Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu

Nastawiałem się na naprawdę złe kino. W chwili, gdy kompletnie straciłem zainteresowanie współczesnymi blockbusterami, tworzonymi głównie przez jedno studio, mogłem nadrobić kolejną opowieść ze świata Gwiezdnych wojen. I wcale nie odzyskałem serca do tego rodzaju produkcji. Nadal uważam, że są to mało angażujące, pozbawione emocji dziełka, także to omawiane tutaj. Tak, Mandalorian i Grogu to poprawny film, ale jednocześnie kompletnie bez wyrazu, napięcia i czegokolwiek, co można byłoby wskazać jako autorskie oraz charakterystyczne. Niemniej nie jest to złe kino.

To, co przykuwa uwagę, to realizacja. W dobie wszechobecnych efektów CGI Mandalorian i Grogu wskakują, moim zdaniem, na nowy pułap. To zapewne kwestia kilku decyzji, nowych możliwości technologicznych, ale również kreatywnego podejścia. Film wygląda tak, jak za kilka lat mogą wyglądać gry komputerowe. Mam tu na myśli wszystko związane z grafiką, rozgrywką, mechaniką czy ustawieniem kamery. To w dużej mierze zasługa postprodukcji oraz decyzji dotyczących prezentacji postaci, perspektywy, pracy kamery, odpowiedniego rozmycia tła, wyostrzenia pierwszego planu i prowadzenia operatora za głównym bohaterem. Ważny jest również sam sposób budowania narracji.

Gwiezdne wojny: Mandalorian i GroguKino franczyzowe, które potrafi zachwycić technologią, nawet gdy kompletnie zawodzi jako emocjonująca opowieść.

Bo ten film, już na poziomie scenariusza, jest bardzo prosty. To właściwie seria kolejnych questów. Mandalorianin i Grogu rozpoczynają od misji schwytania jakiegoś zbira, dostarczają go we wskazane miejsce i otrzymują następne zadanie. Pojawia się nawet odnoga fabularna. Niczym w grze możemy zdecydować, czy oddać kolejnego przeciwnika zleceniodawcy, czy wykorzystać go do skrócenia drogi prowadzącej do głównego bossa. Jest jedna zagadka, jeden zwrot akcji, ale wszystko pozostaje zanurzone w duchu dobrej konsolowej rozrywki.

Widać też moment, w którym podjęto decyzję o porzuceniu serialowej konstrukcji na rzecz pełnometrażowej formy. Ta zmiana mówi wiele o współczesnym przemyśle audiowizualnym. Kino nie jest już miejscem narodzin franczyz. Czy ta historia rzeczywiście potrzebowała wersji kinowej? To interesujący punkt wyjścia do szerszej dyskusji, bo stawia odważne pytania o kierunek rozwoju całej branży. Nawet rytm filmu pozostaje wybitnie serialowy. Poszczególne sceny budowane są wokół krótkich impulsów. Akcja. Pauza. Reakcja. Kolejny ruch. To tempo wypracowane właśnie przez seriale.

Świadectwo tego, jak współczesne seriale przejmują język kina.

Ostatecznie jest to dobra serialowa rozrywka pozbawiona jedynie podziału na odcinki. Pozytywny odbiór z mojej strony nie dziwi. Uniknięto dłużyzn, skrócono czas projekcji, a świat przedstawiony wygląda jak render wygenerowany przez najlepszy podrasowany układ graficzny. Tekstury robią ogromne wrażenie. Mandalorianin porusza się w taki sposób, że momentami szukałem pada. Grogu zachował natomiast charakterystyczny, lekko poklatkowy ruch, jakby maczał w nim palce sam Ray Harryhausen. To oczywiście świadomy gest twórców. Wszystko mogło być idealnie płynne, ale część widzów ma uwierzyć, że jest to po prostu lalka animowana przez lalkarzy (jest, ale nie zawsze). I działa to znakomicie. Tym bardziej że lalkarze rzeczywiście byli obecni na planie, nadając całości ducha starego kina.

Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu

To niezły film z dobrze spreparowaną akcją. Gotowy produkt typu Happy Meal. Jednorazowa, sprawnie przygotowana rozrywka. Jednocześnie rzecz absolutnie do zapomnienia, jeśli chodzi o historię i czysto emocjonalne doświadczenie.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 132 min
Gatunek: akcja
Reżyseria: Jon Favreau
Scenariusz: Jon Favreau, Dave Filoni, Noah Kloor
Obsada: Pedro Pascal, Jeremy Allen White, Jonny Coyne, Martin Scorsese, Sigourney Weaver
Zdjęcia: David Klein
Muzyka: Ludwig Göransson