seans dziękuję sieci kin.

Cinema CityPODOBAŁ CI SIĘ TEN ARTYKUŁ? LUBISZ TĘ STRONĘ?