Exodus: Bogowie i królowie

Szczerze rozbawiło mnie to, że Ridley Scott wyraźnie sugeruje, jakoby Mojżesz dostał kamieniem w głowę i od tego czasu mocno mu się poprzestawiało. Zaczął widzieć gorejące krzaki, słyszeć głosy i nabrał pewności, że tylko on może wyciągnąć ludzi spod jarzma Ramzesa. Charyzma to nie wszystko. Potrzebna jest jeszcze niezwykła wiara we własne decyzje. Mojżesz taką wiarę zdobył i pchnął ludzi do działania.

Exodus: Bogowie i królowie to luźna ekranizacja biblijnej Księgi Wyjścia, a więc fragmentu samej Biblii. Nie czytałem tej, według pani premier Beaty Szydło, najważniejszej i wręcz jedynej książki, jaką powinienem mieć na półce. Piszę i będę pisał dalej w tym tonie zarówno o samym filmie, jak i o jego realizacji, ponieważ właśnie tak odebrałem pomysł Scotta na ten obraz. To średni film. Nie oznacza to jednak, że nie dostrzegam jego mocniejszych stron. Wręcz przeciwnie. To właśnie na poziomie wykonania znalazło się kilka najciekawszych elementów.

Exodus: Bogowie i królowieScott chciał opowiedzieć starą historię na nowo, ale ugrzązł między mitem a realizmem.

Co zagrało tutaj z czysto rozrywkowego punktu widzenia? Kilka rzeczy. Nie mogę przecież udawać ślepego, skoro sama wizja reżyserska jest co najmniej epicka. Prawdą jest też, że Scott nie buduje fresku o wierze. Znacznie bardziej interesuje go mechanizm imperium, przede wszystkim zderzenie polityki z przeznaczeniem. Dlatego Exodus: Bogowie i królowie pozostaje filmem bardzo osobliwym. Chce być widowiskiem biblijnym, ale myśli jak kino historyczne.

W napisach końcowych Scott dedykuje film swojemu zmarłemu bratu. Być może ten Exodus, który trafił do kin dwa lata po śmierci Tony’ego, był pewnym sygnałem, że reżyser w jakiś sposób zbliżył się do wiary. Choćby na chwilę. Niewykluczone.

Biblijny blockbuster, który najciekawszy okazuje się tam, gdzie zapomina o religii.

Produkcja powstała jako jedno z najdroższych przedsięwzięć w karierze Scotta. Realizowano ją w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, wykorzystując rozbudowaną scenografię, CGI oraz ogromną liczbę efektów wizualnych. Tak jak napisałem, ślepy nie jestem. Muszę pochwalić skalę przedsięwzięcia i stronę wizualną.

W Exodus: Bogowie i królowie nie brakuje bowiem spektakularnych scen. Są bitwy, katastrofy, tłumy ludzi i monumentalna architektura, sceny z plagami też robią ważenie. Problem polega na tym, że za tym wszystkim rzadko stoi autentyczne napięcie. Film cierpi na paradoks współczesnego kina wysokobudżetowego. Im większa skala wydarzeń, tym mniejsze zaangażowanie widza.

Exodus: Bogowie i królowie

Pewnie łatwo zauważyć, że nigdy nie byłem idealnym odbiorcą kina biblijnego. Historie o prorokach, objawieniach i ingerencji sił wyższych zwykle budziły we mnie większy dystans niż fascynację. Aby taki film mnie przekonał, musi zaoferować coś więcej niż religijny kontekst, choć nawet wtedy szanse powodzenia są niewielkie.

Widzę tu poniekąd próbę odświeżenia gatunku, której zabrakło przekonania. Ridley Scott nie chciał tworzyć religijnej laurki. I słusznie. Tyle że nie znalazł równie interesującej alternatywy. Zamiast nowego spojrzenia otrzymaliśmy rozwodnioną wersję mitu. Pozbawioną tajemnicy dla wierzących i wystarczającej głębi dla sceptyków.

Patryk Karwowski
Czas trwania: 150 min
Gatunek: dramat
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Adam Cooper, Bill Collage, Jeffrey Caine, Steven Zaillian
Obsada: Christian Bale, Joel Edgerton, John Turturro, Aaron Paul, Ben Mendelsohn, Sigourney Weaver, Ben Kingsley
Zdjęcia: Dariusz Wolski
Muzyka: Alberto Iglesias