Dylan Dog. Mater Morbi

Dylanowi coś dolega; zaczęło się od lekkiego przeziębienia, lecz wirus idzie dalej. O ile to wirus – lekarze mają jeszcze kilka pomysłów. Najpierw rezonans, później seria badań, w końcu czas na poważniejsze zabiegi. Potoczne powiedzenie „raz pójdziesz do szpitala, zostaniesz tam na dłużej” stanowi tu o podskórnym (najwyraźniej!) lęku scenarzysty przed tym, że wizyta może się przedłużyć z powodu wykrycia poważnych chorób. Na tym samym strachu osadzone są fundamenty opowieści o Mater Morbi.

Byłem przygotowany na to, że Dylan Dog będzie balansował na granicy jawy i koszmaru, ale Mater Morbi robi coś więcej: wprowadza bohatera w przestrzeń, w której horror przestaje być metaforą, a staje się doświadczeniem cielesnym.

Niezwykły, duszny – w moim przypadku sprawdza się jako fantastyczne zaproszenie do tego świata. Po prawdzie to uniwersum znam tylko pośrednio (pośrednio, bo to nie była adaptacja) ze wspaniałego filmu Michela Soaviego (tam bohater miał na imię Francesco). Mam na myśli O miłości i śmierci (Dellamorte Dellamore), w którym w główną rolę wcielił się Rupert Everett, a partnerowała mu piękna, ponętna Anna Falchi.

Dylan Dog. Mater MorbiHorror wnika w ciało, odbiera język i izoluje bohatera.

I teraz, po lekturze Mater Morbi, widzę, jak bardzo Soavi „czuł” Dylan Doga (nawet jeżeli film nie odnosił się do komiksu, a był przełożeniem na filmowy język powieści Tiziano Sclaviego, czyli twórcy Dylana). W komiksie wszystkie lęki Dylana skierowane są w stronę intymnego, niemal klaustrofobicznego starcia z tym, czego nie sposób pokonać ani pistoletem, ani ironią. Choroba, uosobiona w postaci Mater Morbi, staje się przeciwnikiem absolutnym: nieśmiertelnym, wszechobecnym, nieprzewidywalnym. Jak pokonać Mater Morbi? Odpowiedź jest chyba bardzo ludzka – taka, którą wypada stosować w świecie realnym, dalekim od komiksowego medium. Można, a nawet trzeba z chorobą walczyć, ale przede wszystkim trzeba ją zaakceptować.

Szpital staje się labiryntem, a choroba – nieśmiertelnym przeciwnikiem.

Czuć tu oczywiście zamiłowanie autora do symboli, alegorii, melodramatycznych ekspresji – w końcu to komiks grozy, który dla mnie stoi całkiem niedaleko włoskiego kina grozy. Treść zostaje przefiltrowana przez współczesną wrażliwość, świadomą kruchości ludzkiego życia.

Obok moich zachwytów treścią – którą rozumiem również w związku ze swoim niedawnym pobytem w szpitalu – muszę zachwycić się ilustracjami. Są gęste, lepkie, precyzyjne. Piękny detektyw mroku staje ze swoją romantyczną facjatą do starcia z piękną Mater Morbi. Och, cóż to za konfrontacja – na granicy cierpienia i rozkoszy. Kontrasty między szpitalną bielą a mrokiem nie są tu tłem ani krajobrazem, lecz stanem psychicznym. Kolejne kadry to krok w głąb choroby: pojawiają się koszmarne wizje, wizualizują się lęki, a następne lekarskie diagnozy tylko podsycają metaforyczną grozę, która – rzecz jasna – narasta w rysunku; horror gęstnieje.

Choroba izoluje, odbiera język, rozbija relacje. Dylan, budząc się w szpitalnym łóżku, jest samotny. Nie ma tu miejsca na humor,Jest za to nieustanne napięcie między racjonalnością a irracjonalnym lękiem.  Świetny, piękny i bolesny.

Patryk Karwowski

Rysunki: Massimo Carnavale
Scenariusz: Roberto Recchioni
Redakcja: Małgorzata Kisiel-Dorohinicka, Wacław Kisiel-Dorohinicki
Tłumaczenie: Jakub Łagoda
Korekta: Katarzyna Koćma
Ilość stron: 112
Oprawa: miękka
Wydawnictwo: Tore
Format: 190 x 260 mm