Jeżeli chwilę po seansie siadam do komputera, by przelać wrażenia do edytora tekstowego, a przede wszystkim po to, żeby sprawdzić na Wikipedii poprzednie części Spider-Mana, to nie świadczy o mnie najlepiej. A już zupełnie fatalnie świadczy o mojej pamięci, bo okazuje się, że z poprzedniej odsłony nie pamiętam absolutnie nic. Nic nowego – dla kina superbohaterskiego rezerwuję w pamięci tyle miejsca, ile zajmuje trawienie zwykłego posiłku.
Później wiadomo, co się dzieje – oszczędzę szczegółów. W gruncie rzeczy kino superbohaterskie zasługuje na taki los, nawet jeśli próbuje przemycić kilka istotnych kwestii. To efektowne opakowanie, którego wnętrze pozostaje niezmienne: barwniki, słodziki, E‑polepszacze smaku, koloru, zapachu, konsystencji. Dlatego piszę szybko – jutro cała treść będzie już piętro niżej.
Punisher nadaje tej odsłonie ciężar.
Nie planowałem iść na nowego Spider-Mana, ale musiałem – dla Jona Bernthala. I nie zawiodłem się. Punisher dowiózł ten film do końca. Jeśli zapamiętam go na dłużej niż miesiąc (film), to wyłącznie dzięki niemu. Och, nie zrozumcie mnie źle – to wciąż niezła strawa z masą E‑dodatków. Czego tu nie lubić? Nawet pojawiają się wspomniane ważkie treści, bo tym razem, w moim odczuciu, motywem przewodnim jest samotność ale też mental człowieka pracy, który ma już dość. Aktualny temat: przepracowanie, utrata równowagi, pracoholizm, wypalenie zawodowe. To przypadek pająka, ale też Punishera.
Widzę to na co dzień – u bliskich, w lustrze, słyszę o tym w rozmowach. Rady wiszą w powietrzu, są na wyciągnięcie ręki: zadbaj o siebie, o rodzinę, pamiętaj o krokach, ćwicz, wychodź na świeże powietrze, nie przepracowuj się. Ale sama dostępność rad niczego nie zmienia. Są dwa momenty, w których naprawdę po nie sięgamy: albo uderzamy w ścianę i trzeźwiejemy, w przestrachu biorąc się za siebie, albo ktoś nas do tego popycha.
To recenzja o superbohaterskim przesycie, krótkiej pamięci i jednym aktorze, który dźwiga cały film na barkach.
Spider-Man ma to szczęście, że dysponuje nadludzkimi możliwościami, więc uderzenie w ścianę wyszło mu na dobre. A we właściwym kierunku popchnął go Punisher. Bo co pajączek może wiedzieć o traumach, zdruzgotanym mentalu, wypaleniu? Jego kryzysy trwają dopiero od niedawna. Frank Castle dopiero mógłby opowiadać o samotności i zmęczeniu – ale Frank Castle nie narzeka.
Dziwna to recenzja, ale innej się tu nie spodziewajcie. Jak zawsze. Reszta to schemat: Bernthal gra wspaniale, głosem kruszy tynki, Tom Holland jest świetnie przygotowany fizycznie – jego crossfitowy program zrobił robotę. Zwariować można od natłoku fit‑influencerów, którzy próbują przejść jego program CINDY: 10 podciągnięć, 10 pompek, 15 przysiadów w 20 minut; rekord Hollanda to 27 rund. Spider-Man: Całkiem nowy dzień to dobre sceny, efektowne pościgi, znakomita choreografia, film o potrzebie równowagi w zabieganym współczesnym świecie. Dzisiaj polecam, za tydzień proszę już nie pytać.
Czas trwania: 145 min
Gatunek: akcja
Reżyseria: Destin Daniel Cretton
Scenariusz: Chris McKenna, Erik Sommers
Obsada: Tom Holland, Zendaya, Sadie Sink, Jacob Batalon, Jon Bernthal, Tramell Tillman, Michael Mando, Mark Ruffalo
Muzyka: Michael Giacchino
Zdjęcia: Brett Pawlak
Za seans dziękuję sieci kin.


