Maszyna do zabijania

Po pracy zaglądasz jeszcze na pobliski stadion, tam gdzie zwykle stoi facet handlujący pirackimi kasetami. Przeglądasz tytuły; na jednej z naklejek, czarnym, grubym flamastrem, widnieje wyraźny napis: Maszyna do zabijania. „O tak, to jest dobre” – zapewnia handlarz VHS‑owymi marzeniami.

I rzeczywiście, to właśnie taki film: idealny po ciężkim tygodniu, idealny na piątkowy wieczór, kiedy chcesz już zapomnieć o pięciu dniach orki w robocie. Jest tu wszystko, co kochasz – albo kiedyś kochałeś – w filmach akcji z lat 80. i 90. Są amerykańskie siły specjalne, koniecznie z jakiejś elitarnej formacji. Oni mają tam tego pełno: Navy SEALs, Marines… Tutaj, w Maszynie do zabijania, występują Rangersi.

Najlepsze w tych filmach o oddziałach specjalnych jest to, że każdy z tych oddziałów uważa się za trzon armii – i widz bez wahania w to wierzy. Rangersi są więc szpicą, idą na przedzie, wyważają drzwi do kolejnego państwa nie zastanawiając się zbytnio, kto akurat siedzi tam przy stole i je obiad.

Maszyna do zabijaniaRangersi VS MechWarrior

Ale pal licho – to przecież film akcji, a nie pora na przesłania. Ma być czysta rozrywka. I rzeczywiście jest. Otrzymujemy więc najlepszą amerykańską siłę uderzeniową w postaci Rangersów. Choć, prawdę mówiąc, do prawdziwych Rangersów bohaterom jeszcze trochę brakuje.

Wyobraźcie sobie, że pierwsze trzydzieści minut filmu to obóz rekrutacyjny. I mamy tu wszystko, co już widzieliśmy i co – nie oszukujmy się – chcemy zobaczyć ponownie. Alan Ritchson nadaje się do tej roli idealnie, choć z całą pewnością nie nadaje się do demonstrowania prawidłowych podciągnięć. Ale pal licho po raz drugi – obóz to piekło rodem z G.I. Jane i innych filmów o wojskowym treningu.

A to dopiero początek atrakcji. Później wkracza science fiction. Tak, to ta piękna filmowa pulpa. Zawsze kochałem serię gier MechWarrior i zawsze uważałem, że ten temat jest zdecydowanie zbyt mało eksploatowany – zarówno w kinie, jak i w innych dziełach kultury. Tutaj natomiast dostajemy jednego takiego skurczybyka: może nieco mniejszego niż klasyczne mechy, ale równie śmiercionośnego.

Maszyna do zabijania jako najlepsza rozrywka na piątkowy wieczór.

Resztę bez trudu zgadniecie, ale podpowiem: oddział rangersów, mech, który spadł na Ziemię, a wszystko to podane w sosie rodem z Wojny światów. I właśnie w takim settingu, przy takim krajobrazie i przy tych wszystkich uwarunkowaniach powinien rozgrywać się nowy Predator. Serio – wystarczyłoby wymienić mecha na Predatora. Ba, można by po prostu Predatora dołożyć. Reszta to samograj: rangersi jako twardziele, tło w postaci amerykańskiego parku narodowego, czyli natura jak z folderu.

Maszyna do zabijania

Do tego sporo survivalu i zero cackania się z okaleczeniami, ranami wylotowymi czy złamaniami otwartymi. Nogi latają, torsy są rozdzierane, mamy nastawianie kości na żywca, ludzkie strzępy fruwają.

Alan Ritchson jest w tej roli doskonały. Akcja jest świetnie skondensowana, bez dłużyzn, z jedną rozmową o emocjach (tak akurat) i obowiązkowym patosem na finał. To jednocześnie prawdopodobnie najlepszy film Patricka Hughesa. Nie chciałbym rozwodzić się nad wszystkimi jego słabymi i przeciętnymi produkcjami, ale wystarczy wspomnieć trzecią część Niezniszczalnych, której autentycznie nie trawię.

A Maszynę do zabijania oglądajcie! Zwłaszcza wy – fani Predatora, Ritchsona, MechWarriorów, przyrody i solidnej akcji.

Patryk Karwowski
Czas trwania: 107 min
Gatunek: akcja, science-fiction
Reżyseria: Patrick Hughes
Scenariusz: Patrick Hughes, James Beaufort
Obsada: Alan Ritchson, Dennis Quaid, Stephan James, Jai Courtney, Esai Morales, Keiynan Lonsdale, Daniel Webber
Muzyka: Dmitri Golovko
Zdjęcia: Aaron Morton