PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Good time (2017)

Connie Nikas „opiekuje” się swoim lekko upośledzonym bratem Nickiem (Ben Safdie, współreżyser filmu). System ma sposób na Nicka, który jest w trakcie programu i może być skierowany pod opiekę i do specjalnej szkoły. Ale Connie inaczej to widzi. Chce mieć brata przy sobie, bo najwyraźniej nie może dopuścić myśli, że połowa męskiego rodu Nikasów nadaje się na oddział dla upośledzonych. Wciąga brata w napad na bank i wszystko leci na łeb na szyję. Bez konkretnego planu, bez wyjścia awaryjnego. Nick zostaje złapany, a brat spróbuje zebrać pieniądze na kaucję.

Mało jest filmów, w których tak doskonale współgrają muzyka, obraz, tempo, miejsce i charaktery postaci. Kręcony i montowany na petardzie. Good time to kilkanaście intensywnych godzin życiowego lawiranta, kryminalisty, który przez noc próbuje wyjść z budynku grożącego zawaleniem. W roli głównej zobaczymy Roberta Pattinsona, którego kolejne aktorskie wybory coraz bardziej pozytywnie zaskakują. Jego postać o aparycji menela, rozbitka z życiowego okrętu nie wzbudza sympatii, ale mimo wszystko kibicujemy mu w tym pełnym chaosu pędzie. Dlaczego? Bo gdzieś tam, pomimo tych wszystkich wykolejonych zachowań, robi to dla brata. Jasne, że każde działanie, które zobaczymy w filmie zasługuje na potępienie, ale jego walka to wierzganie i kopanie się z przeciwnościami losu, a wszystkie spadły na niego na jego własne życzenie. Nie stało się to jednak nagle, a na długo, długo przed filmową akcją. Mam bowiem wrażenie, że kryminał towarzyszy Conniemu od zawsze.

Twórcy nie wyjaśniają koligacji, nie przedstawią znajomych, nie nakreślą szerzej szemranych miejsc, ani osób z półświatka, delikatnie tylko zaznaczając tło. I chociaż wiadomo od początku, że historia nie zasługuje na happy end i takiego być tutaj nie może, oglądamy wydarzenia jak zahipnotyzowani. Reżyserski, rodzinny duet powziął wiele środków, by zaprząc do akcji wszystkie nasze zmysły.

W takt szaleńczego biegu przez noc zatopioną w neonach muzyka brzmi tutaj na wyjątkowo ściśle związaną z tętnem metropolii, jak to tylko Michael Mann potrafił robić. Ta pulsująca ścieżka dźwiękowa brzmi dalej i gęściej, a przez palce przelewają się całe fragmenty energetycznej i niebezpiecznej filmowej akcji. Ostatecznie ciężko po seansie połapać się w wydarzeniach, które przecież przed chwilą rejestrowałeś.

To ludzie, którzy wyszli z filmu Nic Doustnie, jedynego w reżyserii Gary’ego Oldmana. Są tak samo zepsuci i poturbowani. Walczą tylko o siebie, chociaż to walka godna pożałowania, bo cierpią wszyscy wokół. Bez perspektyw, byle dotrwać do świtu. Nie ma w filmie ani nic odkrywczego, ani również nowatorskiego, a jednak ogląda się to bez wciskania pauzy na największą nawet potrzebę. To zapis z tonącego okrętu, a my siedząc w wygodnych fotelach możemy oglądać jak łajba wyjątkowo szybko nabiera wody  tej nocy.

8/10 - bardzo dobry

Czas trwania: 101 min
Gatunek: kryminał, dramat
Reżyseria: Benny Safdie, Josh Safdie
Scenariusz: Ronald Bronstein, Josh Safdie
Obsada: Robert Pattinson, Benny Safdie, Taliah Webster, Jennifer Jason Leigh, Barkhad Abdi, Necro
Zdjęcia: Sean Price Williams
Muzyka: Daniel Lopatin
  • Dawno nie widziałam tak dziwnego filmu. Nie wiem, czy mi się podobał, czy może wcale nie. Na pewno ciężko mi będzie zasnąć (przed chwilą skończyłam). Nie wiem, czy mam to traktować poważnie, czy serio gdzieś tam jest świat pełen hmm… ludzi mniej inteligentnych mówiąc delikatnie…. Czy może to tylko taki wymysł, taki świat filmowy. Jeśli to pierwsze to chcę już chyba umrzeć. Cieszy mnie aktywność filmowa Pattinsona. Czekam, aż w końcu weźmie się za jakąś myślącą postać, chociaż umie w przygłupów.
    Mam wrażenie, że szybko o tym filmie zapomnę. Z drugiej jednak strony nie mogę przestać o nim myśleć. Ubrudził mnie dość mocno. To dobrze.

    • Niestety, świat jest pełen takich idiotów. Ale nie umieraj! To są ci kretyni, którzy rzucali kamieniami w szkole. To są ci sami idioci, którzy kradną sanki spod drzwi, albo słoiki z ogórkami z piwnicy. Ci sami, co łażą po parkingach w nocy i sprawdzają, czy samochody są pozamykane. Lawirują, uciekają, ściemniają i chowają się u babci w tapczanie, gdy jest nalot policji. Od cholery ich jest. Dlatego to dość niecodzienne kino, bo rzadko kiedy dane nam jest towarzyszyć takim „kryminalistom”. Ja go bardzo polubiłem bo był i wiarygodny i troszkę było mi ich żal (chociaż ratunku dla nich nie widziałem i nie chciałem) i w końcu to kawał fajnej technicznej roboty (muza + obraz). Tam jest taka scena, gdy w sumie ta najszybsza akcja już się skończyła, a muzyka siłą rozpędu jeszcze trwa. I to było nawet zaskakujące, bo złapałem się na tym, że nie byłem pewny, czy na pewno ją słyszę 😀

      • Mi nie było nikogo żal bo wiedziałam, że nie będzie żadnego happy endu i idiota zostanie idiotą i zrobi coś głupiego (na przykład wypadnie przez okno podczas próby ucieczki…). Chociaż może trochę żal mi było Nicka. Tak, jak przypuszczałam – śniły mi się poszczególne postaci umazane czerwonym….
        Która to scena? Nie kojarzę. Muzyka na początku zupełnie mi nie współgrała. Potem się przyzwyczaiłam.
        A tak baj de łej – super, że w czasach, kiedy nie za bardzo mogę pójść do kina są Netflixy i inne bajery i super, że w gąszczu tych wszystkich dziwnych Dynastii, Botoksów i innych Greyów można znaleźć perły.