Zdaję sobie sprawę, że pisałem już o kilku filmach Scotta jako o tych „osobnych” w jego filmografii. Tak, Sztorm również teoretycznie nie pasuje do przepastnego portfolio wypełnionego futurystycznymi światami, historycznym rozmachem czy widowiskowością jako taką. Choć to pojęcie względne, bo Sztorm, mimo wszystko, pozostaje filmem widowiskowym. Ten tytuł bardziej pasuje mi chociażby do filmografii Joela Schumachera.
Sztorm powstał na kanwie autentycznej katastrofy brygantyny (historyczna klasa okrętów żaglowych) Albatross z 1961 roku, lecz Scott nie był zainteresowany rekonstrukcją wydarzeń. Te dotyczyły zatonięcia dwumasztowego żaglowca, który do 2 maja 1961 roku zdążył zgromadzić wyjątkowo bogatą, momentami również niechlubną historię. Zwodowano go w 1920 roku w porcie w Amsterdamie. Kupiony w 1937 roku przez rząd niemiecki, podczas II wojny światowej służył jako radiostacja dla okrętów podwodnych. Później trafił pod amerykańską banderę. Pełnił funkcję jednostki szkoleniowej, ale występował też w filmach, między innymi w Zmierzchu bogów z 1958 roku. Od 1959 roku znajdował się pod opieką Christophera B. Sheldona, który organizował na nim rejsy edukacyjne. Trochę nauki. Trochę żeglarstwa. Taka szkoła życia dla młodzieży.
Ridley Scott zamienia spektakl katastrofy w spokojną, pełną szacunku opowieść o dorastaniu.
Scott wraz ze scenarzystą Toddem Robinsonem pozwolili sobie jednak na daleko idącą fikcjonalizację. Zbudowali film katastroficzny, w którym katastrofa pojawia się stosunkowo późno. Najpierw trzeba nauczyć się wspinaczki, dyscypliny, odpowiedzialności i wzajemnej zależności. Dopiero później nadchodzi żywioł. Bo tak naprawdę jest to przede wszystkim film z nurtu coming of age. Całkowicie niespieszny, wyciszony, dający widzowi czas na poznanie młodych bohaterów. Odnoszę wręcz wrażenie, że mamy do czynienia z kinem, któremu zależy przede wszystkim na szacunku wobec tych adeptów żeglarstwa, a także wobec pamięci o nich.
I choćby dlatego Sztorm pozostaje jedną z bardziej interesujących pozycji w dorobku Ridleya Scotta. Z jednej strony jest spadkobiercą klasycznego kina przygodowego. Z drugiej przypomina powieść inicjacyjną przebraną w kostium morskiego dramatu. Ten dramat, czyli żywioł, tytułowy white squall (biały szkwał, jeśli tłumaczyć nazwę dosłownie), w końcu upomina się o swoje. Sekwencje sztormu, bardzo dobrze zresztą zrealizowane, zajmują raptem kilkanaście minut filmowego czasu. To jednak wystarcza. Czuć grozę i czuć potęgę fal. Efekty, scenografia i charakteryzacja, a przede wszystkim montaż wykonują znakomitą pracę. Wszystko wygląda niezwykle przekonująco.
Pod powierzchnią morskiego dramatu skrywa refleksję o pierwszym spotkaniu człowieka z losem.
Scott, choć koloryzuje rzeczywistość, pozostawia bez zmian najważniejsze elementy historii. Zgadza się liczba ofiar. Zgadza się czas i miejsce katastrofy. Otrzymaliśmy jednak niemal apokaliptyczną wizję sztormu, podczas gdy z dostępnych relacji wynika, że przewrócenie statku było kwestią chwili. Cała tragedia rozegrała się błyskawicznie w ciągu minuty. Film niewątpliwie idealizuje również postać kapitana. To archetypiczny mentor, żywy drogowskaz i człowiek będący wzorem dla młodzieży. W kontekście filmowego przekazu oraz wspomnianego motywu dojrzewania wydaje się to jednak całkowicie zrozumiałe. Trudno mieć o to pretensje do scenarzysty. Tym bardziej że Jeff Bridges znakomicie odnajduje się w takiej roli.
To po prostu dobry film. Życie na pokładzie podporządkowane zostaje powtarzalnym czynnościom. Scott rozumie, że monotonii nie należy skracać i trzeba ją pokazać. To właśnie ona buduje wiarygodność wspólnoty. Z czasem coraz wyraźniejsze staje się napięcie pomiędzy uporządkowanym światem statku a chaosem zewnętrznej rzeczywistości. Kulminacyjna sekwencja sztormu pozostaje dużym osiągnięciem realizacyjnym reżysera. Doskonale wiemy, kto i gdzie się znajduje. Czujemy ciężar wody. Czujemy niebezpieczeństwo.
Sztorm jest przede wszystkim filmem o młodości, ale nie jako okresie beztroski i nie jako czasie buntu. Raczej jako pierwszym spotkaniu z faktem, że świat nie składa się z lekcji, lecz ze zdarzeń. A te nie zawsze dają się przewidzieć, zrozumieć czy oswoić.
Gatunek: dramat
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Todd Robinson
Obsada: Jeff Bridges, Caroline Goodall, John Savage, Scott Wolf, Balthazar Getty
Zdjęcia: Hugh Johnson
Muzyka: Jeff Rona

