Citizen Vigilante

Citizen Vigilante wygląda jak film o kimś, kto wstał rano, pomyślał „a może dziś zostanę Batmanem?”, po czym zamiast kostiumu założył frustrację i ruszył w miasto, żeby rozwiązywać problemy społeczne z gracją zepsutego odkurzacza

Oglądałem i nie wierzyłem, że taki projekt ujrzał światło dzienne. Nie wierzyłem, że znaleźli się ludzie, którzy byli aż tak zdesperowani by ciągnąć to do końca (ok, rozumiem, pieniądze, wypłata, trzeba coś do gara włożyć). Na początku myślałem, że to kiepski ponury dowcip. Poniekąd tak, to jest dowcip i nazywa się Uwe Boll. I nikt się nie śmieje.

I w głównej roli Armie Hammer. Cholera jasna, co tam robi Armie Hammer? No tak – najwyraźniej nie dotarły do mnie informacje o tym, co aktor wyprawia poza planem zdjęciowym. Oskarżenia kobiet dotyczyły przemocy psychicznej, seksualnej i stosowania praktyk kanibalistycznych. Co tam siedzi w głowie tego człowieka, który był takim wrażliwcem u Luki Guadagnino w Tamtych dniach, tamtych nocach?

Hammer znalazł się zatem pod opiekuńczymi skrzydłami Uwe Bolla, którego bliżej przedstawiać nie trzeba. Jak widać po przykładzie Citizen Vigilante Boll realizuje filmy z uporem godnym kogoś, kto od dawna nie ma nic do stracenia. I nie jest to ten pozytywny przykład filmowego mavericka.

Zanim przejdę do szczątkowej relacji z seansu, szczerze odradzam. Miejmy to za sobą, naprawdę nie radzę. I nie jest to kwestia cenzury z mojej strony, a raczej kwestia higieny..

Citizen VigilanteBoll zrobił film tak przekonany o swojej ważności, że aż nieświadomy własnej śmieszności.

Boll wraca tu do swoich najgorszych nawyków. Jego film nie jest prowokacją. Jest autoparodią, która nie wie, że jest parodią. Reżyser deklaruje, że chce mówić o współczesnych lękach, ale mówi jedynie o własnej fascynacji przemocą i uproszczeniami. W efekcie powstaje dzieło, które wygląda jak manifest człowieka przekonanego, że świat jest prostszy, niż jest w rzeczywistości.

Citizen Vigilante da się streścić w jednym akapicie, bo film sam zachowuje się tak, jakby chciał skończyć się po dziesięciu minutach: facet budzi się w świecie, w którym logika dawno umarła, więc postanawia ją pomścić, chodzi po mieście z miną człowieka, który zgubił nie tylko moralność, ale i scenariusz; po drodze walczy z własnymi upiorami, policja goni go z energią pracownika na ostatniej zmianie, a całość przypomina film, który chciał być manifestem gniewu (to ten recytowany bełkot przy aparycji Breivika), ale wyszedł jak przypadkowy zapis z kamerki rowerowej kogoś, kto pomylił „sprawiedliwość” z „złym dniem i za dużą ilością kofeiny”. Najlepsze jest to, że typ jako właściciel 3500 mieszkań w Europie (3500!), czuje się obruszony tymi procentowymi stratami od najmu. Winą obarcza złych emigrantów. Wiadomo.  To jeden z wątków, którymi podąża nasz zraniony vigilante.

Film nie ma w sobie nic z analizy – tylko tanią eksploatację emocji. Boll twierdzi, że chce „przemycać politykę do kina gatunkowego”, ale jego metoda przypomina raczej wrzucanie granatu do dyskusji, a potem udawanie, że to tylko fajerwerk.

Citizen Vigilante jak wypadek samochodowy po alkoholu. To jest żenujące.

Obraz jest brudny, ale nie w sensie artystycznym – w sensie niechlujnym. Montaż działa jak przypadkowy generator scen. Rytm jest tak nierówny, że trudno mówić o jakiejkolwiek strukturze. Dźwięk służy głównie temu, by zagłuszyć brak treści. Konstrukcja scen opiera się na powtarzaniu tego samego schematu: wejście, wyjście, jakieś przeładowanie broni, ruchy jednostek specjalnych. Zero dramaturgii. Zero napięcia. Zero sensu – obława na gościa to już kuriozum – jednostka SWAT stoi na przeciwko jakiejś opancerzonej klatki w pokoju, gotowi na rozstrzelanie.

Citizen Vigilante

Film próbuje udawać komentarz społeczny, ale w rzeczywistości jest fantazją o przemocy, która nie zostawia miejsca na nic. Przy słowie refleksja może się brzydko odbić. Wątek migracyjny jest tu potraktowany jak paliwo do sensacji, nie jak temat.

Citizen Vigilante to nie jest film o gniewie społecznym. To film o gniewie reżysera. O jego przekonaniu, że świat jest przeciwko niemu, więc on odpowie światu filmem. Zrobił wielką kupę na środku pokoju i wyszedł z pomieszczenia.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 89 min
Gatunek: nieśmieszna komedia
Reżyseria: Uwe Boll
Scenariusz: Uwe Boll
Obsada: Armie Hammer, Costas Mandylor
Muzyka: Rodolfo Matulich
Zdjęcia: Uwe Boll