Jak kapsuła późnych lat osiemdziesiątych. Ameryka wciąż wierzy we własną dominację, a Japonia budzi fascynację i niepokój. Czarny deszcz to kryminał o pościgu za przestępcą (choć nie tylko). Opowiada o dwóch nowojorskich policjantach, którzy po schwytaniu członka yakuzy eskortują go do Japonii. Tam przestępca ucieka, a funkcjonariusze zostają wciągnięci w brutalny konflikt gangsterski.
Będę tutaj, w Czarnym deszczu, chwalił przede wszystkim stronę wizualną, muzykę, montaż i reżyserię. Ciekawie wypada również postać głównego bohatera. Nie jest krystalicznie czysty, ciążą na nim oskarżenia, mają go na oku, a on mimo wszystko wykonuje swoją robotę, bo trzeba. Nick przez większość filmu zachowuje się jak ktoś przyzwyczajony do dominacji. Zakłada, że wszystkie systemy można złamać siłą charakteru.
Scott wykorzystuje konwencję kina policyjnego, by opowiedzieć o świecie, który wymyka się schematom.
Film powstał pod koniec lat osiemdziesiątych. Nie był to jeszcze świat globalnej wymiany kulturowej znanej z XXI wieku. Japonia pozostawała czymś odległym, tajemniczym, często niezrozumiałym. Scenariusz autorstwa Craiga Bolotina i Warrena Lewisa wykorzystał ten klimat jako punkt wyjścia dla historii. I to moim zdaniem wciąż najciekawszy aspekt filmu. Dlatego przemysłowe pejzaże, doki, autostrady, neony, ślady deszczu odbijające światło oraz stalowe konstrukcje tworzą niemal futurystyczną wizję świata istniejącego równolegle do znanej rzeczywistości. W efekcie Czarny deszcz wydaje się momentami duchowym krewnym Łowcy androidów, choć formalnie pozostaje filmem osadzonym we współczesności.
Wciąż imponuje jako stylowy portret świata stojącego na granicy rzeczywistości i futurystycznej wizji.
Dzieje się tak chociażby na poziomie obrazu – to tam, Osaka w Czarnym deszczu, sfotografowana przez holenderskiego mistrza Jana de Bonta, przypomina w wielu miejscach prace Jordana Cronenwetha z Łowcy androidów. Tęsknota za neonami, światłem odbijanym w kałużach i drapaczami chmur skrytymi w nocnym mroku. To wszystko jest w Czarnym deszczu. Nawet detektyw Nick Conklin (Michael Douglas), ścigający po ulicach groźnego przestępcę Sato (Yūsaku Matsuda, który już na planie miał zdiagnozowany nowotwór, a mimo to wspaniale podołał roli), przypominał mi poniekąd Ricka Deckarda.
Tęsknota twórców za tamtą wizualną atmosferą dała o sobie wyraźnie znać. Jednak Czarny deszcz to rzecz jasna inny gatunek, a jego główny bohater reprezentuje charakterystyczny dla kina amerykańskiego model indywidualisty. Na tym tle interesująco wypada relacja gliniarza z Nowego Jorku i Masahiro „Masa” Matsumoto, policjanta z Osaki. Scott unika prostego przeciwstawienia dwóch kultur. Zamiast tego zestawia dwa odmienne sposoby rozumienia obowiązku i odpowiedzialności. Douglas buduje swoją postać poprzez ekspresję, ruch i emocjonalne reakcje. Takakura wybiera powściągliwość. Jego bohater mówi niewiele, ale niemal każda scena podkreśla jego zawodową dyscyplinę.
Czarny deszcz pozostaje dziełem znacznie ciekawszym, niż sugeruje jego fabuła. To nie tylko thriller o policyjnym pościgu i wojnie gangów. To przede wszystkim film o gliniarzu, który musi zaakceptować wiele niewygodnych prawd, chociażby to, że świat funkcjonuje inaczej, niż podpowiadają mu własne wyobrażenia.
Czas trwania: 125 min
Gatunek: neo-noir, kryminał, akcja
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Craig Bolotin, Warren Lewis
Obsada: Michael Douglas, Andy García, Ken Takakura, Kate Capshaw, Yūsaku Matsuda
Zdjęcia: Jan de Bont
Muzyka: Hans Zimmer

