Gdyby Louis Mazzini zaciął się przy goleniu, moglibyśmy zapewne dostrzec kilka kropel błękitnej krwi. Dosłownie kilka. Owszem, jego matka pochodzi z arystokracji, lecz ta ma to do siebie (arystokracja), że gdy jakaś owieczka zapragnie związać się z pospólstwem, zostaje natychmiast wygnana spod rodzinnego klosza. Tak właśnie stało się z matką Louisa. Ale miłość nie wybiera – uciekła z włoskim śpiewakiem operowym. Cóż, to klasyczny mezalians, szlachecka pępowina zostaje odcięta.
Louis, młody mężczyzna z ubogiej gałęzi arystokratycznego rodu odkrywa jednak, że od tytułu i majątku dzieli go jedynie kilka osób z rodziny D’Ascoyne. Zamiast czekać na los, zaczyna działać. Eliminuje kolejnych krewnych, każdego w inny, chłodno zaplanowany sposób. Robi to bez emocji, jakby wykonywał zadania spisane w notesie. W tle pulsuje jego relacja z dwiema kobietami: wyrachowaną Sibellą i stateczną Edith.
Louis Mazzini eliminuje krewnych z taką elegancją, że czarna komedia staje się tu sztuką.
Szlachectwo zobowiązuje nie jest komedią w klasycznym sensie. To precyzyjnie skonstruowana satyra, udająca lekkość, by tym mocniej uderzyć w struktury klasowe. Film jest znakomity, a w swojej gatunkowej konwencji – jako czarna komedia – nie ma sobie równych. Najlepszy, elegancki, z inteligentnie (i brawurowo!) prowadzoną fabułą. Nie oferuje salw śmiechu, lecz ciągły uśmiech i zrozumienie. To naprawdę mocne, głębokie szpile.
Na mapie światowego kina zajmuje miejsce osobliwe. To komedia, która nie chce być komedią. Kryminał, który nie szuka napięcia. Nie znam innych filmowych osiągnięć Roberta Hammera, ale fakt, że terminował choćby u Hitchocka jako montażysta przy Oberży Jamajka, już o czymś świadczy. Co mógł wynieść z kontaktu z Hitchockiem? Zapewne upodobanie do precyzji, a także chłód i bezwzględność, którymi cechuje się ta produkcja. I zapewniam, że zarówno chłód, jak i bezwzględność są tu atutami. Z nieskrywaną przyjemnością obserwowałem, jak Louis przygotowuje swój misterny plan – a właściwie plany, bo przecież egzekucji musi być co najmniej kilka.
Przemoc podana w wykwintnej formie potrafi być bardziej niepokojąca niż każdy kryminał.
Piękne jest to, że znaczenie tego filmu polega na pokazaniu, iż komedia może być narzędziem destrukcji, a nie pojednania. Wspaniale spisała się obsada – Dennis Price gra jak człowiek, który zna wagę ciszy. Jego Louis jest gładki, lecz nie pusty. W spojrzeniu zawsze kryje się rachunek. Jest przebiegły, a w finale musi być zdziwiony tak samo jak widz (nie zdradzę!). A Alec Guinness? Podejmuje udaną próbę zagrania ośmiu (!) członków rodu – i mimo tego ta kreacja nie jest popisem, lecz komentarzem. Każda z postaci Guinnessa to wariacja na temat tej samej figury: arystokratycznej pewności siebie – raz groteskowej, raz kruchej. Raz śmiesznej, raz niepokojącej.
Motywem przewodnim jest chłodna logika hierarchii. To również komedia, która tę hierarchię wyśmiewa. Wyśmiewa też – co najważniejsze i ponadczasowe – skłonność do usprawiedliwiania przemocy, jeśli podana jest w eleganckiej formie. Film nie moralizuje, bo nie wierzy w moralność. Tak naprawdę w ogóle nie opowiada o moralności. Opowiada o jej braku. I o tym, jak brak moralności może być elegancki.
Gatunek: czarna komedia
Reżyseria: Robert Hamer
Scenariusz: Robert Hamer, John Dighton
Obsada: Valerie Hobson, Dennis Price, Joan Greenwood, Alec Guinness
Muzyka: Ernest Irving
Zdjęcia: Douglas Slocombe

