Jest tu wiele dialogów i scen, które określają charakter komiksu i pozwalają wskazać Smarkulę jako dosadny pastisz. Choćby ten moment, gdy na konwencie (totalnie nieudanym, ale będziecie musieli sami przeczytać dlaczego), po znalezieniu zwłok nasze bohaterki niby smutne, niby rozżalone siedzą, a jedna z nich prosi o powagę, bo „była przecież jedną z nas” (też influencerką). Na co inna odpowiada: bez przesady, miała tylko 500 followersów. Tak – to ten przypadek, absolutna definicja prześmiewczego tonu, w swoim ujęciu rzeczywiście dosadna, zabawna, trochę komiczna, trochę niepokojąca.
Ale cofnijmy się na chwilę do Włosy zielone, mam wywalone. Owszem, wciąż jestem fanem tłumaczenia pierwszego tytułu z serii (oryginalne Green Hair Don’t Care) i w ogóle przekładu oraz całej pierwszej części. Polecam ją jako znakomitą hybrydę satyry na influencerów, thrillera i komedii, ale jednocześnie bez pastwienia się. Druga odsłona świetnie znalazła swoje miejsce w czasie u mnie – tuż po zamknięciu pierwszego sezonu serialu Pełna przyjemność gwarantowana (Apple TV). Nie, tytuły nie łączą się tematycznie, ale przez pewien vibe, atmosferę – jak najbardziej.
Smarkula i ironia jako paliwo opowieści.
Zatem California Screaming, czyli ponownie Bryan Lee O’Malley (scenarzysta przy lekkiej zadyszce w drugim tomie) i Leslie Hung (ilustratorka, która w tej części się rozwija). Niemniej tom drugi wciąż znajduje się w podobnym punkcie – na styku dwóch temperamentów: precyzyjnej, popkulturowej ironii Bryana Lee O’Malley’a oraz zmysłowej, nerwowej linii Leslie Hung. Ich współpraca dojrzewała już w pierwszym tomie, ale dopiero tutaj nabiera pełnego kształtu (nawet jeżeli O’Malley zostaje z tyłu ze swoją opowieścią, a my ponownie – do tomu trzeciego – musimy czekać na większy przełom).
Na szczęście widać rozwój bohaterek: psychologia, interakcje, więcej o nich (dziewczynach), co pozwala czytelnikowi mocniej wejść w świat. Pod warstwą satyry i groteski dostrzegamy ludzi. Choćby ona – Smarkula, czyli Lottie Person – jest jednocześnie produktem kultury i jej ofiarą. Coraz wyraźniej widać, że to postać, która nie potrafi odróżnić własnych emocji od algorytmów, które je karmią.
Influencerki na krawędzi, ale za mało kryminału.
Co do rozwoju Leslie Hung – tak, jest tutaj zauważalny. Rysunek bardziej świadomy niż w pierwszym tomie. Jej kreska jest lekka, ale nie zwiewna; każda postać wygląda jak szkic wykonany w pośpiechu, który jednak zatrzymał w sobie idealny gest. Kadry jak scrollowanie ekranu.
Tematycznie tom drugi pogłębia to, co w pierwszym było ledwie zarysowane: obsesję na punkcie wizerunku, lęk przed autentycznością, paranoję wynikającą z życia w ciągłej ekspozycji. Mniej tu jednak thrillera, na który po cichu liczyłem. To gdzieś umknęło – niby czai się za rogiem, coś tam się dzieje, ale jest zbyt mało wyraźne, przygaszone. Szkoda. Dostajemy też elementy surrealistyczne: duchy, halucynacje, niejasne wspomnienia, tajemnicze postaci pojawiające się jak glitch w rzeczywistości. To dodatek, który – według mnie – niekoniecznie był potrzebny.
Ostatecznie drugi tom Smarkuli to komiks, który nie próbuje być „ważny”, ale w swojej lekkości trafia w sedno współczesnego doświadczenia. Osobiście mam mieszane odczucia, chociaż zżyłem się z dziewczynami, widzę wyraźnie ich przyjaźń, dostrzegam, kto tak mąci, kto próbuje namieszać i rozbić pewną „stałą”. Smarkula niezmiennie pokazuje, że w epoce nieustannego lukrowania rzeczywistości prawdziwe życie nie zniknie. Niezły.
Rysunki: Leslie Hung
Scenariusz: Bryan Lee O’Malley
Tłumaczenie: Kalina Ostrowska
Redakcja: Krzysztof Ostrowski
Korekta: Hanna Antos
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Wydawnictwo: Nagle! Comics
Format: 170 x 260 mm
KOMIKS UDOSTĘPNIONY PRZEZ WYDAWCĘ. ZNAJDZIESZ GO NA PÓŁKACH

