Oprócz tego, że Ridley Scott ma po prostu pewną rękę do reżyserii, najwyraźniej dysponuje też dobrą ekipą doradzającą w kwestii wyborów projektów, scenariuszy, kolejnych historii do opowiedzenia i przeniesienia na filmową kliszę. Poza tym to musi być doświadczenie. Jasne, twórcy w zaawansowanym wieku często mogą skierować pojazd na kolizyjne kursy, ale znowu – ekipa, doradcy i mimo wszystko praktyka rzemieślnika. Przecież Scott nakręcił hity i swoje najlepsze filmy, kiedy Ciebie nie było na świecie. Trochę szacunku i wiary. Ja zawsze wierzyłem w doświadczenie; dość przypomnieć, że świetny Ostatni pojedynek Scott zrealizował w wieku 83 lat.
A teraz Gwiazdozbiór psa. Ridley Scott ma 88 lat i przenosi na duży ekran powieść Petera Hellera pod tym samym tytułem. Scenariusz pisze Mark L. Smith, świetny scenarzysta, w którego dorobku jest kilka filmów, które bardzo lubię – chociażby Twisters, całkiem udany sequel (ten sam świat, inni bohaterowie, nowe wątki) hitu z lat 80. Jest i scenariusz do Zjawy, no i Overlord – ta esencja neo‑eksploatacji. Mark L. Smith potrafi pisać, wie, jak dobrze przycinać dialogi, trafnie kreśli bohaterów na kartach swoich scenariuszy; pamiętam ich z filmów czasem lepiej niż same produkcje.
Surowa opowieść o ludziach, którzy wśród zgliszcz szukają choćby jednego powodu, by nie zniknąć.
Gwiazdozbiór psa to film dla mnie – bo o przemijającym świecie, a w zasadzie o zgliszczach. Ileż to już oglądaliśmy postapokaliptycznych wizji; dzisiaj u Scotta świat po wirusach. Ocalały garstki porozrzucane po globie, roślinność i zwierzęta wdarły się do miast, ci lepiej zorganizowani żyją w bardzo małych grupach, reszta oddała się barbarzyńskim praktykom. Czyli teoretycznie nic nowego.
A jednak. Wygrała tu prostota – niezwykłe plenery, przejmująca uczciwość w aktorskiej grze Jacoba Elordiego, szczere spojrzenie przygotowanego na wszystko Josha Brolina, pewność Guy’a Pearce’a i naturalny powab Margaret Qualley (jak zawsze).
Tylko o tym, jak nie poddać się w świecie, który już dawno się skończył
Cała reszta to piękna opowieść o różnym podejściu do aktualnej parszywej sytuacji. Każda z postaci ma zwęglone serce, ale każdy radzi sobie z tym inaczej. Bangley jako doświadczony preppers zna swoje miejsce na ziemi – ten kawałek terenu, karabin snajperski i rutynę wyznaczoną trupami zbliżających się dzikusów. A Hig ze swoim wiernym psem Jesperem lata cessną (Cessna 182 Skylane) w poszukiwaniu zasobów, ale głównie po to, by znaleźć powód, by nie wrócić. Jak wszyscy trzymający się jeszcze pazurami tego świata coś stracił i wciąż szuka powodów, by żyć.
Zatem mamy te mądre kwestie, wiele pytań zawieszonych w powietrzu – o to, czy warto, po co, w jakim celu. Jest kilka brutalnych scen, bo przecież wszystko jest znowu jak na Dzikim Zachodzie.
Bardzo mi się podobał. Czuję jakąś bliskość z tym filmem. Może przez wiele sentymentalnych kwestii i momentów, gdy bohaterowie zastanawiają się nad tym, co mieli i za czym tęsknią. W zasadzie cały film to zapiski z martwego świata – kilka jasnych światełek na tym mrocznym padole, bez konkretnego celu. Nie ma tu żadnego wyraźnego antagonisty, nie ma większej misji – tylko to, że trzeba znaleźć sens, cokolwiek, by nie palnąć sobie w łeb.
To jest rzeczywiście szereg epizodów. Brak sztywnego fabularnego kręgosłupa może co niektórym widzom doskwierać. Ja się do nich nie zaliczam. Poszukiwanie sensu w martwym świecie, szukanie powodu do życia, wartościowanie, w końcu rozpalanie tego małego ogniska nadziei na to, że ludzie potrafią budować, a nie tylko poddawać się szaleństwu – kupuję to. Więcej dzisiaj nie potrzebuję.
Gatunek: sci-fi, postapo, dramat, thriller
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Mark L. Smith
Obsada: Jacob Elordi, Josh Brolin, Margaret Qualley, Guy Pearce
Zdjęcia: Erik Messerschmidt
Muzyka: Harry Gregson-Williams


