Przyznaję, że zawsze z lekkim przestrachem sięgam po takie wizualne cacka. Opakowanie nie musi przecież świadczyć o zawartości, prawda? Bywa nawet tak, że twórcy bardziej skupiają się na tym, co na zewnątrz, próbując ukryć całą tę watę, papier, a czasem nawet pustkę. Tutaj jest na czym zawiesić oko już w chwili, gdy trzyma się album w rękach, jeszcze przed jego otwarciem. Napisać, że to porządna poligrafia, to napisać zdecydowanie za mało. Pasowanie złoceń jest perfekcyjne, maska nałożona idealnie. Całość przypomina trochę próbki z drukarni prezentowane na targach: „o, tutaj ma pani dobry przykład pięknie wydanego albumu, lekko śliski papier, zdobienia”. Tak, na Soli Deo Gloria można zatrzymać wzrok na dłużej. I właśnie z tym lekkim przestrachem zacząłem lekturę.
Ale jest bardzo dobrze, choć Soli Deo Gloria po raz kolejny wyróżnia się przede wszystkim rysunkiem i jakością wydania. Tak, również wewnątrz albumu. I mam poniekąd wrażenie, że gdyby nie znakomite ilustracje Édouarda Coura oraz wspomniana już jakość druku, sama historia mogłaby nie wystarczyć, by mówić o tym komiksie jako o czymś naprawdę wyjątkowym. Ale przy najlepszych albumach to przecież zawsze powinno iść w parrze, prawda? Rysunek i scenariusz. Tutaj tak właśnie się dzieje.
O muzyce, która prowadzi bohaterów ku światłu i ciemności zarazem.
Na naszym rynku to debiut zarówno scenarzysty Jean-Christophe’a Deveneya, jak i rysownika Édouarda Coura. Wśród zapowiedzi znajduje się wprawdzie Herakles Coura od wydawnictwa Mandioca, ale na tę chwilę pozostaje nam cieszyć się właśnie Soli Deo Gloria. Tak, cieszyć się, bo przecież jest to medium, które łączy obraz i opowieść. Narrację niesie rysunek, ilustracje stają się nośnikiem treści. Jeżeli jeden element lekko odstaje, drugi potrafi go wesprzeć. I poniekąd tak właśnie dzieje się w przypadku Soli Deo Gloria. Trochę kluczę, ale tak bywa zawsze, gdy treść w jakiś sposób nawiązuje do religijności. Nie przeczę, w takich sytuacjach natychmiast się jeżę.
Już sam tytuł, Soli Deo Gloria (Tylko Bogu chwała), jest znamienny, nawet jeśli cały komiks stanowi w pewnym sensie dekonstrukcję tej dewizy. Nakreślając pokrótce fabułę, jest to opowieść o trudnej drodze dwójki bliźniaków, chłopca i dziewczynki, obdarzonych niezwykłym talentem muzycznym. Ona śpiewa anielskim głosem, on czaruje na instrumentach. Zanim jednak ten dar w pełni rozwinie im skrzydła, oglądamy okruchy życia spadające z brudnego stołu. Dramaty, tragedie, sierocińce, koszmary. Komiks niejednokrotnie wchodzi na teren grozy, szczególnie na początkowym etapie wędrówki rodzeństwa. Później zostają dostrzeżeni, lecz bez odpowiedniego rodowodu wciąż są wykorzystywani, odsprzedawani i traktowani jak inwestycje.
To komiks o konflikcie między talentem a ambicją, ubrany w jedne z najpiękniejszych ilustracji ostatnich lat.
Ich talent obrasta kolejnymi oczekiwaniami i ponownie zostaje podporządkowany cudzym interesom, bo przecież inwestycje trzeba spieniężyć. Emocji tutaj nie brakuje. Wszystkie te doświadczenia zostają dodatkowo zwielokrotnione przez nietuzinkowy warsztat Coura. Delikatne linie, szczegóły rysowane chyba pod lupą, ornamenty i czerń. Dużo czerni. Kolor pojawia się wraz z muzyką, przy której mamy zrozumieć, że jest ona pomostem prowadzącym ku czemuś ponadwymiarowemu. Próbą zbliżenia się do absolutu, siłą zdolną kruszyć skały, koić skołatane nerwy i przemieniać bestię we wrażliwca, czego najlepszym przykładem pozostaje wątek margrabiego Kieggeriga.
Nie sposób uciec od przekonania, że warstwa wizualna albumu stanowi czystą demonstrację siły medium komiksowego. Tematycznie jest to z pewnością dzieło wpisujące się w nurt współczesnej rewizji powiastki filozoficznej i historycznej. Powstało najwyraźniej z potrzeby refleksji nad rolą sztuki w czasach kryzysu. Jean-Christophe Deveney nie jest jednak zainteresowany wierną rekonstrukcją historyczną. Dlatego świat przedstawiony przypomina XVIII-wieczną Europę, ale pozostaje lekko przesunięty, niczym rzeczywistość oglądana przez pryzmat legendy. Nazwy miejsc i postaci są rozpoznawalne, choć celowo przekształcone (Romula – Rzym, Adamstern – Amsterdam, Johann Bastian Sach, wiadomo). Dzięki temu komiks nie zamienia się w lekcję historii muzyki. Dla części czytelników może to być zarzut i źródło lekkiej konsternacji. Z drugiej strony otrzymujemy piekielnie uniwersalną przypowieść o sztuce jako sile zdolnej zarówno ocalać człowieka, jak i go niszczyć.
Napięcie między łaską a pychą stanowi fundament całej opowieści. Hans i Helma nie są wyłącznie bohaterami powieści inicjacyjnej. Funkcjonują jako dwa odmienne modele twórcy. Jedno odnajduje sens w samym doświadczeniu muzyki, drugie coraz mocniej wiąże talent z potrzebą uznania.
Jest tu trochę baśni, tej europejskiej, początkowo wyraźnie zakorzenionej w tradycji braci Grimm. Później pojawia się opowieść drogi, ale również dojrzewanie pośród kontrastów, gdzie piękno sąsiaduje z brzydotą, bieda spotyka bogactwo, a zachwyt miesza się z nienawiścią.
To bardzo dobry tytuł, wyjątkowy okaz na półce i komiks o tym, że sztuka oraz świat pozostają ze sobą w nieustannym konflikcie. Muzyka nie jest w stanie zatrzymać okrucieństw, wojen ani biedy, ale potrafi sprawić, że wszystko nabiera znaczenia.
Scenariusz: Jean-Christophe Deveney
Rysunki: Édouard Cour
Kolory: Édouard Cour
Tłumaczenie: Marta Duda-Gryc
Skład: Piotr Margol
Redakcja: Joanna Lewandowska
Korekta: Izabela Rutkowska
Ilość stron: 280
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Lost in Time
Format: 215 × 290 mm

