Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Robert Aldrich

Pisano o nim, że “żaden amerykański reżyser nie urodził się tak bogaty, jak Aldrich – a następnie tak całkowicie odciął się od rodzinnych pieniędzy”. Producent, scenarzysta, reżyser, bliski krewniak Rockefellerów. Rzeczywiście Aldrich miał na wyciągnięcie ręki fortunę rodzinną. W czasach Wielkiego Kryzysu zaczął jednak wyrażać niezadowolenie z polityki uprawianej przez rodzinę, wzrosły napięcia między nim a ojcem, ostatecznie Robert rzucił studia, zaraz po tym został wydziedziczony.

Nazwisko  jego wuja, Rockefeller, mogło otwierać wiele, jak nie wszystkie drzwi, ale Aldrich odrzucił i tą  możliwość “pomocy”. W wieku 23 lat rozpoczął pracę w przemyśle filmowym od najniższego szczebla w RKO Pictures za 25 dolarów tygodniowo. I tym razem odrzucił ofertę, by z racji rodzinnych koneksji zasiąść na fotelu producenta. Można napisać, że rozgrywał swoją karierę “po bożemu”. Asystował, nawiązywał znajomości, pomagał przy produkcji filmowej. Lata 1946-1948, już pod skrzydłami Enterprise Studio to okres najbardziej kształtujący autorski podpis przyszłego reżysera. W latach 50. po upadku Enterprise wciąż asystował, ale też reżyserował samodzielnie kilka odcinków seriali. To okres “telewizyjny”, a większa samodzielność Aldricha zaowocowała tym, że mógł już eksperymentować. Debiut reżyserski przyszedł z polecenia, a korzyści przyniosły tutaj liczne kontakty oraz to, że Aldrich sprawdzał się za każdym razem, gdy piastował fotel asystenta.

Najlepiej napisać o Robercie Aldrichu, że był “solidnym rzemieślnikiem”. Bez wyraźnego autorskiego stylu potrafił kręcić filmy w każdych warunkach politycznych, społecznych, za każde pieniądze. Potrafił nakręcić (znienacka) kinowy hit, ale też niezwykle udany obraz, który okazał się finansową klapą. Na to Aldrich nigdy nie znalazł sposobu i złotego środka. Przez lata kariery zawsze pozostawał reżyserem kina klasy B, nawet jeżeli kilka jego tytułów bywało na salonach. Mam wrażenie, że i sama branża nie traktowała go poważnie, ale jednocześnie czuję, że Aldrichowi za bardzo nie zależało na większym uznaniu i nagrodach. Chciał kręcić filmy i zawsze traktował ten zawód zarobkowo, bez większych aspiracji. Gładko dostosowywał się do czasów, obowiązujących trendów, panującej wówczas estetyki. Jeżeli zerknąć na dany okres w filmografii, można się przekonać, że konkretny utwór Aldricha idealnie odnajdywał się w swojej epoce. Był fachowcem, sprawnie dopinał budżety, pracował z gwiazdami i gwiazdorami, prowadził raczej ustatkowane życie. Był kobieciarzem, nie da się ukryć, ale nie otaczały go skandale. Ot, jeden rozwód, za którym stał, w głównej mierze, jego pracoholizm. Tak, przedkładał życie na planie ponad życie rodzinne, dlatego wciągnięcie dzieci do przemysłu było tutaj naturalnym posunięciem. Dzieci oszałamiającej kariery nie zrobiły (i nie robią). Wracając do Aldricha trzeba przyznać też, że był przede wszystkim bystrym człowiekiem, potrafił opowiadać trudne historie, nie uciekał od przemocy, wykorzystywał brutalny język kin, by zaprezentować ludzkie przywary.

Zwykle nadużywamy określenia “rzemieślnik” to, w przypadku Roberta Aldricha powinno się używać w zasadzie tylko tego jednego słowa. Rzemieślnik, fachowiec, który potrafił przelać na celuloidową taśmę sporo ludzkich goryczy, stworzyć bohaterów, którzy najczęściej znajdowali się w niezwykle trudnych, nierzadko patowych sytuacjach. A jednak każdy z nich musiał zrobić krok naprzód, powiedzieć “dość”, skonfrontować się z wrogiem, strachem, własnymi demonami.

Robert Aldrich zmarł 5 grudnia 1983 roku w  szpitalu w Los Angeles. Przyczyną śmierci była niewydolność nerek. Miał 65 lat.

MIEJSCE 29

Sodom and Gomorrah – Ostatnie dni Sodomy i Gomory (1962). To miałki, pozbawiony napięcia film próbujący przybliżyć widzom opowieść z Księgi Rodzaju. Obraz Aldricha potrafi być interesujący tylko wtedy, gdy twórca odwraca się od stricte biblijnych przesłań i skupia się na człowieku. Udaje mu się wtedy sportretować (choć przez chwilę) pasję. Ciekawie wypadła bitwa w środku filmu (zdjęcia trikowe z zalewaniem wojsk) i finał, czyli niszczone miasto. Szkoda, że i wtedy nie czuć prawdziwego bożego gniewu. Wprawdzie budynki i konstrukcje starego miasta dość efektownie pękają, a stosy kamieni przygniatają mieszkańców uciekających w popłochu, ale wizja jest niepotrzebnie zmiękczona i ugrzeczniona (jak zresztą cały film). Grzeszne żywoty Sodomitów to raptem jedna skromna orgietka z otwarcia, która i tak wypada blado, szczególnie, gdy przypomnimy sobie frywolne imprezy na dworze Kaliguli w filmie Tinto Brassa. Pewne jest natomiast to, że Robert Aldrich na zlecenie szefostwa zaangażowanych w produkcje wytwórni Pathé, SGC i Titanusa nakręcił od linijki i książkowo. 4/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 28

4 for Texas – Czworo z Teksasu (1963). Rzeczywiście można było coś z tego skleić, tym bardziej, że ani gatunek nie jest obcy Aldrichowi (Vera CruzOstatnia walka Apacza), a i istota nakreślenia szorstkiej przyjaźni pomiędzy dwójką kowbojów była już przez niego podejmowana (ponownie Vera Cruz oraz Ostatni zachód słońca). Nie będzie nam już dane stwierdzić jak bardzo finalny efekt (kiepski) odbiega od oryginalnego scenariusza napisanego przez Teddiego Shermana, ale różnić się musiał bardzo, bo sam Aldrich mówił po premierze, że można było go zmieniać i poprawiać, a i tak był koszmarny. Nie wiem więc, co skusiło Roberta Aldricha na ten film poza tym, że oczywiście zarobił i mógł wejść w tryby pracy chwilę po Co się zdarzyło Baby Jane? Produkcji nie uratowała piękna Anita Ekberg, nie pomogła równie zmysłowa i posągowa Ursula Andress (i nic nie wskórałaby również Sophia Loren, gdyby doszło do jej angażu). Starał się jak mógł Dean Martin, a i tak wszystko psuł Frank Sinatra. W ciągłych zatargach z ekipą Sinatra był wprawdzie z 37 dni zdjęciowych raptem 80 godzin na planie, ale nawet to wystarczyło by wszystkich obrazić, a z Aldricha uczynić marionetkę, stłamsić jego twórczą pasję i przytępić autorskość, która dopiero co mogła zyskać na sile po sukcesie filmu z Joan Crawford i Bete Davis. 4/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 27

Big Leaguer (1953). Big Leaguer, którym przyszło mu debiutować filmem udanym nie był, ale specyficzna była jego rola i przesłanie. To laurka wystawiona dla kultury baseballu, zawodników i klubów. Film opowiada o sportowym obozie w Melbourne na Florydzie, w czasie którego wyselekcjonowani mają zostać, spośród 200 przybyłych, zawodnicy z szansą na zawodową karierę. Narrator w pełnych chluby słowach przedstawia każdy kolejny krok młodych zawodników, którzy dojeżdżają na miejsce, próbują się aklimatyzować, w końcu marzą o sportowej karierze. Big Leaguer to taka filmowa kronika z kilkoma elementami fabularnymi, szczątkowym wręcz scenariuszem, w którym nie ma mowy o budowaniu intrygi i postaci, jest tylko laurka wystawiona pewnemu zjawisku. 4/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 26

World for Ransom (1954). Drugi film Aldricha nie jest niestety niczym więcej niż lekkim kino szpiegowskim utrzymanym w stylistyce kina noir i przy zachowaniu wyznaczników gatunku. Z rozbawieniem i z rozrzewnieniem można teraz oglądać pierwsze filmy Roberta Aldricha i to, jak reżyser szlifował na początku lat 50. swój warsztat. Bohaterowie z World for ransom, gdy są sami w kadrze, wygłaszają swoje spostrzeżenia, głośno się zastanawiają, a sceny są dość osobliwie skonstruowane i zahaczają niemal o język kreskówki. Jednak nawet przy tak ubogiej formie, aktorskich brakach i siermiężnym montażu, można docenić pierwsze przymiarki do autorskiego języka, a już na pewno trzeba zwrócić uwagę na motywy przewodnie i tematy, które na późniejszym etapie twórczości Aldrich podejmie z większą zawziętością. Również tutaj (i chyba dobrze, że na początku kariery) Aldrich przekonał się o tym, jak nieubłagana potrafi być cenzura. W niemałe rozżalenie wprowadziło go wycięcie wątku lesbijskiego, na którym szczególnie mu zależało. 5/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 25

The Angry Hills – Gniewne wzgórza (1959). To obraz nieudany i wybrakowany pod wieloma względami, a stało się to głównie przez cięcia względem filmowego materiału, których dokonało studio (wbrew złożonym Aldrichowi obietnicom). Ale nie tylko montaż zawiódł, bo odniosłem wrażenie, że i Robert Mitchum nie był zbytnio zaangażowany do roli mężczyzny, w którym dokonuje się tak mocna wewnętrzna przemiana. Nie mogłem więc uwierzyć w zmianę Mitchuma z beztroskiego bawidamka w partyzanta, który stawia na szali własne życie. Na szczęście, to co wynosi produkcję trochę wyżej ponad przeciętną to dość ciekawie zarysowany motyw z trudnymi wyborami greków, którzy chcieliby po prostu przetrwać. 5/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 24

The Frisco Kid – Frisco Kid (1979). Rodzaj bezpiecznego kina przygodowego, w którym Robert Aldrich realizował scenariusz bez wiary i chęci. Jest to jednocześnie kino bez wyrazu, chociaż wyraźnie próbuje nieść dobry, łagodny i pozytywny przekaz. Rabin objawia się tu niemal jak przybysz z innej planety. Jest ciągle zdziwiony i zaskoczony tym, co go spotyka na drodze do San Francisco. A dzieje się naprawdę sporo. Zostaje okradziony, spotyka chrześcijan, Indian, zazna niebezpieczeństw, zaprzyjaźni się z rabusiem. Ta amerykańska eskapada polskiego niemieckojęzycznego rabina ma przedstawić proste, choć jednocześnie bardzo naiwne prawdy. Zło niekoniecznie przyjdzie ze strony groźnie wyglądających Indian, pomocni ludzie okażą się nikczemni, a za każdą wiarą i religią, bez względu na wyznawanego Boga mogą stać prawi ludzie. 5/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 23

The Choirboys (1977). The Choirboys to dość specyficzne połączenie gatunków. Jest tu poważny policyjny dramat i krótkie historyjki z policyjnych spraw. Nie za długich, ale wyczerpujących śledztw i wszystkich tych incydentów, z którymi stykają się policyjne patrole. Przemoc domowa, wypadki, samobójstwa, napady z bronią w ręku etc. The Choirboys pokazuje rutynę (poranne odprawy, przydział zadań), pracę (zawsze niewdzięczną, trudną, robioną raczej od niechcenia i bez misji) i wieczory, gdy policjanci zapijają smutki w parku MacArthura w Los Angeles (najczęstsze miejsce filmowej akcji). Innymi słowy resetują się, a większość tych “imprez” idzie zdecydowanie za daleko. To wprawdzie ich czas wolny, ale w przypadku uzbrojonych funkcjonariuszy, tutaj już w cywilu, “zabawy” mogą okazać się niebezpieczne, a jak widać w The Choirboys wymykają się nierzadko spod kontroli. 5/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 22

The Legend of Lylah Clare – Legenda Lylah Clare (1968). To po prawdzie rozwinięty do pełnego metrażu jeden z odcinków telewizyjnej antologii The DuPont Show of the Week emitowanej w amerykańskiej stacji NBC od września 1961 roku do sierpnia 1964 roku. Epizod o Lylah Care zadebiutował na antenie w maju 1963 roku, a oryginalnie w “legendę” i aspirującą do tego miana wcieliła się Tuesday Weld. Sama opowieść dotyczy prób wskrzeszenia wspomnianej ikony, bo trzeba wiedzieć, że fikcyjna Lylah Care była gwiazdą wielkiego formatu. Uwielbiana przez widzów, prasę, krytyków. Kulisy jej śmierci są owiane tajemnicą. Po 20 latach od śmierci w producenckich głowach zaświtała genialna myśl, żeby (przede wszystkim) raz jeszcze zarobić na Clare. Wiatru w żagle dodała informacja, że została znaleziona bliźniaczo wyglądająca dziewczyna, nowa w branży, ale to przecież można jeszcze wyćwiczyć. Elsa Brinkmann pojawia się znikąd, jest nieśmiałą, lekko wycofaną dziewczyną, a teraz dostaje na tacy wszystko. Machina została uruchomiona. Elsa zakochuje się w Lewisie Zarkenie (Peter Finch), mężu po Clare, który ma film wyreżyserować. 6/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 21

Apache – Ostatnia walka Apacza (1954). Aldrich w swoim trzecim filmie już wie jak utrzymać dobre tempo, jak trzymać się głównego wątku i nie stracić uwagi widza. Jego pierwszy kolorowy film nakręcony przy całym dobrodziejstwie Technicoloru i jednocześnie pierwszy western to próba zwrócenia uwagi na niesprawiedliwość względem Indian. Niestety przy trzymanej mocno w ryzach (i przez to stępionej) autorskości Aldricha brzmi to wszystko niezwykle zachowawczo, chociaż na szczęście uczciwie. Miałki wydźwięk filmu musiał mocno leżeć na sercu Roberta Aldricha. Zapewne czuł, że “jego” wersja, nawet jeżeli brutalna, byłaby przede wszystkim bliższa realiom. Dał temu wyraz dopiero w 1972 roku w Ucieczce Ulzany, filmie o podobnym podłożu fabularnym, ale o niebotycznie mocniejszej sile rażenia. No, ale lata 70. to były inne czasy. 6/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 20

The Killing of Sister George – Zabójstwo siostry George (1968). Robert Aldrich w swoim najodważniejszym filmie w karierze (zyskał plakietkę z kategorią X, zmienioną, po drobnych zmianach na R) porusza bardzo ciekawy temat, nie wzbudzając jednak kontrowersji od strony związku homoseksualnego. Ten (związek) jest tu przedstawiony bardzo naturalnie. Była to z pewnością kwestia najważniejsza dla Roberta Aldricha. Wyciągnął z szafy i przedstawił relację między dwiema kobietami tak, jak powinno się to zrobić, w sposób światły i normalny. Stosunki obu pań, chociaż stanowią o szkielecie fabularnym, nie są wystawione na pierwszy plan. Jako widz czułem, że ważniejsza jest tu nieco osobliwa zależność między dwójką ludzi (przede wszystkim), młodszą Alice, a starszą June. Wszystkie wspomniane osobliwości wynikały z różnicy wieku i charakteru. June lubi dominować, karcić kochankę i bawić się w dominującą w domu. Czerpie z tego przyjemność, więc moment , gdy Alice chce się odegrać i gdy powinna cierpieć przy przeżuwaniu cygara, delektuje się nim, doprowadza June do wściekłości. Kręcony w Londynie film, pełen angielskiego uroku i humoru, jest pod wieloma względami wyjątkowy. Nie obyło się oczywiście bez batalii Aldricha z cenzurą, bo chociaż mógł nakręcić wszystko co chciał (i zrobił to), to kategoria wiekowa X, uniemożliwiała mu szerszą dystrybucję. Wyciął kilka scen seksu i co ostrzejsze dialogi. Jednak, nawet po złagodzeniu filmu i tak kilka sekwencji wciąż robi wrażenie i wierzę, że w czasie premiery mogły wprawić co niektórych widzów w zakłopotanie. 6/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 19

Too Late the Hero – Spóźniony bohater (1970). Akcja rozgrywa się w 1941 roku, gdy wojska amerykańskie na jednej z wysp archipelagu Nowe Hebrydy są w ciągłym stanie potyczek i podchodów z Japończykami. To zresztą jedna z wielu nieścisłości historycznych. Wojsk japońskich nie było na Nowych Hebrydach w czasie II wojny światowej. Inną nieścisłością jest mundur i broń żołnierza amerykańskiego, którego widzowie mogli zobaczyć na plakatach reklamujących film. Żołnierz nosi mundur z lat 60., a w rękach trzyma karabin M16, nad którym konstruktor Eugene Stoner rozpoczął pracę w 1955 roku. Zapomnijmy jednak o realiach i skupmy się na filmowej fikcji. Amerykanie znajdują się więc w patowym położeniu, bo po drugiej stronie wyspy panoszą się Japończycy. By zrobić krok naprzód dowództwo wpada na pomysł, by przejąć japońską stację nadawcza i wysłać stamtąd fałszywe komunikaty. Do tego celu (oprócz wsparcia regularnego oddziału) zostaje przydzielony porucznik Sam Lawson znający język japoński (zagrał go Cliff Robertson, który w czasie produkcji otrzymał nagrodę Oskara za udział w filmie Charly. Statuetkę odebrał w jego imieniu Frank Sinatra). Lawson jest wszak nieskory do współpracy, bo raz, że jest już zmęczonym służbą mężczyzną, dwa, że rozkazy przypadły na koniec jego tury i powrót do domu na urlop. Jego postawa będzie rzutować na jakość misji. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 18

...All the Marbles – Damy na ringu (1981). Nadeszły lata 80. Dla Roberta Aldricha mógł to być kolejny zwrot w karierze, zmiana stylu, nowe wyzwania. Oczywiście reżyser nie wiedział, że kręci swój ostatni film, bo przecież odszedł nagle, w 1983 roku z powodu niewydolności nerek. Ostatnim więc tytułem jaki po sobie pozostawił są Damy na ringu, sportowy komediodramat o kobiecym wrestlingu. Sam Aldrich mówił, że podjął się tematu, bo nikt nie zrobił o tym wcześniej filmu. Cóż, jest to jakiś motyw. O dziwo, tak jak Aldrich moim zdaniem nie potrafił kręcić komedii (dwa średnio udane tytuły z tego gatunku w jego filmografii to Czworo z Teksasu i Frisco kid), tak Damy na ringu przedstawiają się nad wyraz zabawnie, ale też gorzko i prawdziwie. Prezentują humor niewymuszony, sytuacyjny, ale głównie naturalny. Tak jak naturalny potrafi być Peter Falk, który zagrał tutaj główną rolę. Film Aldricha plasuje się gdzieś pomiędzy sportową komedią, a życiowymi dramatami, gdzie sport stanowi tło. Jest on oczywiście tutaj niezwykle ważny i determinujący życiowe cele i wybory, ale to wciąż tło. Robert Aldrich poprowadził swoje Damy na ringu kinem drogi w Ameryce klasy B i wpisuje się to w najlepsze sportowe dramaty o pretendujących do tytułów, glorii i chwały poturbowanych przez los marzycieli. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 17

Twilight’s Last Gleaming – Ostatni promień brzasku (1977). To film ze sporymi ambicjami, świetną kreacją Burta Lancastera, niezłą Richarda Widmarka (wcielił się w butnego i pewnego siebie generała MacKenziego, który od lat zamiatał pod dywan sprawę Della walczącego o prawdę na drodze urzędowej). Poza tymi ambicjami oczywistymi względem tematu (Lancaster mówił o tym filmie, że jest drugą częścią Wszystkich ludzi prezydenta), Ostatni promień blasku był przede wszystkim obrazem bardzo wymagającym technicznie. Używany w trakcie narracji split screen (przedzielony ekran z dziejącymi się w tym samym czasie, różnymi wydarzeniami) nie był wprawdzie novum w kinie, bo sięga niemalże początków historii tego medium. W samym 1977 roku, gdy Ostatni promień blasku miał premierę, podobny zabieg wykonał Brian de palma w Carrie i Woody Allen w Annie Hall. Jednak Aldrich posunął się dalej. Swój thriller, bo taki wypada przypisać gatunek do utworu, często dzielił z akcją na dwa ekrany, nierzadko na cztery! Przy fenomenalnym montażu puszczane są jednocześnie dialogi z dwóch miejsc, percepcja widza pracuje na najwyższych obrotach, uwaga natomiast zostaje wyjątkowo wytężona. To może być dla niektórych męczące, ale z pewnością, przy niektórych scenach (moment odpalania pocisków, gdy Dell poczuł się zagrożony) jest bardzo oryginalne. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 16

The Last Sunset – Ostatni zachód słońca (1961). Kręcony w Meksyku film opowiada o starych waśniach i uczuciach, które podobno nie gasną. Tropem Brendana O’Malleya (Kirk Douglas) podąża szeryf Dan Stribling (Rock Hudson). O’Malley jest ścigany za morderstwo i szeryf chciałby doprowadzić mężczyznę na stryczek, a przy okazji wyrównać prywatne rachunki (zamordowany był szwagrem szeryfa). Ale O’Malley nie tylko ucieka do Meksyku przed prawem, ale głównie w poszukiwaniu starej miłości. Brendan ‘Bren’ O’Malley ostatni raz widział Bellę (Dortothy Malone) kilkanaście lat temu i byli w sobie mocno zakochani, ale czas był wtedy inny, oboje byli młodzi, mieli inne priorytety. Belle ma teraz męża (chociaż pierwsza scena, gdy kamera sunie powoli w kierunku stojącej na werandzie kobiety delikatnie kołyszącej biodrami i wpatrzonej w horyzont zdaje się mówić, że ta wciąż na kogoś czeka) i 16 letnią piękną córkę (w tej roli, 19 letnia Carol Lynley, która musiała przyspieszyć bicie serca u niejednego widza). Rodzina Breckenridge przygotowuje się do spędu bydła do Teksasu. Na farmę trafia więc O’Malley, chwilę po nim szeryf. Postanawiają pomóc rodzinie w wyprawie, a swoją “sprawę” załatwić już po amerykańskiej stronie granicy. Akcja obfituje w wiele wydarzeń, a w czasie podróży szeryf ze szlachetnym złoczyńcą ścierają się na wielu poziomach. Obaj również rywalizują o względy kobiety. Atmosfera jest coraz bardziej napięta, gdy na horyzoncie widać już Teksas. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 15

Ten Seconds to Hell – 10 sekund do piekła (1959). Robert Aldrich na tym etapie kariery udowodnił już, że będzie iść pod prąd, brać się za tematy pomijane, albo po prostu mało popularne. Obrazem wpisującym się w ten twórczy trend jest 10 sekund do piekła, opowieść o niemieckich żołnierzach, którzy zostali zrekrutowani przez brytyjskiego majora Havena (Richard Wattis). Jest ich sześciu, stworzyli oddział saperów i mają szansę oczyścić Berlin z niewybuchów po bombardowaniach. Hans Globke (James Goodwin), Peter Tillig (Dave Willock), Wolfgang Sulke (Wesley Addy), Franz Loeffler (Robert Cornthwaite), Karl Wirtz (Jeff Chandler) i Eric Koertner (Jack Palance), każdy z nich zdeterminowany by wpisać się po swojemu w powojenną historię. Za swoje zadanie dostaną kwaterę, żołd i podwójne racje żywnościowe. Dostali biuro zgłoszeniowe, w którym odbierają kolejne wezwania do odnalezionych bomb. Codziennie ryzykują, ale stawką może być nowy lepszy Berlin i przyszłość ojczyzny. Wiedzą, że to ich jedyna szansa na odnalezienie się w nowej rzeczywistości. By zapewnić sobie lepszą przyszłość za otrzymywane pieniądze, zarządzają, że po każdym zabitym połowa żołdu przechodzi do wspólnej puli. Dzień w dzień, przez trzy miesiące, będą przemierzać apokaliptyczny krajobraz, ruiny niegdysiejszej stolicy nazistów, przekopywać się przez zgliszcza, czołgać w kierunku zapalników, stawiać życie na szali. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 14

The Big Knife – Wielki nóż (1955). Film powstał na motywach sztuki teatralnej autorstwa Clifforda Odetsa. Sztuka została wystawiona po raz pierwszy w 1949 roku na deskach National Theatre i wyreżyserowana przez Lee Strasberga, założyciela Group Theatre, który zjadł zęby na Broadwayu. Strasberg okazjonalnie występował w późniejszym czasie w filmach. W wieku 73 lat zdobył nominację do Oskara za drugoplanową rolę w drugiej części Ojca Chrzestnego i nominacje do Złotego Globu za ten sam film dla “obiecującego debiutanta”. Robert Aldrich nie czuł jednak tremy względem wcześniejszych wersji. Do scenariusza podszedł właśnie od strony realizacji teatralnej i dzisiaj obraz mógłby z powodzeniem zostać uznany za “teatr telewizyjny”. Akcja filmu rozgrywa się w jednym pomieszczeniu (raptem kilka minut przebywamy z bohaterami w ogrodzie i w jednej scenie nad morzem), przestronnym salonie u filmowego gwiazdora Charliego Castle (Jack Palance). Castle to postać tragiczna. Właśnie skończył mu się kontrakt, jest już na topie, w zasadzie mógłby porzucić aktorstwo i poświęcić się rodzinie. Żona, która odchodzi i wraca, wraca i odchodzi stawia ultimatum. Charlie nie może podpisać kolejnego kontraktu, który zwiąże go na kolejne lata z producentami. Taki jest warunek powrotu Charliego na łono rodziny. Ma syna, jest już ustawiony materialnie do końca życia. Ale rekiny z Hollywoodu mogą przecież wyciskać tę cytrynę aż do ostatnich soków i właśnie to zamierzają zrobić. Tym bardziej, że mają nie lada asa w rękawie. Lata temu Charlie miał wypadek samochodowy, w którym była śmiertelna ofiara. Charlie pił (tak jak i pije teraz), ale studio załatwiło sprawę, znalazł się sprawca, znalazł się więc hak na długoletnią współpracę. Dramat rozegra się w tym samym salonie, w którym Charlie zacznie się przeciwstawiać producentowi. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 13

Attack! – Atak! (1956). Europa, 1944 rok. Porucznik Costa (Jack Palance) z garstką żołnierzy musi zdobyć bunkier wroga. Powodzenie akcji zależy od wsparcia drużyny dowodzonej przez kapitana Cooneya (Eddie Albert). Tchórzliwy Cooney w krytycznym momencie nie przystępuje do ataku, a incydent staje się początkiem dla pełnych napięcia sytuacji pomiędzy dwoma oficerami. Zatarg mężczyzn próbują rozwiązać porucznik Woodruff (William Smithers) i podpułkownik Bartlett (Lee Marvin), ale i oni stają się ostatecznie stronami konfliktu. Jakby nie było dość rozgorzałym emocjom, zbliża się moment kolejnego starcia z hitlerowcami. Skład misji jest ten sam, porucznik Costa w natarciu, kapitan Cooney jako wsparcie. Atak!, czyli ósmy film Roberta Aldricha był przełomem pod względem realizacji w karierze reżysera. Wprawdzie za 750 tysięcy dolarów reżyser nie mógł ubrać swojego filmu w epickie szaty, ale to co osiągnął na ekranie powinno dać do myślenia kolegom z branży. Po raz pierwszy również Aldrich tak mocno eksperymentował (wespół z operatorem Josephem F. Birociem, zdobywcą Oskara za zdjęcia do Płonącego wieżowca) z ujęciami. Łapanie akcji z różnych kątów, wykorzystywanie otoczenia, by przedstawić sceny z najmniej oczekiwanych miejsc (maszerujący żołnierz obserwowany przez rozbity witraż, porucznik Costa w dramatycznym finale kadrowany z perspektywy kierującego czołgiem i wiele innych), to tylko kilka przykładów kreatywnych pomysłów Roberta Aldricha. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 12

The Longest Yard – Najdłuższy jard (1974). Dla fanów amerykańskiego futbolu Najdłuższy jard jest tym, czym dla fanów piłki nożnej Ucieczka do zwycięstwa Johna Hustona. Nawet uwarunkowania fabularne są jakby podobne, chociaż nie zagłębiałbym się za bardzo w szukanie tych znaczących, bo nie ma jak porównywać sytuacji Roberta Hatcha (Sylvester Stallone) i Paula Crewe (Burt Reynolds, nominowany za tę rolę do Złotego Globa). Jednak wracając do tła, a w zasadzie producenckich decyzji co do wypełnienia drugiego planu gwiazdami sportu, ów fan powinien być usatysfakcjonowany. Pittsburgh Steelers, New York Giants, Los Angeles Rams i wiele innych to macierzyste kluby aktorów – więźniów i aktorów – strażników (jest tu i Ray Nitschke, jeden z bardziej utytułowanych graczy NFL), którzy oczywiście odnaleźli się świetnie w swoich rolach. Najdłuższy jard przemawia więc lepiej do widza zorientowanego w temacie, czyli przede wszystkim fana zbierającego karty z futbolistami, a i sam Burt Reynolds to przecież 200% Amerykanina w Amerykaninie. Reszta to dramat o facecie, który w więzieniu zawiąże prawdziwe przyjaźnie, dojrzeje i w końcu dorośnie. Burt Reynolds gra tu Reynoldsem, którego znacie, a w prologu, jakby autotematycznie wywołuje z przyszłości swój najbardziej rozpoznawalny wizerunek “bandyty” z filmu Mistrz kierownicy ucieka i rozpoczyna film ucieczką i samochodowym pościgiem. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 11

Autumn Leaves – Jesienne liście (1956). Pomimo wytężonej pracy pomiędzy kręceniem Wielkiego noża, a pierwszymi przymiarkami do wojennego filmu Atak! Aldrich postanowił wyreżyserować film pod szyldem Columbii, chociaż pierwotnie miał to być kolejny obraz od Associates and Aldrich Company. Perturbacje wynikały z faktu, że Aldrich odsprzedał prawa do scenariusza producentowi Williamowi Goetzowi, a ten związany z Columbią zatrudnił Roberta Aldricha. Kolejne zmiany przyszły z tytułem. Oryginalny The Way we are został zmieniony na Autumn leaves (Jesienne liście) w związku z popularnością piosenki pod tym samym tytułem (de facto Autumn leaves to jeden ze standardów muzyki popularnej i jazzowej napisany w 1945 roku). Na potrzeby filmu utwór został wykonany przez Nata Kinga Cole’a. Nie można się również dziwić, że Robert Aldrich pomimo natłoku pracy zdecydował się obraz wyreżyserować. To był kolejny odważny temat podjęty przez twórcę. Po demaskatorskim Wielkim nożu, który obdzierał po trosze Hollywood z blichtru (nawet jeżeli był zamknięty w skromnej teatralnej formule), przyszedł czas na sprawy uczuciowe, w tym wydaniu niezwykle bolesne. Jesienne liście to melodramat, który mógłby być nazywany z powodzeniem love story thriller. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 10

Vera Cruz (1954). Raptem 36 lat miał reżyser, gdy przystąpił do kręcenia swojego drugiego w karierze westernu. Idąc za ciosem Robert Aldrich kontynuuje więc współpracę z Hecht-Lancaster Productions, a przy Vera Cruz dysponuje już większym budżetem (udało się go potroić i zamknąć w sumie 3 milionów dolarów). Nie można się temu dziwić, bo United Artists odpowiedzialne za dystrybucje miało powody do zadowolenia po wynikach finansowych Ostatniej walki Apacza. Robert Aldrich przenosi plan zdjęciowy do Meksyku, do obsady dołącza Gary Cooper, który dwa lata wcześniej odebrał Oscara za W samo południe. Vera Cruz to kolejny “milowy krok” w karierze Aldricha. Budżet, plan zdjęciowy, uznani aktorzy to jedno, ale za scenariuszem do Vera Cruz idzie również nowe podejście do bohatera. Robert Aldrich musi przedstawić dwóch osobników, obu diametralnie się różniących, a jednak współpracujących ze sobą na pewnym poziomie. Joe Erin to nieokrzesany, zuchwały łotr. Zabija z uśmiechem na twarzy. Nie czuje strachu i nie zna wartości słów honor, obietnica, przywiązanie, chociaż strzela nimi tak szybko i celnie jak ze swojego rewolweru. Ben Trane jest szarmancki, elokwentny, potrafi pochylić się nad ludzką krzywdą, chociaż grzechów ma na koncie nie mniej niż Erin. Pomimo tych różnych osobowości Robert Aldrich tak skomponował swój utwór, że widz czuje się przywiązany do obu i ciężko mu w finałowym pojedynku jasno opowiedzieć się po jednej ze stron. A już na pewno trudno odgadnąć wynik starcia, bo to, że do niego dojdzie jest pewne od początku. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 9

The Grissom Gang – Gang Mamy Grissom (1971). Robert Aldrich zrobił naprawdę wiele, by przedstawić czas, ludzi, wydarzenia i miejsce w sposób przede wszystkim wiarygodny. Wrażenie robią więc sugestywnie przygotowane lokacje i scenografie (brudne, zakurzone, oblepione brudem), charakteryzacja postaci (spocone twarze, wymięte ciuchy, ogorzałe, trzeba to napisać, mordy), w końcu dopasowujący się do tych elementów aktorzy ze Scottem Wilsonem na czele. Wilson kontynuował u Aldricha swoją dobrą passę z początku kariery. Debiutował przecież u Normana Jewisona w filmie W upalną noc (epizod, ale zawsze), później było Z zimną krwią Richarda Brooksa, Obrona zamku Sydneya Pollacka, Cyrk straceńców Johna Frankenheimera. Przyznać trzeba, że już nazwiska reżyserów, z którymi współpracował Scott Wilson, robią wrażenie. U Aldricha wspiął się na aktorskie wyżyny przy swojej udanej próbie przedstawienia gangstera, który w mgnieniu oka potrafi zmienić swoją twarz, zachowanie, nastawienie wobec rodziny czy porwanej dziewczyny. To nie tylko morderca, ale też człowiek, który potrafił ostatecznie pokazać swoje (jakkolwiek to zabrzmi) dobre oblicze. Wychowany w środowisku pełnym przemocy nigdy nie miał szans na poznanie prawdziwej miłości (ta matczyna, był wszak tylko substytutem, pewnym rodzajem osobliwego strachu o dziecko). Nikt się nim nie opiekował, a on sam nie miał szans na otoczenie opieką drugiej osoby, aż do teraz. Różni się więc zarys charakterów postaci i w stosunku do literackiego pierwowzoru, ale i w stosunku do pierwszej ekranizacji. Zarówno u Jamesa Hadleya Chase’a, jak i u St Johna Legh Clowesa fabuła opierała się na tym, że porwana zakochała się w porywaczu, odwrotnie niż u Aldricha. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 8

The Dirty Dozen – Parszywa dwunastka (1967). Robert Aldrich po niezwykle udanym Starcie Feniksa, gdzie w końcu uwolnił się od towarzystwa kobiet i wykorzystał tam w pełni swój reżyserski potencjał, przystąpił do realizacji kolejnego “męskiego kina”. Parszywa dwunastka to klasyk i czołowy reprezentant kina wojennego, w którym motyw przewodni stanowi temat ‘men on mission’. Twórca poszedł tym samym za ciosem po swojej poprzedniej produkcji, bo trzeba przyznać, że oba filmy (Start Feniksa i Parszywa dwunastka) są do siebie pod wieloma względami podobne. Oba bowiem na pierwszym planie stawiają szereg męskich, nierzadko trudnych usposobień, gdzie bohaterowie muszą znaleźć wspólny język i wypracować metodę, by razem przeciwstawić się trudnemu zadaniu. W Starcie Feniksa chodziło o zbudowanie samolotu i ucieczkę z pustyni, w Parszywej dwunastce o dopracowanie w najdrobniejszych szczegółach planu ataku na zamek i walkę z nazistami. Trzeba przyznać, że Robert Aldrich dostał do realizacji pierwszorzędny materiał. Powieść Erwina Nathansona wydana w 1965 roku była oparta na historii prawdziwej jednostki desantowej która pod nazwa Filthy thirteen siała spustoszenie na tyłach wroga w czasie II Wojny Światowej (między innymi w operacji Market Garden). Bestseller Nathasona opowiadał wprawdzie o prawdziwej jednostce, ale już same informacje o tym, że byli recydywistami były tylko literacką fikcją. Koncept na opowieść pisarz wziął z frontowych doniesień, między innymi od Russa Meyera (weteran amerykańskiej eksploatacji, ale również fotograf w czasie wojny). Prawdą jest natomiast, ze dowódca Filthy thirteen, Jake McNiece, był pół krwi Indianinem niejednokrotnie mającym problem z posłuszeństwem wyższym rangom oficerom i to właśnie on dołączył w pewnym momencie do przetrzebionej drużyny jako “trzynasty”. Nazwa Filthy pochodziła od słowa brudny i miała odnosić się w bezpośredni sposób do stanu higieny oddziału, który ani myślał o poprawieniu tej sytuacji. 7/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 7

Hustle – Pigalak (1975). Pigalak (Hustle) mógł być dla Roberta Aldricha filmem na miarę Taksówkarza. Po sukcesie komercyjnym Najdłuższego jardu z Burtem Reynoldsem, który został wyprodukowany pod szyldem Paramount, aktor i reżyser postanowili kontynuować dobrą passę. Przez założoną firmę RoBurt (pierwsze sylaby od imion wspólników) panowie pochylili się nad scenariuszem Steve’a Shagana, który oparł go na motywach własnej powieści City of Angels (taki też miał być pierwotny tytuł filmu). Przypomnę, że Shagan powinien być widzom znany głównie z dwóch scenariuszy: Lęku pierwotnego Gregory’ego Hoblita i Sycylijczyka Michaela Cimino. Jednak uznanie krytyków zdobył przede wszystkim za Ocalić tygrysa (1973) i Przeklęty rejs (1976). Oba scenariusze przyniosły mu nominacje do Oscara. Omawiany Pigalak odniósł sukces, bo film wpisywał się idealnie w swój czas i nie tyle kopiował (jak to się u Aldricha zdarzało), co prezentował własny autorski obraz kontestacji. Nie podejrzewam, żeby w Robercie Aldrichu drzemał wielki twórca-kontestator i nie uwierzę też, że przebudził się w nim kinowy rewolucjonista. Jednak Pigalak tak naturalnie przybiera formę i problematykę lat 70., że staje się dla ówczesnego widza utworem bardzo pożądanym. Przełożyło się to rzecz jasna na wynik finansowy. 8/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 6

Hush…Hush, Sweet Charlotte – Nie płacz, Charlotto (1964). Lata 20. XX wieku, Charlotte Hollis żyje w ogromnej posiadłości w Luizjanie odcięta od problemów, które nękają szarych obywateli. Jej ojciec trzęsie całym miastem, jest właścicielem ogromnej fortuny, trzyma w garści polityków, sędziów i policję. Pilnuje swoich skarbów, a największym jest Charlotte. Gdy dowiaduje się, że jego oczko w głowie chce wyjść za mąż za tego młokosa Johna, wpada w szał i namawia młodziaka do porzucenia pomysłu. Robi to w znany tylko sobie wyrachowany sposób, ale jest skuteczny. Rozgrywa się to w trakcie dystyngowanego przyjęcia, jakich u Hollsów było wówczas wiele. Charlotte nie może przyjąć spokojnie słów kochanka. Do końca nie wiadomo co się wówczas stało i kto ostatecznie skrócił o głowę lowelasa. Charlotte przez koneksje ojca wywinęła się wszelkim podejrzeniom, chociaż ludzie swoje wiedzą. Prawdą jest natomiast, że tej nocy powoli zaczęła osuwać się w objęcia schizofrenii. Po 37 latach, już sama w wielkim domu, jako jedyna dziedziczka spadku ma opuścić włości, bo przez tereny ma przebiegać autostrada. Wszystko odbywa się legalnie, ale Charlotte nie chce o tym słyszeć. Na pomoc przybywa kuzynka, a u Charlotte pogłębiają się stany depresyjne, szaleństwu zaś na twarzy wykwita znajomy uśmiech. Powracają demony. Chociaż  Nie płacz, Charlotto ma wiele punktów zbieżnych z podobnym Co się zdarzyło Baby Jane?, wiele te dwa obrazy różni. Dzięki wspaniałej Bette Davis ponownie zobaczymy doskonale odmalowane szaleństwo i wyraz zwichrowanej osobowości na twarzy starszej kobiety, która przegrywa walkę z obsesją. Atmosfera jest równie posępna, ale sam obraz o niebo brutalniejszy i krwiożerczy. 8/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 5

The Flight of the Phoenix – Start Feniksa (1965). Scenariusz opowiada o załodze samolotu transportowego Fairchild C-82 Packet (w filmie zostało wykorzystanych kilka różnych modeli samolotów), który wskutek burzy piaskowej ma awarię gdzieś na trasie pomiędzy Jaghbub, a Benghazi w Libii. Za sterami siedzi doświadczony pilot Frank Towns (James Stewart), a na pokładzie leciało kilku robotników pracujących przy odwiertach, lekarz, wojskowi. Poza tym w maszynie jest trochę prywatnego bagażu, sporo wody, transport daktyli. Frank jest na tyle wprawnym pilotem, że kładzie maszynę bezpiecznie na pustyni, chociaż ta jest oczywiście niezdatna do dalszego lotu, o starcie z piasku nie wspominając. Chociaż ich położenie do najweselszych nie należy, a w samolocie jest ranny, to mężczyźni nie przejmują się tym jeszcze. Jest zapas wody, pomoc przecież zaraz nadleci. Po kilku dniach nadzieja szybko ulatuje. Pojawia się alternatywny plan konstruktora samolotów (który również był na pokładzie), by z rozbitej maszyny złożyć coś mniejszego, zdatnego do lotu… Robert Aldrich wiedział, że ma świetny scenariusz w ręku. Przecież już nie raz przedstawiał ścieranie się męskich charakterów, a tutaj mógł pójść krok dalej. Do tematu podszedł ambicjonalnie i od strony artystycznej wygrał bardzo dużo. 8/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 4

Emperor of the North Pole – Władca północy (1973). Robert Aldrich, a w zasadzie Christopher Knopf pisząc scenariusz do filmu inspirował się historiami z kilku książek. Z autobiograficznej The Road (Na szlaku) Jacka Londona, która była zbiorem opowieści z czasów, gdy pisarz przemierzał kraj właśnie jako hobo i dwóch książek Leona Raya Livingstona. Livingstone to jedna z legend podróżowania “w stylu hobo” (podróżował pod ksywką “A-No.1”). Napisał o życiu w drodze 12 książek. Zwracał uwagę na sytuację bezdomnych, ale i na korzyści płynące z takiego życia. Robert Aldrich posiłkując się scenariuszem Christophera Knopfa opowiedział o konflikcie na drodze, a żeby być już dokładnym, to na torach jak to w życiu hobo bywało. Konflikt, a nawet otwarta miejscami walka, w finale zaś bitwa na śmierć i życie dotyczyła dwóch mężczyzn – życiowego tułacza “A-No.-1” (“Numer jeden” to jasne odniesienie do historii Livingstone. W mężczyznę wcielił się Lee Marvin) i zarządzającego pociągiem towarowym Shacka (prawdopodobnie najlepsza rola Ernest Borgninena). Shack to rodzaj bezwzględnego sadysty. Jako konduktor i zarządzający składem kursuje najczęściej po Oregonie (tam też rozgrywa się akcja filmu). Włóczęgom wypowiada wojnę, grozi, że zabije każdego kto będzie chciał podczepić się pod wagon i przejechać choćby jeden kilometr bez uiszczenia zapłaty. Dla “Numeru jeden” to wyzwanie. Ten zapowiada, że przemierzy całą trasę z Shackiem na pokładzie na gapę. 8/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 3

Ulzana’s Raid – Ucieczka Ulzany (1972). Z rezerwatu razem z grupką Indian ucieka Ulzana, wódz Apaczów. Znane jest okrucieństwo samego plemienia i ich przywódcy (Ulzana jest postacią autentyczną), więc wojsko nie zwleka i rozpoczyna się pościg. Przywództwo obejmuje niedoświadczony porucznik Garnett De Buin (Bruce Davison), a wytropieniem zbiegów ma zająć się McIntosh (Burt Lancaster z sumiastym wąsem). Przez cały sens Ucieczki Ulzany miałem wrażenie, że stoję ramię w ramię z młodym porucznikiem De Buinem i tak jak on jestem uświadamiany, a po prawdzie edukowany w sprawach dotyczących Indian i okrutnych praw Dzikiego Zachodu. Western Roberta Aldricha oprócz tego, że jest filmem trzymającym od początku do końca w napięciu, jest przede wszystkim kinem dydaktycznym. W roli cierpliwego nauczyciela występuje McIntosh, a Ucieczka Ulzany to zapis konsekwencji, które uderzają w chwilę po odpuszczeniu kilku najważniejszych reguł. “Kto pierwszy popełni błąd, ten kopie grób” – jest najważniejszą zasadą powtarzaną w trakcie seansu. Nie bez przyczyny, bo Robert Aldrich w swoim filmie pokazuje wiele obrazków, które zostaną z widzem na dłużej. Ilekroć jednak na ekranie pokazywany jest akt barbarzyński (najczęściej jako rzecz dokonana), widz nie ma wątpliwości, że nie chodzi tu o przedstawienie (z perspektywy) rdzennych mieszkańców w jak najgorszym świetle, a raczej przy tej okazji o wyjaśnienie dlaczego tacy są, w imię czego dokonują takich aktów. Nie raz takie pytania zadaje porucznik De Buin. Nie są to jednocześnie pytania rzucane na wiatr, bo z reguły dostaje konkretną odpowiedź czy to ze strony McIntosha, czy indiańskiego pomocnika tropiciela. Sam Ulzana raz, że uciekł z niewoli, dwa, że zrobił to głównie dlatego, by porzucić “zapach” białego człowieka, jego kulturę, nadchodzącą cywilizację, która coraz bardziej agresywnie wdziera się w świat Apacza. Musi znowu posmakować krwi, ognia i cierpienia innych. Każda ofiara go wzmocni. 8/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 2

Kiss Me Deadly -Śmiertelny pocałunek (1955). Śmiertelny pocałunek ma wszytko co potrzebne by sparzyć czarną i gęstą jak smoła noir opowieść. Głównym bohaterem jest Mike Hammer (Ralph Meeker), detektyw twardziel. Hammer był bohaterem całego cyklu powieściowego Spillane’a i dobił do 13. tytułów. Kolejnych kilkanaście książek z nim Spillane napisał wespół z Maxem Allan Collinsem. Do tego dochodzą liczne opowiadania. Było również kilka, poza tą omawianą, ekranizacji prozy Spillane’a. Ciekawostką jest natomiast to, że w jednej z nich, w The Girl Hunter z 1963 roku Roya Rowlanda, Mickey Spillane zagrał wykreowaną przez siebie literacką postać. Wróćmy jednak do obrazu Aldricha i jego wersji Mike’a Hammera. To przystojny detektyw, dobrze zbudowany, który wymyślił sobie niezły pomysł na zarobek. Ściga niewiernych mężów, a wcześniej urządza prowokacje wykorzystując swoją śliczną asystentkę. Niezły drań z tego Mike’a. Ale są więksi i groźniejsi i Mike szybko się przekona na czym polega prawdziwa motywacja bandytów, którzy nie cofną się przed niczym by zdobyć to, na czym im zależy. Robert Aldrich stworzył i wytyczył nowy kierunek dla kina. Jednocześnie, jego filmowy kryminał stanął ością w gardle dla różnorakich obrońców moralności, w tym szacownej komisji Kefauvera, gdzie mówiono o nim jako “rujnującym życie młodych widzów”. Aldrich nie ugiął się ani razu, wytrzymał naciski i przepchnął do kin swoją wersję. Śmiertelny pocałunek to twardy, bezkompromisowy obraz tego jak brutalnie i stanowczo działa półświatek. Już pierwszych kilkanaście minut nadaje charakterystyczny ponury ton dla całego obrazu. Gdy czarne charaktery “pracują” nad Hammerem i dziewczyną, on leży na ziemi, a jej widać tylko wiszące w powietrzu nogi, słychać jęki, oprawcy spokojnie kroczą po pokoju, nie widzimy żadnych twarzy ani nawet samego aktu przemocy. Czujemy jednak, że to co się dzieje poza naszym wzrokiem jest wyjątkowo okrutne. 8/10 Recenzja tutaj

MIEJSCE 1

What Ever Happened to Baby Jane? – Co się zdarzyło Baby Jane? (1962). Gdy wydawało się, że kariera Roberta Aldricha osiada na mieliźnie, wnet ten statek nabrał mocnego wiatru w żagle i dokładnie wtedy, kiedy reżyser potrzebował sukcesu najbardziej. Po latach posuchy, gdy kolejne firmowane przez niego produkcje przynosiły straty (wszystkie jego europejskie wojaże), powrócił do Stanów Zjednoczonych, sięgnął po scenariusz Lukasa Hellera napisanego na podstawie powieści Henry’ego Farrella i nakręcił film, który odniósł komercyjny sukces, spodobał się krytykom, twórcom przyniósł szereg nagród, przyczynił się do powrotu na wielki ekran dwóch gwiazd, które lata świetności miały już za sobą, stworzył osobny podgatunek psycho-biddy (lub też hagsploitation), w którym terror i grozę sieje niestabilna emocjonalnie starsza kobieta i z miejsca został okrzyknięty kultowym. Sporo jak na jeden tytuł. Stało się tak z prostej przyczyny – wszystko bowiem w Co się zdarzyło Baby Jane? było wyśmienitym posunięciem, a każdy kolejny pomysł i decyzja nosiły znamiona geniuszu. Powieść Henry’ego Farrella została zekranizowana dwukrotnie (w 1991 roku w filmie Davida Greena w siostry wcieliły się Lynn i Vanessa Redgrave, to ciekawy zabieg, a i sam film należy do udanych, nie ma on jednak startu do omawianego obrazu), ale to właśnie utwór Aldricha po dziś dzień jest cytowany, analizowany i oglądany z niesłabnącym zainteresowaniem. 9/10 Recenzja tutaj