Są reżyserzy, których rozpoznaje się po jednym gatunku, jednej estetyce albo kilku charakterystycznych motywach. Ridley Scott od dekad wymyka się takim uproszczeniom. W jego filmografii obok siebie funkcjonują kameralne dramaty, historyczne widowiska, kino science fiction, gangsterskie opowieści i wysokobudżetowe blockbustery. Niewielu twórców potrafiło z równą swobodą przechodzić między tak odległymi światami, zachowując przy tym własną tożsamość.
Jednocześnie jest to twórca pełen paradoksów. Autor kilku bezdyskusyjnych arcydzieł (Łowca androidów, Obcy – ósmy pasażer Nostromo), ale także filmów budzących skrajne emocje. Reżyser zdolny do wyznaczania nowych kierunków dla całych gatunków, który niejednokrotnie podejmował również decyzje artystyczne pozostawiające widzów i krytyków w stanie konsternacji (Napoleon).
No bo sam zobacz. Mówisz horror sci-fi,myślisz Obcy – ósmy pasażer Nostromo, Cyberpunk? Oczywiście Łowca androidów. Współczesne kino wojenne? Helikopter w ogniu musi być wymieniany w rankingu.
Ten ranking nie jest więc próbą wskazania „obiektywnie najlepszych” filmów Ridleya Scotta. To raczej spojrzenie na twórczość reżysera, który od ponad czterech dekad pozostaje jednym z najważniejszych i najbardziej fascynujących hollywoodzkich rzemieślników.
30 filmów Ridleya Scotta ułożyłem w rankingu od najgorszego do filmu najlepszego moim zdaniem. To były tylko trudne wybory, przynajmniej jeżeli chodzi o sąsiedztwo poszczególnych filmów, bo różnice pomiędzy miejscami blisko siebie są znikome. I jeżeli ktoś zarzuci mi, że przecież film z siódmego miejsca jest o wiele lepszy niż ten z szóstego, cóż, niewyklucozne że za tydzień mogłyby się zamienić miejscami, szczególnie po powtórce seansu. Ale nie dam rady zrobić maratonu z tymi filmami, tak, żeby oceny tychże były bardziej aktualne, a nie, jak niektóre, bazowały na ocenie sprzed kilkudziesięciu lat (wysokie miejsce G.I. Jane).
Zatem oto i on, ranking filmów Ridleya Scotta.
MIEJSCE 30
Exodus: Gods and Kings – Exodus – Exodus: Bogowie i królowie (2014)
Exodus: Bogowie i królowie to luźna ekranizacja biblijnej Księgi Wyjścia, a więc fragmentu samej Biblii. Nie czytałem tej, według pani premier Beaty Szydło, najważniejszej i wręcz jedynej książki, jaką powinienem mieć na półce. Piszę i będę pisał dalej w tym tonie zarówno o samym filmie, jak i o jego realizacji, ponieważ właśnie tak odebrałem pomysł Scotta na ten obraz. To średni film. Nie oznacza to jednak, że nie dostrzegam jego mocniejszych stron. Wręcz przeciwnie. To właśnie na poziomie wykonania znalazło się kilka najciekawszych elementów.
Co zagrało tutaj z czysto rozrywkowego punktu widzenia? Kilka rzeczy. Nie mogę przecież udawać ślepego, skoro sama wizja reżyserska jest co najmniej epicka. Prawdą jest też, że Scott nie buduje fresku o wierze. Znacznie bardziej interesuje go mechanizm imperium, przede wszystkim zderzenie polityki z przeznaczeniem. Dlatego Exodus: Bogowie i królowie pozostaje filmem bardzo osobliwym. Chce być widowiskiem biblijnym, ale myśli jak kino historyczne. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 29
Napoleon (2023)
Udała się Scottowi jedna rzecz. Nakręcił filmową biografię Napoleona, człowieka, którego po dziś dzień we Francji się wielbi, i zrobił to metodą szkolną, przelatując przez najważniejsze wydarzenia. Napisałbym, że to seans „bez serca”, ale ja nawet nie chciałem tutaj serca zobaczyć, bo skupiony byłem na tym przygaszonym spojrzeniu Joaquina Phoenixa. Tak, Scott robi bardzo wiele, by rozebrać pomnik. Jego Napoleon jest śmieszny w ten mało zabawny sposób.
Mogę więc pochwalić skalę widowiska, obrazy bitewne oraz stronę techniczną. Zdjęcia Dariusza Wolskiego są świetne, przy sekwencjach z tłumem ludzi wojsko odpowiednio mocno spowija ziarnistość. Nie ma tu wygładzonego obrazu, kolor utrzymano w brudnych tonacjach, czuć grozę i śmierć, która jest syta. Nie stanę jednocześnie w szeregu tych, którzy są zniesmaczeni takim przedstawieniem Napoleona. Jak napisałem, mam już dość wszystkich tych możnowładców i ich imperialnych zapędów.
Ale pomijając już wszystko, wynudziłem się. Tempo nie jest pode mnie. Wojna, dramat domowy, wojna, zmęczony wyraz twarzy Napoleona. Trudno traktować ten film jako rekonstrukcję życia Bonapartego. Scott wybiera fragmenty, pomija całe rozdziały i kompresuje czas. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 28
All the Money in the World – Wszystkie pieniądze świata (2017)
To dziwny film i jeden z wielu osobliwych tytuł w późnym dorobku Ridleya Scotta. Temat może i nośny, a Christopher Plummer bardzo dobrze oddał nieprzyjemną naturę bogacza otaczającego się przedmiotami pozbawionymi duszy. Choć dla niego były to rzeczy nie tylko z duszą, ale wręcz z sercem. Zresztą świetnie przy tej okazji na polu zdjęciowym wypadła praca Dariusza Wolskiego, który majątek Getty’ego pokazuje jako pomieszczenia zatęchłe, zakurzone, ciasne i wypełnione po brzegi… szmelcem.
Ridley Scott wykorzystuje sensacyjną, opartą na faktach historię z kronik kryminalnych jako narzędzie do analizy szczególnego stanu ducha. Stanu, w którym bogactwo przestaje być środkiem, a staje się religią. Majątek w tym wydaniu nie daje bezpieczeństwa ani wolności. Nie daje nawet przyjemności. Są za to potłuczone relacje, fałsz, jak w momencie „bratania się” z rodziną, którą Gerry porzucił, czy próba ugrania czegoś na porwaniu: czy pieniądze z okupu da się odliczyć od podatku?
To nie jest klasyczny thriller i na pewno nie jest to filmowa biografia. Wszystkie pieniądze świata najbliżej stoją filmu badającego mechanizmy władzy i pokazującego wszelkie dziwne tarcia pomiędzy ludzkimi emocjami a chłodną, bezwzględną kalkulacją. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 27
Robin Hood (2010)
Robin Hood to jeden z tych filmów Ridleya Scotta, które przez lata zdążyły dorobić się opinii dzieła mniej udanego, choć moim zdaniem problem leży przede wszystkim w oczekiwaniach widzów. To nie jest bowiem historia Robin Hooda, jaką znamy z kina przygodowego. Scott nie interesuje się legendą w jej najbardziej rozpoznawalnej formie. Nie chce opowiadać o banicie skaczącym między drzewami Sherwood, rabującym bogatych i wspierającym ubogich. Czuć ciężar epoki, błoto, chłód i polityczne napięcie. Tylko że z tego wszystkiego nie rodzi się wielkie widowisko. Brakuje emocji, scen zapadających w pamięć i bohaterów, którym chciałoby się kibicować. Film ogląda się bez bólu, ale również bez większego zaangażowania.
W przypadku twórcy odpowiedzialnego za Obcego, Łowcę androidów, Thelmę i Louise czy Gladiatora samo „solidnie” nie wystarcza. Dlatego Robin Hood ląduje u mnie tak nisko. Nie jest porażką, nie jest nawet złym filmem. To po prostu jeden z tych tytułów, które kończą się dokładnie w momencie, gdy widz zaczyna wierzyć, że za chwilę wydarzy się coś naprawdę interesującego.
MIEJSCE 26
Hannibal (2001)
Tam, gdzie Milczenie owiec było chłodnym, precyzyjnym thrillerem psychologicznym, Hannibal skręca w stronę operowej przesady, makabry i estetycznego rozbuchania. Scott nie próbuje ścigać się z Jonathanem Demme’em na jego zasadach. Woli stworzyć widowisko ocierające się momentami o horror gotycki, pełne dekadenckich obrazów, wystawnych wnętrz i bohaterów funkcjonujących niemal jak postacie z mrocznej baśni dla dorosłych. Hannibal nie jest godnym następcą Milczenia owiec, ale jako osobne, mroczne i momentami groteskowe widowisko pozostaje jednym z najbardziej osobliwych tytułów w całej filmografii Scotta.
MIEJSCE 25
House of Gucci – Dom Gucci (2021)
Dom Gucci Ridleya Scotta da się oglądać bez bólu głownie dlatego, że ze swoją marką reżyser skupia wokół siebie niezwykle utalentowaną ekipę. Nazwisko Scott, jego dorobek i pewna aura, która nad nim wisi, to wszystko sprowadza się do tego, że jego kolejne filmy przede wszystkim są porządnie zrealizowane. Dom Gucci również. Ma doskonałą oprawę. Nie znam się na modzie, ale nawet dla laika jest zauważalny pietyzm z jakim twórcy podeszli do sprawy. Kostiumy, kroje, kolory razem z pracą operatora (Dariusz Wolski, chapeau bas po raz kolejny) to majstersztyk. Nawet taki Adam Driver, aktor wybitny, który amantem nie zostanie, jak amant wygląda. Dom Gucci zalet ma więcej, ale każda z nich to zasługa wciąż talentów poszczególnych pionów, czy to technicznych, czy też sekcji artystycznych. Już sama Lady Gaga potrafi unieść ten film, bo grając celebrytkę socjopatkę, odnalazła się tutaj doskonale. Jest irytująca tak jak trzeba, można ją przejrzeć wskroś i chyba wszyscy wiedzą jaka jest naprawdę, a jednak zdołała namieszać, napuścić na siebie członków rodziny i zasiać ziarno niezgody. Intrygantka, manipulantka zdołała zepsuć dość dość krwi w rodzinie, by kolos zaczął się chwiać na swoich glinianych nogach. Tak, strona aktorska to zdecydowanie mocna strona filmu i nawet ten Jared Leto (choć nie jestem fanem przesadzonej charakteryzacji do takich ról) pasował do opowieści i łapał się w kontekst. Czy jego nad ekspresja pasowała do prawdziwej postaci Paolo Gucciego? Nie wiem. Scenografia, kostiumy, fryzury, oddanie ducha miejsca i czasów, to wszystko stoi jak to u Ridleya Scotta na wysokim poziomie. Jeżeli dołożymy do tego wspaniałą playlistę, otrzymamy skrojony na miarę garnitur. Pytanie, czy wygodny i szyty na miarę? CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 24
Gladiator II (2024)
Doświadczony reżyser, który ma u boku całą rzeszę doradców. Producenci, którzy chcą zarobić (więc bubla nie chcą wypuścić, biznesplan jest jasny), dobre nazwiska w obsadzie, budżet 300 milionów dolarów, jest z czego kupować sandały dla statystów. I wyszedłem z kina spokojny, piszę szybko, żeby coś z tych emocji zostało, bo ulatują jak para z czajnika. Czyli emocje były? Były, Gladiator II znowu ma momenty. Są to niestety tylko momenty, które nie wiążą opowieści w całość, nie łączą się w historię, która mogłaby trwać.
Wyobraźcie sobie bowiem tych wszystkich wspaniałych aktorów. Dali z siebie wszystko, naprawdę. Paul Mescal jest wspaniały, Pedro Pascal chwyta za serce, Denzel Washington dał taki popis, że chyba niechybnie powinien być obsypany złotem na filmowych galach. Pojedynki na arenie przykuwają uwagę, dużo tam fizyczności, są brutalne, specjaliści od choreografii wykonali swoją robotę bez zarzutu, kontrakty wypełnione. A na to wszystko wchodzą scenarzyści, David Scarpa i Peter Craig, którzy muszą (muszą, bo Ridley chce) coś z tego ulepić. Poszli po linii najmniejszego oporu, ale trudno ich winić, bo ten film nie powinien powstać. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 23
American Gangster – Amerykański gangster (2007)
Sprawnie zrealizowane kino gangsterskie, oparte na historii Franka Lucasa, handlarza narkotyków, który w latach 70. zbudował potężne przestępcze imperium, wykorzystując bezpośrednie kontakty z dostawcami z Azji. Scott prowadzi tę opowieść pewną ręką, z dużą dbałością o realia epoki, unikając zarówno przesadnej gloryfikacji swoich bohaterów, jak i moralizatorskiego tonu.
Problem polega jednak na tym, że film przez większość czasu pozostaje zaskakująco zachowawczy. Świetne role Denzela Washingtona i Russella Crowe’a nie wystarczają, by nadać tej historii własną, niepowtarzalną tożsamość. Wtedy oglądałem z zainteresowaniem, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że podobne motywy kino gangsterskie eksplorowało wcześniej w sposób znacznie bardziej wyrazisty. Nie jest to film zły, przeciwnie, to bardzo solidna produkcja z wysokiej hollywoodzkiej półki, jednak w zestawieniu wszystkich obrazów Scotta ląduje u mnie wyraźnie niżej. Doceniam warsztat, tempo i aktorstwo, ale po seansie pozostaje przede wszystkim poczucie obcowania z dobrze wykonanym rzemiosłem, a nie dziełem, do którego regularnie chce się wracać.
MIEJSCE 22
Body of Lies – W sieci kłamstw (2008)
To kino szpiegowskie zrealizowane bez romantyzowania wywiadowczej roboty, pełne niepewności, manipulacji i informacji, które dezaktualizują się szybciej, niż bohaterowie są w stanie na nie zareagować. Bardzo cenię sposób, w jaki Scott pokazuje współczesny konflikt na Bliskim Wschodzie. Nie przez wielkie bitwy czy efektowne sceny akcji, ale przez sieć zależności, kłamstw i półprawd. Leonardo DiCaprio i Russell Crowe tworzą tu dobry duet oparty na napięciu między człowiekiem działającym w terenie a przełożonym, który podejmuje decyzje zza biurka. To film opowiadający o zderzeniu teorii z praktyką, polityki z rzeczywistością i o tym, jak wysoką cenę płacą ludzie znajdujący się pomiędzy tymi światami. Niezły.
MIEJSCE 21
The Counselor – Adwokat (2013)
Jeden z bardziej osobliwych filmów w karierze Ridleya Scotta. Nie dlatego, że jest to obraz zły, nieudany czy źle zagrany. Adwokata ogląda się tak, jakby Scott chciał posmakować kina, które nie leży w jego naturalnym zasięgu. Ktoś mógłby napisać, że przecież kilka lat wcześniej nakręcił Amerykańskiego gangstera. To prawda, ale tamten tytuł również, moim zdaniem, nie do końca pasuje do filmografii reżysera. Wydaje mi się jednocześnie, że mając w ręku taki pomysł (już o Adwokacie) i taką plejadę gwiazd, ktoś pokroju Michaela Manna wyciągnąłby z tej opowieści znacznie więcej.
Scott jako rzemieślnik tworzy poprawnie – napięcie wypływa naturalnie dzięki aktorom i kilku realizacyjnym zagrywkom, ale bez użycia magicznej różdżki. I tu wraca problem braku autorskości, bo Adwokat jest pozbawiony większych emocji, czegoś, co mógłby nadać właśnie Mann. Przeciągłe spojrzenia, podły świat, zło absolutne w działaniach kartelu i chciwość, która bierze człowieka za rękę i prowadzi do piekła – to Mann, nie Scott.
Nie jestem jednak negatywnie nastawiony do Adwokata. Martwi mnie raczej to, że ten sam film mógłby być jednym z lepszych nakręconych w 2013 roku. A tak okazuje się, że ma jednocześnie zagorzałych krytyków i znacznie mniej fanów. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 20
The Martian – Marsjanin (2015)
Ridley Scott gwarantuje zawsze co najmniej jedno – porządną kinową rozrywkę. Tym razem nie jest inaczej. Jednak to co najbardziej urzeka w tym filmie, to fakt, że ponownie mogłem pławić się w dwugodzinnym seansie science-fiction, tym razem z naciskiem na science. Naprawdę niewiele mi potrzeba do szczęścia, jeżeli chodzi o tego typu produkcję. Przeleci statek kosmiczny, a ja już się cieszę jak dzieciak. Pokażą astronautę, a ja znowu uciekam w kierunku chłopięcych marzeń. Takie filmy zawsze mają u mnie fory w kwestii oceny i mam nadzieję, że stali czytelnicy już to wiedzą.
Marsjanin to opowieść odnosząca się w dalekim porównaniu do Robinsona Crusoe Daniela Defoe. Przynajmniej jeżeli chodzi o prezentowaną wolę życia i dążenie do przetrwania za wszelką cenę. Robinson Crusoe i główny bohater Marsjanina – Mark Watney (Matt Damon) przeżyli katastrofę. Jako jedyni… Ktoś mógłby się wyrwać i powiedzieć: I to wszystko. Bo jak tu porównywać pełną flory i fauny bezludną wyspę i tak nieprzyjazne człowiekowi środowisko planety Mars. Obie sytuacje można z powodzeniem porównać skupiając się na człowieku i jego wyalienowaniu. Obu miało lepsze i gorsze pomysły na poprawę własnej egzystencji. Obu trzymała przy życiu nadzieja. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 19
The Dog Stars – Gwiazdozbiór psa (2026)
Wygrała tu prostota – niezwykłe plenery, przejmująca uczciwość w aktorskiej grze Jacoba Elordiego, szczere spojrzenie przygotowanego na wszystko Josha Brolina, pewność Guy’a Pearce’a i naturalny powab Margaret Qualley (jak zawsze).
Cała reszta to piękna opowieść o różnym podejściu do aktualnej parszywej sytuacji. Każda z postaci ma zwęglone serce, ale każdy radzi sobie z tym inaczej. Bangley jako doświadczony preppers zna swoje miejsce na ziemi – ten kawałek terenu, karabin snajperski i rutynę wyznaczoną trupami zbliżających się dzikusów. A Hig ze swoim wiernym psem Jesperem lata cessną (Cessna 182 Skylane) w poszukiwaniu zasobów, ale głównie po to, by znaleźć powód, by nie wrócić. Jak wszyscy trzymający się jeszcze pazurami tego świata coś stracił i wciąż szuka powodów, by żyć.
Zatem mamy te mądre kwestie, wiele pytań zawieszonych w powietrzu – o to, czy warto, po co, w jakim celu. Jest kilka brutalnych scen, bo przecież wszystko jest znowu jak na Dzikim Zachodzie. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 18
Alien: Covenant – Obcy: Przymierze (2017)
Zaczyna się, jak tylko klasycznie u Obcego zacząć się może, od sygnału. Nie dramatycznego s.o.s, a po prostu sygnału z planety o warunkach sprzyjających kolonizacji. Trzeba wam wiedzieć, że fabuła opiera się na międzygwiezdnej wędrówce ludzkości, u podnóża której istnieje marzenie o nowym świecie (to tym samym główny, nie ostatni odnośnik do wiary. Przymierze jako podtytuł ma tu zasadnicze znaczenie). I niezależnie czy chodzi o przetrwanie, czy ciągłość gatunku, zawsze gdzieś tam leży to samo słowo – życie. Kurs naszej załogi przewiduje lot długi, nużący, gdzie trzeba wykazać się cierpliwością, bo po raz kolejny należy udać się w objęcia Morfeusza, czyli hibernację i sen. Wspomniany sygnał pochodzi z miejsca niedalekiego, tuż za rogiem, serdecznie wręcz zapraszającego. Decyzją kapitana załoga ma sprawdzić warunki bytowe na nowo odkrytej planecie. I wszyscy (prawie) są radzi z tej decyzji, bo można szybciej wykonać założony cel misji. Pośpiech jest wynalazkiem Szatana.
Nierówności tu wiele, ale rzeczywiście największe wyboje widoczne są na finale morderczej przejażdżki. Eksploracja planety z filmowym bohaterami ponownie przyniosła mi radość i (jako nieodłączny element serii) jest fragmentem sprawdzonym. Sam horror w ujęciu stricte akcji wygląda tak, jakby ktoś młodszy i żwawszy przejął stery. Jest donośnie, z przytupem i zaskakująco obficie. Wprawdzie to krótki posiłek, ale gwarantuję, że czyści od stołu nie odejdziecie. Dla mnie seria Obcego zawsze wiązała się z porządnie dobranymi aktorami. Tu, chociaż każdy jest na swoim miejscu, to większość może czuć się przez scenariusz niedopieszczona. I wszyscy powinni czuć się zazdrośni o Fassbendera, w tym przypadku pupila Ridleya Scotta. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 17
Prometheus – Prometeusz (2012)
Powrót reżysera do uniwersum zapoczątkowanego przez Obcego budził ogromne oczekiwania, zwłaszcza że twórca postanowił odejść od klasycznego horroru science fiction i skierować uwagę na pytania dotyczące początków ludzkości. W centrum opowieści znalazła się ekspedycja badająca ślady pozostawione przez tajemniczych Inżynierów, istot mogących odpowiadać za stworzenie człowieka. Ambicji temu projektowi odmówić nie sposób. Scott stworzył wizualnie oszałamiający świat pełen monumentalnych konstrukcji, obcych technologii i niepokojących odkryć, które skutecznie rozbudzają wyobraźnię. Jednocześnie jest to film, którego skala filozoficznych pytań okazuje się znacznie większa niż zdolność do udzielania satysfakcjonujących odpowiedzi.
To kino pełne wad, ale zarazem pełne odwagi i wyobraźni. W filmografii Scotta cenię je bardziej za skalę ambicji niż za końcowy rezultat, choć nawet po latach trudno odmówić temu filmowi siły oddziaływania i niezwykłej atmosfery tajemnicy. Doskonale rozumiem część zarzutów kierowanych pod adresem tego filmu, ale sam nigdy nie potrafiłem go skreślić. Wolę ambitne science fiction, które czasem się potyka, niż bezpieczne widowiska, po których nie zostaje właściwie nic.
MIEJSCE 16
White Squall – Sztorm (1996)
Scott, choć koloryzuje rzeczywistość, pozostawia bez zmian najważniejsze elementy historii. Zgadza się liczba ofiar. Zgadza się czas i miejsce katastrofy. Otrzymaliśmy jednak niemal apokaliptyczną wizję sztormu, podczas gdy z dostępnych relacji wynika, że przewrócenie statku było kwestią chwili. Cała tragedia rozegrała się błyskawicznie w ciągu minuty. Film niewątpliwie idealizuje również postać kapitana. To archetypiczny mentor, żywy drogowskaz i człowiek będący wzorem dla młodzieży. W kontekście filmowego przekazu oraz wspomnianego motywu dojrzewania wydaje się to jednak całkowicie zrozumiałe. Trudno mieć o to pretensje do scenarzysty. Tym bardziej że Jeff Bridges znakomicie odnajduje się w takiej roli.
To po prostu dobry film. Życie na pokładzie podporządkowane zostaje powtarzalnym czynnościom. Scott rozumie, że monotonii nie należy skracać i trzeba ją pokazać. To właśnie ona buduje wiarygodność wspólnoty. Z czasem coraz wyraźniejsze staje się napięcie pomiędzy uporządkowanym światem statku a chaosem zewnętrznej rzeczywistości. Kulminacyjna sekwencja sztormu pozostaje dużym osiągnięciem realizacyjnym reżysera. Doskonale wiemy, kto i gdzie się znajduje. Czujemy ciężar wody. Czujemy niebezpieczeństwo. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 15
Someone to Watch Over Me – Osaczona (1987)
Mike (Tom Berenger) to fajny chłop. Ma świetną żonę, znakomitego syna, cała trójka żyje od pierwszego do pierwszego w Queens. Życie na wariackich papierach, ale dobrze im razem. Ta rodzina to kumple, przyjaciele, śmiech przy śniadaniu, dobre relacje. I co? I dałeś ciała, chłopie, bo coś cię nosi. Widać to już na imprezie w filmowym otwarciu, gdy wszyscy świętują awans Mike’a.
Mike ma luźne oczko. Tam jakaś dziewczyna rusza się ponętnie, spojrzenie ucieka, coś wisi w powietrzu. Chwilę po tym radosnym dniu dostaje nowy przydział – ma ochraniać piękną Claire (Mimi Rogers). Piękną, mądrą i bogatą. Claire reprezentuje wyższe sfery: je w drogich knajpach, używa trudnych słów, kupuje elegancki krawat gliniarzowi. Reakcja żony jest naturalna. Serio, dziewczyna kupuje ci krawat, a z moim jest coś nie tak?
A później poszło. Mike zakochuje się w „klientce”. W tle jest ten szaleniec, który czyha na życie kobiety. Trochę ochrony, trochę romansu. Finału nie zdradzę, chociaż trudno go przełknąć. Ja nie dałem rady. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 14
A Good Year – Dobry rok (2006)
Dobry rok to jeden z najbardziej nietypowych filmów w dorobku Ridleya Scotta. Reżyser kojarzony z widowiskowym kinem historycznym, science fiction czy thrillerami kryminalnymi tym razem skręcił w stronę lekkiego komediodramatu osadzonego w malowniczej Prowansji. Historia londyńskiego maklera, który dziedziczy winnicę po swoim wuju i stopniowo zaczyna przewartościowywać własne życie, nie jest szczególnie odkrywcza. Wręcz przeciwnie, opiera się na dobrze znanych schematach o ucieczce od wielkomiejskiego pośpiechu i odnajdywaniu szczęścia w prostszej codzienności.
Jest u mnie dość wysoko na liście. Możliwe, że trafił idealnie w mój czas kiedy szukałem czegoś lżejszego, szczerego i bezpretensjonalnego?
Sam traktuję go raczej jako przyjemny przystanek pomiędzy większymi projektami reżysera. Czasami jednak właśnie takie niepozorne produkcje ogląda się najlepiej, bo nie próbują być czymś więcej, niż są w rzeczywistości: ciepłą, pogodną historią o zwolnieniu tempa i docenieniu rzeczy, które przez lata pozostawały niezauważone.
MIEJSCE 13
Legend – Legenda (1985)
To fantasy stworzone jeszcze przed erą cyfrowych efektów specjalnych, kiedy baśniowe światy budowano przede wszystkim za pomocą scenografii, charakteryzacji i światła. Fabuła jest zaskakująco prosta: młody Jack musi powstrzymać siły ciemności po tym, jak zagrożone zostają ostatnie jednorożce podtrzymujące równowagę świata. Scott nigdy jednak nie traktował tego filmu jako klasycznej przygodowej opowieści. Znacznie bardziej interesowało go kreowanie obrazów, które wyglądałyby jak ożywione ilustracje z baśniowego albumu. Do dziś największe wrażenie robi wizualna strona produkcji. Gęste lasy, mgły, podziemne komnaty i fenomenalna kreacja Tima Curry’ego
To jednocześnie jeden z tych tytułów Scotta, w których atmosfera okazuje się ważniejsza od samej historii. Nie wszystko działa tu idealnie, a narracja momentami schodzi na dalszy plan, ale w zamian otrzymujemy świat, który zapada w pamięć na lata. Widziałem raptem kilka razy i większość z nich jeszcze z kasety VHS. Pamiętam te seanse doskonale. Klasyk na zawsze.
MIEJSCE 12
1492: Conquest of Paradise – 1492: Wyprawa do raju (1992)
Całkiem możliwe (tak czuję), że to jeden z tych filmów Ridleya Scotta, które z biegiem lat zyskały znacznie więcej uznania, niż miały w momencie premiery. Reżyser podjął się monumentalnej opowieści o Krzysztofie Kolumbie, koncentrując się nie tylko na samej wyprawie przez Atlantyk, ale również na konsekwencjach odkrycia Nowego Świata. To kino historyczne w starym, epickim wydaniu, pełne szerokich planów, imponujących dekoracji i charakterystycznego dla Scotta wyczucia wizualnego. Gérard Depardieu tworzy Kolumba jako człowieka napędzanego obsesją i wiarą we własną wizję, co sprawia, że postać nie jest jedynie pomnikowym bohaterem z podręcznika historii.
To nie jest najbardziej emocjonujące widowisko w dorobku Scotta, ale z pewnością jedno z tych, które najlepiej pokazują jego fascynację ludźmi próbującymi zmieniać świat za wszelką cenęa. Wracam do niego rzadziej niż do Gladiatora czy Królestwa niebieskiego, jednak za każdym razem odnajduję w nim coś, czego brakuje wielu współczesnym produkcjom historycznym: autentyczne poczucie wielkiej przygody i odkrywania nieznanego.
MIEJSCE 11
G.I. Jane (1997)
Historia Jordan O’Neil, pierwszej kobiety dopuszczonej do ekstremalnie wymagającego programu szkoleniowego Navy SEALs, na pierwszy rzut oka wygląda jak klasyczne kino wojskowe o przekraczaniu własnych ograniczeń. Mam duży sentyment do tego filmu, byłem na nim w kinie i po prawdzie widziałem tylko raz.
Demi Moore stworzyła jedną z najbardziej fizycznie wymagających kreacji swojej kariery, a jej bohaterka ani przez chwilę nie zostaje sprowadzona do roli symbolu czy prostego manifestu. Podobał mi się wykreowanie tej postaci, która musi walczyć nie tylko z wycieńczającym treningiem, ale również z nieustanną potrzebą udowadniania swojej wartości. Świetnie moim zdaniem zagrała tu surowa atmosfera i realizm scen szkoleniowych. I Demi Moore świetnie się prezentowała.
MIEJSCE 10
Matchstick Men – Naciągacze (2003)
Opowieść o Royu Wallerze, drobnym oszuście cierpiącym na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, którego uporządkowany świat zostaje wywrócony do góry nogami przez niespodziewane pojawienie się nastoletniej córki. Scott tym razem rezygnuje z widowiskowości i spektakularnych obrazów na rzecz kameralnej historii skupionej na bohaterach, relacjach oraz emocjach ukrytych pod warstwą kryminalnej intrygi.
Mam wrażenie, że Scott świadomie schodzi na dalszy plan jako wizualista, skupiając się na emocjach, relacjach i psychologii postaci. Ale najciekawsze jest dla mnie to, że Naciągacze pozostają jednocześnie sprawnie skonstruowanym kryminałem, komediodramatem i historią o samotności człowieka, który przez lata nauczył się nie ufać nikomu. Mniej efektowny niż największe przeboje Scotta, ale właśnie dzięki swojej kameralności wyróżnia się w jego dorobku. Dla mnie pozostaje jednym z najbardziej niedocenionych tytułów w filmografii reżysera.
MIEJSCE 9
Kingdom of Heaven – Królestwo niebieskie (2005)
Królestwo niebieskie to dla mnie jeden z tych filmów Ridleya Scotta, które zyskały z czasem znacznie więcej, niż straciły w chwili premiery. Pamiętam, że po pierwszym seansie doceniłem przede wszystkim rozmach widowiska, ale dopiero po latach zacząłem dostrzegać, jak wiele kryje się tutaj pod powierzchnią historycznego spektaklu. Scott nie skupia się wyłącznie na wojnie czy polityce. Znacznie bardziej interesuje go człowiek uwikłany w historię, próbujący zachować własne zasady w świecie, który nieustannie domaga się opowiedzenia po jednej ze stron. Właśnie ten aspekt zawsze najbardziej przyciągał mnie do filmu. Nie widzę w nim klasycznej opowieści o bohaterze zdobywającym chwałę, ale historię człowieka uczącego się odpowiedzialności za innych.
Jednocześnie Królestwo niebieskie pozostaje jednym z najpiękniej sfotografowanych filmów w dorobku Scotta. Do dziś imponują mi skala inscenizacji, dbałość o szczegóły i sposób budowania średniowiecznego świata bez popadania w tanią widowiskowość.
MIEJSCE 8
The Last Duel – Ostatni pojedynek (2021)
Teoretycznie głównym tematem najnowszego filmu Ridleya Scotta jest dochodzenie sprawiedliwości, ale satysfakcja i droga dla poszkodowanej (i rzeczywista niezawisłość sądu) jest taka jak w filmie Młot na czarownice Otakara Vávra. Przekaz jest zresztą podobny. W trakcie seansu obu filmów wnętrzności mogą się przewrócić widzowi ilekroć słyszy „niech Bóg osądzi”.
Zauważyłem, że nawet ci hejtujący ostatnie dokonania Ridleya Scotta są mu tym razem przychylni. Zostawię ich w spokoju, bo nie po drodze mi z tymi, którzy narzekali na ostatnie filmy reżysera. Ja pozostałem wierny i nie zawiodłem się i tym razem. Ostatni pojedynek, chociaż oparty o wydarzenie historyczne ze znanym finałem, ogląda się w wielkim napięciu (i z niesłabnącymi emocjami od początku). I chociaż został nakręcony w średniowiecznych realiach jest bardzo współczesny, a jednocześnie zrywa wszelki romantyzm (wręcz rozszarpuje tę ułudę), którzy co niektórzy mogliby wiązać z tamtymi czasami. To samo średniowiecze u Ridleya Scotta jest podłe, brudne i liczy się tylko męska władza. Twórca mówi nam, że owszem, warto o średniowieczu czytać, uczyć się, ale niech nikomu nie przyjdzie do głowy o nim pomarzyć i do niego wracać. A przecież tacy są dzisiaj. Ja (ale nie tylko po seansie, bo zawsze szedłem po jednej stronie) mam apel. Niech średniowiecze pozostanie w średniowieczu, w książkach historycznych, albo na filmowych kliszach. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 7
Gladiator (2000)
Gladiator pozostaje dla mnie jednym z tych filmów, które nie tylko definiują karierę Ridleya Scotta, ale również na nowo zdefiniowały współczesne kino historyczne. Pamiętam, że przy pierwszym seansie, a byłem na nim w kinie, najmocniej działał na mnie rozmach widowiska, jednak z czasem coraz bardziej zacząłem doceniać to, jak sprawnie Scott połączył epicką skalę z bardzo prostą, wręcz klasyczną historią o zemście, honorze i utraconym życiu. Losy Maximusa, rzymskiego generała zdradzonego przez Kommodusa i zmuszonego do walki na arenie, są oczywiście fundamentem całej opowieści, ale siła filmu tkwi również w detalach. Lubię sposób, w jaki Scott buduje atmosferę schyłku imperium, pokazując świat pełen politycznych intryg, ambicji i walki o władzę.
Nie, żebym często powtarzał seans, ale na telewizyjnej powtórce zawszę zostanę. I za każdym kolejnym razem utwierdzam się w przekonaniu, że sukces Gladiatora nie wynika wyłącznie z widowiskowych bitew czy efektownej rekonstrukcji starożytnego Rzymu. Dla mnie to przede wszystkim bardzo dobrze opowiedziana historia, w której emocje, postacie i realizacja pozostają w idealnej równowadze.
MIEJSCE 6
Black Rain – Czarny deszcz (1989)
Czarny deszcz pozostaje dziełem znacznie ciekawszym, niż sugeruje jego fabuła. To nie tylko thriller o policyjnym pościgu i wojnie gangów. To przede wszystkim film o gliniarzu, który musi zaakceptować wiele niewygodnych prawd, chociażby to, że świat funkcjonuje inaczej, niż podpowiadają mu własne wyobrażenia.
Będę tutaj, w Czarnym deszczu, chwalił przede wszystkim stronę wizualną, muzykę, montaż i reżyserię. Ciekawie wypada również postać głównego bohatera. Nie jest krystalicznie czysty, ciążą na nim oskarżenia, mają go na oku, a on mimo wszystko wykonuje swoją robotę, bo trzeba. Nick przez większość filmu zachowuje się jak ktoś przyzwyczajony do dominacji. Zakłada, że wszystkie systemy można złamać siłą charakteru.
Film powstał pod koniec lat osiemdziesiątych. Nie był to jeszcze świat globalnej wymiany kulturowej znanej z XXI wieku. Japonia pozostawała czymś odległym, tajemniczym, często niezrozumiałym. Scenariusz autorstwa Craiga Bolotina i Warrena Lewisa wykorzystał ten klimat jako punkt wyjścia dla historii. I to moim zdaniem wciąż najciekawszy aspekt filmu. Dlatego przemysłowe pejzaże, doki, autostrady, neony, ślady deszczu odbijające światło oraz stalowe konstrukcje tworzą niemal futurystyczną wizję świata istniejącego równolegle do znanej rzeczywistości. W efekcie Czarny deszcz wydaje się momentami duchowym krewnym Łowcy androidów, choć formalnie pozostaje filmem osadzonym we współczesności. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 5
Thelma & Louise (1991)
Kiedy myślimy o filmografii Ridleya Scotta, zwykle na pierwszy plan wysuwają się widowiska historyczne, science fiction albo wielkie produkcje wojenne, tymczasem tutaj dostajemy historię znacznie bardziej kameralną. Punktem wyjścia jest przecież zwykły weekendowy wyjazd dwóch przyjaciółek, który pod wpływem dramatycznych wydarzeń zamienia się w desperacką ucieczkę przez amerykańskie bezdroża.
Raz, że Susan Sarandon i Geena Davis stworzyły duet, który do dziś pozostaje jednym z najmocniejszych w amerykańskim kinie lat dziewięćdziesiątych. Dwa, że to bardzo świadome kino, które staje w pierwszym rzędzie gdy myślimy o filmach z mocnym feministycznym komentarzem.
Im dalej bohaterki uciekają, tym bardziej obraz staje się opowieścią o wolności, ale także o konsekwencjach własnych wyborów. Tak, reżyser nie idealizuje swoich postaci i nie szuka łatwych rozwiązań. To kino drogi, dramat i opowieść o przyjaźni zamknięte w jednej historii, która przez lata wcale się nie zestarzała. W zasadzie, gdy pomyślimy o nim jako o całości biorąc pod uwagę montaż, muzykę, właśnie aktorki to powinniśmy (powinniście!) zdać sobie sprawę, ze jest to kino kompletne.
MIEJSCE 4
Black Hawk Down – Helikopter w ogniu (2002)
Helikopter w ogniu, przy każdym powrocie film oglądany z wypiekami na twarzy. Zdjęcia, montaż i dźwięk tworzą niemal dokumentalne wrażenie uczestniczenia w wydarzeniach. Lubię, że Scott nie romantyzuje wojny i nie próbuje zamieniać jej w przygodę. Oczywiście można znaleźć tu momenty heroizmu, ale są one wynikiem okoliczności, a nie próbą budowania pomnikowych postaci.
Nie wracam do niego dla konkretnych bohaterów, bo tych jest tu wielu, a opowieść świadomie rozprasza uwagę między kolejne oddziały biorące udział w feralnej operacji w Mogadiszu. Wracam przede wszystkim dla doświadczenia. Scott rekonstruuje wydarzenia z 1993 roku z niezwykłą intensywnością, niemal od pierwszych minut wrzucając widza w środek miasta, które w ciągu kilku chwil zamienia się w pułapkę. Pamiętam, że podczas pierwszego seansu najbardziej zaskoczyło mnie to, jak szybko znika tutaj typowa filmowa wygoda. Nie ma czasu na długie wprowadzenia, rozbudowane portrety psychologiczne ani efektowne przemowy. Jest chaos, zmęczenie, dezorientacja i nieustanna walka o przetrwanie. Jeden z najlepszych filmów wojennych – szczególnie tych, które tak dobrze wiążą akcję z dramatami ludzki, tragizmem. Krew, pot i łzy.
MIEJSCE 3
The Duellists – Pojedynek (1977)
Ten niezwykły film, mocno niepokojący, hipnotyczny dzięki dwójce głównych aktorów, ale również wyjątkowy dzięki zdjęciom Franka Tidiego (po prawdzie to prawdopodobnie jego najlepiej sfotografowane filmowe dzieło), trudno oderwać się od tej historii. Tidy kopiuje trochę styl Johna Alcotta z Barry’ego Lyndona, ale wychodzi to produkcji Scotta tylko na dobre. Jest coś niewyobrażalnie pięknego w tych filtrach, kolorystyce, jakby wszystko było osnute zbliżającym się śnieniem.
Zresztą cała atmosfera jest zawieszona jakby w półśnie – to się nie dzieje, to niemożliwe, by trwać w takim dziwnym zawieszonym koszmarze z człowiekiem, który za kilka lat znowu może upomnieć się o krew. Może tym razem pistolety?
Dla Scotta to był rzeczywiście przełom. Raz, że debiutował w pełnym metrażu (scenariusz oparty na opowiadaniu Josepha Conrada), dwa – że został od razu zauważony i wyróżniony, choćby w Cannes nominacją do Złotej Palmy. I dzisiaj Pojedynek ogląda się z przejęciem, przestrachem, w osobliwym podnieceniu przy obserwowaniu tych dwóch zaciętych mężczyzn, którzy cudem potrafili przeżyć grad kul na wielu frontach, a w chwili spokoju znowu doskakują sobie do gardeł. CZYTAJ WIĘCEJ
MIEJSCE 2
Alien – Obcy – ósmy pasażer Nostromo (1979)
Za każdym razem uderza mnie, jak bardzo ten film wyprzedził swoją epokę i jak niewiele stracił przez kolejne dekady. Bezdyskusyjnie, dla mnie, najlepszy horror sci-fi w historii kina. Horror o miejscu, ludziach i atmosferze nieustannego zagrożenia. Załoga Nostromo zachowuje się jak grupa zmęczonych pracowników wykonujących rutynową robotę, dzięki czemu wszystko wydaje się zaskakująco prawdziwe. Scott nie buduje napięcia za pomocą nagłych zwrotów czy agresywnego montażu. Robi coś znacznie trudniejszego: pozwala widzowi długo przebywać w klaustrofobicznej przestrzeni statku, wsłuchiwać się w szum maszyn i obserwować bohaterów, którzy jeszcze nie wiedzą, że znaleźli się w pułapce.
Nie pamiętam drugiego horroru sci-fi, który równie skutecznie wykorzystywałby przestrzeń, światło i dźwięk jako pełnoprawnych bohaterów opowieści. A Ripley? Ripley nie zostaje ikoną dlatego, że scenariusz jej to nakazuje, lecz dlatego, że jej działania wynikają z charakteru i sytuacji. Za każdym kolejnym seansem utwierdzam się w przekonaniu, że pierwsze miejsce Obcego w historii gatunku nie jest efektem sentymentu ani kultowego statusu. To rezultat niezwykłej precyzji wykonania. Wiele filmów próbowało później połączyć science fiction z horrorem, ale dla mnie większość z nich porusza się po śladach wytyczonych już w 1979 roku. Obcy nie tylko zdefiniował własny gatunek. W pewnym sensie sprawił, że pozostali twórcy przez następne dekady musieli mierzyć się z niedoścignionym wzorcem.
MIEJSCE 1
Blade Runner – Łowca androidów (1982)
Tak, to najlepszy film Ridleya Scotta. W przypadku Łowcy androidów najważniejsze jest dla mnie coś trudnego do uchwycenia: niepowtarzalny nastrój świata, który żyje poza kadrem. Za każdym razem, gdy wracam do filmu Scotta, mam wrażenie, że oglądam nie tylko historię Ricka Deckarda, ale całe uniwersum istniejące niezależnie od bohaterów. Los Angeles przyszłości (choć po prawdzie tą przyszłość, według początkowej planszy, już minęliśmy) tętni życiem, jest przeludnione, wielokulturowe, zdominowane przez korporacje i technologię, a jednocześnie sprawia wrażenie miejsca głęboko smutnego. To właśnie tutaj cyberpunk osiągnął swoją najbardziej kompletną formę.
Wielu twórców przez kolejne dekady korzystało z pomysłów obecnych w tym filmie, ale niewielu potrafiło odtworzyć jego wyjątkową atmosferę. Scott stworzył wizję przyszłości, która nie zachwyca sterylnością ani technologicznym optymizmem. Przeciwnie, jest brudna, deszczowa i pełna poczucia nieuchronnego schyłku. Właśnie dlatego wydaje mi się tak wiarygodna nawet dziś, kilkadziesiąt lat po premierze.
Ogromną rolę odgrywa w tym muzyka Vangelisa, jedna z tych ścieżek dźwiękowych, które nie ilustrują obrazu, lecz stają się jego integralną częścią. Kiedy myślę o Łowcy androidów (dzisiaj, teraz), często najpierw przypominam sobie konkretne dźwięki, a dopiero później poszczególne sceny. Elektroniczne kompozycje idealnie współgrają z melancholijnym tonem opowieści o człowieczeństwie, pamięci i przemijaniu. Lubię też to, że film nie podsuwa łatwych odpowiedzi. Z wiekiem coraz mniej interesuje mnie sensacyjna warstwa historii, a coraz bardziej pytania, które zostają po seansie. Kim jesteśmy bez wspomnień? Co odróżnia człowieka od stworzonej przez niego istoty? Arcydzieło (zresztą jak numer dwa na tej liście).






























