Zaginione horyzonty

Zaginione horyzonty (Horizontes Perdidos) z 1993 roku nie są dzieckiem lat 70., ale są ich wyraźnym echem. Zanotto tworzy serię w momencie, gdy świat komiksu już dawno przeszedł transformację: narracje stały się bardziej psychologiczne, erotyka bardziej świadoma, a fantastyka zaczęła flirtować z filozofią, nie tylko z przygodą. Tymczasem Zanotto wraca do języka, który w latach 90. był już anachroniczny.

Dlatego to komiks, który dziś czyta się jak artefakt z epoki, w której fantastyka zdawała się być bardziej instynktem. Zanotto tworzył bowiem głównie w czasach, gdy pulpowa estetyka nie musiała się tłumaczyć, a erotyka mogła być dekoracją, nie problemem. W latach 70. i 80. taka mieszanka była normą. Dziś – to w wielu miejscach kicz, nie w sensie pejoratywnym, lecz historycznym. To jednocześnie album, którego wspomniane echa lat wcześniejszych czuć w każdym kadrze, w każdym geście bohaterów, w każdym spojrzeniu rysownika na ciało kobiety.

Nie trzeba być nawet historykiem komiksu, by szybko zdać sobie sprawę, że opowiada się dzisiaj inaczej i inaczej wchodzi się w narrację, w obraz przedstawiony – również ten dotyczący cielesności (to mi się głównie rzucało w oczy). Tak, popularność tego komiksu (a wierzę, że popularny i dzisiaj być może) wiąże się z tym, że czytelnicy szukają dzieł, które odbiera się jako te niepoprawne politycznie.

"Zaginione horyzonty" ("Horizontes Perdidos")Zaginione horyzonty, czyli fantastyka bez filtrów.

Mam w kolekcji wiele komiksów, które zostały przez czytelników, krytyków, zwykłych pożeraczy popkultury ochrzczone mianem „ramotek”. Ja po to słowo dotychczas nie sięgałem, zdając sobie jednocześnie sprawę, że absolutnie nie musi ono nosić – według mnie – tylko i wyłącznie negatywnych cech. Czym jest ramotka? Definicja jest jasna, bo idąc za słownikiem PWN, ramotka to „przestarzały, pozbawiony wartości utwór literacki”. Czy Zaginione horyzonty łapią się w definicję? W wielu miejscach tak o albumie Juana Zanotto myślałem, nie przeczę.

Dla mnie jednak ta sama ramotka może być ciekawa, intrygująca, choć jednocześnie bez mała męcząca. Zaginione horyzonty nie są arcydziełem, ale są dziełem ważnym. To komiks, który pokazuje, jak południowoamerykańska fantastyka lat 70. i 80. potrafiła łączyć europejską tradycję ilustracyjną z lokalną wrażliwością.

W szerszym pejzażu medium Zaginione horyzonty są przykładem fantastyki, która nie boi się dziwności. Nie boi się melodramatu, a autor nie boi się ryzyka. To komiks nierówny, czasem chaotyczny, czasem zbyt pulpowy. Fabularny fikołek – patent, który ustawia całą perspektywę w tak dziwnym położeniu – jest na tyle oryginalny, że stanowić może nawet o charakterze komiksu (i nie można go zdradzić). Dość napisać, że fundamentem historii jest misja Dana Darnella, konfederackiego porucznika, który z kosmicznej bazy leci prosto na planetę Alphard IV. To misja poszukiwawcza, a przy jej okazji eksploruje niebezpieczny świat. To tam jego losy wiążą się z opowieścią o Falce, pięknej amazonce, która rozpisze legendy i przepowiednie na nowy rozdział.

Gatunek w pełnej szczerości i bez zahamowań.

Paradoksem jest to, że wszystkie wady, które o komiksie można napisać, czynią go głównie komiksem historycznym w ujęciu medium. Tak go czuję i tak go będę traktować. W dzisiejszej perspektywie niektóre sceny mogą być odbierane jako problematyczne – zwłaszcza te, w których kobiety są ratowane, porywane, transformowane lub „przeznaczone” do określonych ról. Zanotto nie robi tego z intencją, ale efekt jest czytelny: to fantastyka, która nie zna języka równości. Nie zna też języka różnorodności.

Wynika z tego, że Zanotto tworzył komiks, który miał być totalny – wizualnie, emocjonalnie, gatunkowo. Chce być tutaj jak Serpieri (sporo mu brakuje), w brutalności jak Juan Ortiz, a w przedstawieniu sci-fi, technikaliów przypomniał mi się Bogusław Polch.

Ale totalność lat 70. nie jest totalnością dzisiejszą. Dziś czytałem ten komiks jak zapis fantastyki sprzed epoki jakiejkolwiek autorefleksji. To świat, który nie znał jeszcze dyskusji o reprezentacji, o seksualizacji, o przemocy wobec kobiet.

Mimo wszystko ramotka, ale też historyczny zapis stylu.

Dla mnie Zaginione horyzonty jest komiksem o świecie, który się zestarzał – nie tylko w fabule, ale w sposobie opowiadania. To opowieść o fantastyce, która nie znała jeszcze własnych ograniczeń. O twórcy, który rysował z pasją, ale nie z refleksją.

Czy to ramotka? Tak – w najlepszym sensie tego słowa. Ramotka, która odsłania historię medium. Ramotka, która pokazuje, jak zmieniła się wrażliwość czytelników i przypomina, że fantastyka nie zawsze była świadoma, ale zawsze była szczera. Czy Zanotto specjalnie ignorował nowoczesność? Tworzy trochę tak, jakby pominął zupełnie lata 80., jakby nie widział Łowcy androidów czy wielu innych wiekopomnych dzieł kultury, które definiowały gatunek na nowo po latach 70.

Słowem kończącym: dlaczego Zaginione horyzonty, pomimo wielu cech ramotki, pozostawię w kolekcji? To jeden z bardziej osobliwych komiksów, które mam. Gdyby natomiast ktoś mnie odwiedził w celu pożyczenia jakiegoś albumu i skierował prośbę w słowach: „potrzebuję czegoś dziwnego, osobliwego, to musi być konkretne kuriozum, niech kobiety będą roznegliżowane, ma być sci-fi, fantastyka, jakieś postapo, krew, potwory, erotyka”, to ja od razu sięgam po Zaginione horyzonty.

Patryk Karwowski

Rysunki: Juan Zanotto
Scenariusz: Juan Zanotto
Kolory: Juan Zanotto
Tłumaczenie: Jakub Jankowski
Redakcja: Maciej Mrozowski
Korekta: Sonia Miniewicz
Skład: Piotr Margol
Ilość stron: 328
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Lost In Time
Format: 215 × 290 mm

KOMIKS UDOSTĘPNIONY PRZEZ WYDAWCĘ. ZNAJDZIESZ GO NA PÓŁKACH