Znacie to określenie „smaki dzieciństwa”. Można je rozumieć dosłownie, lecz tym razem myślę przede wszystkim o metaforze – o tym, co te „smaki” znaczą dla mnie, a pewnie także dla wielu ludzi starszych, coraz częściej oglądających się przez ramię. Słowem dygresji to zawsze mam wrażenie, że w sieci spotykam równolatków, choć przecież bywa, że autora i czytelnika dzieli kilka dekad.
Dziś będzie więc o mnie i o tym, czego ostatnio – a nawet od dłuższego czasu, powiedzmy od pięciu lat – doświadczam.
Kluczę i będę kluczyć, ale ostatecznie dopłynę do brzegu, by opowiedzieć, czym jest dla mnie Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa.
Nie wiem, czy też tak masz, ale ja odnajduję spokój i dobrą atmosferę w odwiedzaniu dawnych miejsc z dzieciństwa. Zabieram moje córki tam, gdzie sam bawiłem się jako mały chłopiec. Jadę pospacerować wokół bloku, w którym dorastałem. W weekend ruszam daleko za Bydgoszcz, do lasu, gdzie spędzałem kolonie w latach 90. I tak dalej – jest tego naprawdę sporo.
Zapis powrotu – do komiksu, do miejsc, do siebie sprzed lat.
Włóczę się, przechodzę obok mieszkań, w których dziś żyją obcy ludzie, a ja zasypiałem tam bezpiecznie w wieku ośmiu czy dziewięciu lat. W takich chwilach oddycham spokojnie, bo to dobre uczucie. Otaczanie się własnymi artefaktami sprzed kilku dekad wprawia mnie w nastrój, w którym czuję się po prostu dobrze. Pewnie przychodzi to z wiekiem – u mnie przyszło.
Stare ulice, stare miejsca, stare rzeczy: filmy, książki, komiksy. I nie można ich oceniać. Najważniejsze jest to, co znaczą dla ciebie. Oczywiście najlepiej, gdy wciąż działają – jak komiks mistrza Tadeusza Baranowskiego.
Nie będzie tu innego tekstu o Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa. Przeczytałem go kolejny raz z niekłamaną przyjemnością. Czytałem go ponownie i znów spotkałem dawnych przyjaciół, oddychałem dzieciństwem – czymś dobrym, uniwersalnym, świetnie przemyślanym, przede wszystkim ponadczasowym.
Komiks, który dzisiaj nie tyle się czyta, ile otwiera – jak drzwi do dawnego pokoju.
Tak właśnie trzeba traktować ten komiks – jak najlepszą podróż. Gdy otwierałem ten album (po raz kolejny i kolejny), miałem wrażenie, że pęka jakaś cienka błona oddzielająca mnie od dawnych lat. Nagle wracam do pokoju, w którym leżałem na podłodze z rozłożonymi planszami, a świat był prosty, bezpieczny i pełen cudów. Wystarczy jeden kadr, jeden żart, jeden kolor, by obudzić coś, co od dawna spało – tę miękką, cichą część mnie, która pamięta, jak to jest być naprawdę beztroskim. Baranowski potrafił coś, co dziś wydaje się rzadkie: stworzyć komiks jednocześnie absurdalny i precyzyjny, lekki i przemyślany, zabawny i właśnie ponadczasowy. Jego humor nie starzeje się, bo nie opiera się na modach. Jego kreska nie traci świeżości, bo jest organiczna, pełna życia. A konstrukcja świata – ta cudowna logika nielogiczności – działa tak samo dobrze jak kilka dekad temu.
Moja żona ma podobnie z kilkoma powieściami; ostatnio kolejny raz czytała Anię z Zielonego Wzgórza. Ciężko było ją oderwać od lektury, zresztą nie miałem zamiaru tego robić. A ja wiedziałem, że nikt nie odciągnie mnie od kumpli z dzieciństwa: od Bąbelka, Kudłaczka, Orient Mena… Mam nadzieję, że wracacie co jakiś czas do tego świata.
Patryk Karwowski
Rysunki: Tadeusz Baranowski
Scenariusz: Tadeusz Baranowski
Opracowanie graficzne: Jarosław Składanek
Ilość stron: 64
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Format: 245 x 325 mm
KOMIKS UDOSTĘPNIONY PRZEZ WYDAWCĘ. ZNAJDZIESZ GO NA PÓŁKACH

