10 fundamentów Brytyjskiej Nowej Fali

Jeden z moich ulubionych filmowych nurtów, szczery, uczciwy, często bolesny. Brytyjska Nowa Fala wyrasta z obserwacji codzienności. Twórcy patrzą na robotnicze dzielnice, na zwykłych ludzi, na ich gniew i marzenia. Kamera jest blisko. Dialogi są ostre, krótkie, często gorzkie. Kino staje się narzędziem buntu przeciw klasowym podziałom i mieszczańskiej hipokryzji.

Nie ma tu upiększeń, twórcy stosowali surowy realizm, naturalne światło. Jest ciasno, duszno, a bohaterowie próbowali wyrwać się z własnych ograniczeń. Brytyjska Nowa Fala jest daleka od moralizowania. Reżyserzy natomiast w swoich obrazach ujawniali napięcia społeczne, które wcześniej marginalizowane. Funkcjonowało również określenie  kitchen sink realism,  bo twórcy brytyjskiej nowej fali kierowali kamerę tam, gdzie wcześniej kino rzadko zaglądało: do małych, zaniedbanych mieszkań klasy robotniczej. Zlewy pełne naczyń, ciasne kuchnie, wilgotne ściany – to była codzienność bohaterów. Reżyserzy nie stylizowali tych przestrzeni. Pokazywali je w surowej, niemal dokumentalnej formie, jako tło dla konfliktów rodzinnych, frustracji i społecznych napięć.

Przed Wami 10 filmów, które stanowią fundament Brytyjskiej Nowej Fali

Billy Liar - Billy kłamca (1963), reż.  John Schlesinger

Billy Liar – Billy kłamca (1963), reż.  John Schlesinger

John Schlesinger, jeden z filarów Brytyjskiej Nowej Fali (później rozwalił system Nocnym kowbojemMaratończykiemDniem szarańczy), a jednocześnie twórca, który swoim Darling z 1965 toku zamknął ten wyspiarski nurt, w 1963 roku nakręcił jeden ze swoich pierwszych niezwykłych filmów. Niezwykły, bo nad wyraz bolesny, gorzki, uczciwy i prawdziwy, chociaż dotyczy marzyciela, a podczas seansu stale utrzymuje się komediowy ton. Billy kłamca jest przede wszystkim ponadczasowy, bo opowiada o wszystkim tym, co i współcześnie stanowi o hamulcu przed wypłynięciem na głęboką wodę, czy po prostu o strachu przed opuszczeniem własnej strefy komfortu. Billy kłamca jest przez to tym bardziej gorzki, im bardziej poruszy w widzu konkretne nuty, jak u mnie, być może i u was. Ile bowiem osób trwa w wygodnym miejscu, chociaż mogłyby skorzystać z szansy i porzucić swoje bezpieczne miejsce? To dotyczy pracy, miejsca zamieszkania, zdecydowania się na zainwestowanie pieniędzy w biznes itd. itp. O wszystkich tych rzeczach traktuje Billy kłamca, wybitny film Schlesingera.

Bohaterem jest tutaj Billy, który jest łgarzem. Jest uzależniony od kłamstwa i fantazji. Wymyślił sobie, że będzie pisał powieść, wymyślił sobie kilka historii dla swojej rodziny, kilka różnych wersji na przyszłe życie. Żadnego z planów nie zrealizuje. Jest też pośmiewiskiem dla kumpli w pracy, którzy zdają sobie sprawę, że Billy jest krętaczem. Swoją drogą, nasz Billy tak się zapętlił w swoich fantazjach, że aktualnie, mając dwie narzeczone (to akurat prawda) każdej jednocześnie obiecał ślub, chociaż żadna jeszcze nie była gościem w jego domu. Najbezpieczniej jednak Billy czuje się w wymyślonej przez siebie krainie, królestwie Ambrozji, gdzie przeżywa mnóstwo fascynujących przygód. Jest tam władcą, zdobywcą, poszukiwaczem przygód, łamie serca, wszyscy go wielbią, a przebywanie tam (czytaj leżenie na kanapie i patrzenie w sufit) jest dla niego formą relaksu. CZYTAJ WIĘCEJ

Darling (1965), reż.John Schlesinger
Darling (1965), reż.John Schlesinger

„Szczęście powinno być najłatwiejszą rzeczą na świecie” – stwierdza rezolutnie Diana, do której mężczyźni najczęściej zwracają się „kochanie”. Rzeczywiście trudno jej nie kochać. Jako młoda, piękna i ambitna upatrzyła sobie w życiu jeden cel. Chce być sławna i bogata. Wprawdzie w zanadrzu ma tylko urodę i wiek, ale jak się okazuje, to aż nadto, by wspinać się po szczeblach społecznego statusu. Trzeba tylko pamiętać, by nie oglądać się za siebie. No i nie zapominaj kochanie, że nie możesz mieć sentymentów. Droga na szczyt, to droga po trupach, porzuconych kochankach, złamanych sercach.

Darling Johna Schlesingera według filmowych badaczy wyznacza pewną granicę. To tytuł schyłkowy dla Brytyjskiej Nowej Fali. Jeden z ostatnich, który wpisuje się w nurt, w którym tworzyli tak znamienici twórcy jak Jack Clayton, Tony Richardson czy Lindsay Anderson. John Schlesinger również, jak koledzy, ilustruje w swoim utworze pewien rodzaj buntu. Nasze „kochanie” buntuje się nieświadomie wobec własnej społecznej przynależności, ale już świadomie i w sposób wyrachowany zaczyna kierować swoim życiem tak, by tę sytuację zmienić. CZYTAJ WIĘCEJ

Room at the Top - Miejsce na górze (1959), reż. Jack Clayton
Room at the Top – Miejsce na górze (1959), reż. Jack Clayton

Debiut Jacka Claytona z 1959 roku. Tego samego Jacka Claytona, który już dwa lata później potrafił gładko przejść do zawieszonego w gotyckiej atmosferze ghost story W kleszczach lęku. Tutaj, u schyłku lat 50. zaprezentował obraz buntownika (najczęstsza figura bohatera w Brytyjskiej Nowej Fali), który jest marzycielem. Pochodzi z nizin, z małego robotniczego miasteczka Dufton, którego włodarze (jeżeli jacyś w ogóle istnieli) nigdy nie potrafili podnieść tych kilku kamienic z ruin po bombardowaniach z II Wojny Światowej. Buntownikiem jest Joe Lampton (Laurence Harvey), który stracił rodziców pod gruzami, ale jak wielu mu podobnych, podniósł się z tej tragedii. Był na wojnie, dochrapał się stopnia sierżanta, zaliczył nawet pobyt w obozie jenieckim. Po powrocie do kraju jedyne czego pragnął, to coś więcej niż miał dotychczas. Innymi słowy, Joe Lampton marzył, bo nie było mu pisane, jak sam w głębi duszy twierdził, życie na wsi i praca w fabryce.

Jest taka scena w filmie, gdy Joe wraca na gruzowiska w Dulfon i widzi małą umorusaną dziewczynkę zachwycającą się kwiatkami, które przebiły się przez ruiny i pną się dumnie do góry. „Kwiaty są zadowolone, że są kwiatami”, mówi rezolutna dziewczynka. To zaprzeczenie całej natury Lamptona i jednocześnie wszystko to, czego ten bohater jest pozbawiony, radości z aktualnego stanu i położenia. CZYTAJ WIĘCEJ

The L-Shaped Room - Pokój w kształcie litery L (1962), reż.  Bryan Forbes
The L-Shaped Room – Pokój w kształcie litery L (1962), reż.  Bryan Forbes

„Ludzie są różni”, mówi starsza samotna kobieta wynajmująca pokój w kamienicy. Mówi to pokazując zdjęcie swojej starej miłości. I chociaż nie widzimy samej fotografii i osoby, którą przedstawia, szybko się tego domyślamy, bo ludzie rzeczywiście są różni, a uświadamianie widzowi między innymi takich spraw było jednym z punktów manifestu brytyjskiej Nowej Fali.

Główną bohaterką filmu jest Jane (nominowana za tę rolę śliczna Leslie Caron dziesięć lat wcześniej partnerowała Gene’owi Kelly’emu w filmie Amerykanin w Paryżu), młoda Francuzka, która wynajmuje pokój we wspomnianej kamienicy. Jest w ciąży i nie ma jeszcze pomysłu co robić dalej ze swoim życiem. Ma już wprawdzie 27 lat, ale właśnie ciąża stanowi dla niej próg dorosłości. Ojciec dziecka nie poczuwa się do obowiązków rodzicielskich, ale i sama Jane nie widzi go w tej roli. Nie było tam miłości, a raczej przygodny romans. Pierwsza myśl Jane to chęć usunięcia ciąży, zresztą wyraźna ku temu rozwiązaniu jest też społeczna presja. Nikt nie zakłada przecież, że młoda dziewczyna bez męża chciałby ciążę donosić. Jane stoi przed nie lada dylematem. Nie jest zamożna, a jej nowy pokój nie wydaje się najlepszym miejscem dla dziecka. Oparcie, z czasem, znajduje w nowych znajomych. Gdy bowiem zawodzą instytucje, rodzina, przyjaciół można znaleźć wśród podobnych sobie wyrzutków. Gorzej, gdy pojawia się uczucie, a zburzyć wszystko może informacja o nienarodzonym jeszcze dziecku. CZYTAJ WIĘCEJ

Saturday Night and Sunday Morning - Z soboty na niedzielę (1960), reż. Karel Reisz
Saturday Night and Sunday Morning – Z soboty na niedzielę (1960), reż. Karel Reisz

Z soboty na niedzielę to opowieść o chłopaku z klasy robotniczej i o wydarzeniach, które mają szansę zmienić i zmieniają jego postawę. Sam etos reprezentanta klasy robotniczej nie różni się od tych zaprezentowanych w Miłości i GniewieSamotności długodystansowca, czy innych (nawet jeżeli postaci wykonują różne zawody). To te same tła z fabrykami, szare ulice, krajobraz, który nie nastraja optymistycznie. Arthur nie jest jednak tak gniewny jak Jimmy z Miłości i Gniewu, nie czuje też takiej presji i ostatecznie nie postawi się tak jak Colin z Samotności... Przemiana, jaka dokonuje się w bohaterze jest bardzo nagła i niespodziewana. Tak jakby Karel Reisz, reżyser, uznał, że tego jednego da się uratować i pokazać promyk nadziei. Nie pozbawił go jednak twórca ostatniej niepokornej nuty, którą Arthur wygrał w finałowej scenie rzucając kamieniami w domy. „Nie powinieneś tak rzucać”, mówi jego wybranka. „Jeszcze mi się to zdarzy”, odpowiada Arthur patrząc na nią pochmurnie. To jednak tylko chwila, bo ten ponury wyraz twarzy znika i pojawia się zawadiacki uśmiech. Może to tylko kolejna maska, jakich było wiele w Brytyjskiej Nowej Fali? Bohaterowie nowofalowi z brytyjskiej kinematografii często uciekali w kierunku wygodnej pozycji, rozsadzając później wszystko od środka. Buntownika nie jest tak łatwo zgasić i być może Arthur jest jednym z tych z długim, tlącym się wciąż lontem.

Albert Finney zagrał pod rząd w dwóch tytułach u dwóch głównych reprezentantów nurtu. W omawianym Z soboty na niedzielę Karela Reisza rolę główną i w tym samym roku u Tony’ego Richardsona w Music Hall (epizod). Za występ u Reisza otrzymał nagrodę BAFTA za najbardziej obiecujący debiut. Sam Reisz powrócił jeszcze do nowofalowej tematyki w Morgan, przypadek do leczenia. CZYTAJ WIĘCEJ

Look Back in Anger - Miłość i gniew (1959), reż. Tony Richardson
Look Back in Anger – Miłość i gniew (1959), reż. Tony Richardson

Miłość i gniew, film, od którego wszystko się zaczęło. Wskazuje się go jako ten, który kontynuował myśli młodych gniewnych pisarzy i otworzył tamę dla brytyjskiej Nowej Fali, która to przez kolejnych kilka lat biczowała widzów tematami na wskroś innymi od tego co proponował ówczesny mainstream.

Miłość i gniew dotyka w głównej mierze problematyki społecznej. Trzeba również napisać, że Tony Richardson, reżyser, stworzył nowy rodzaj filmowego bohatera, ale też wyciągnął na powierzchnię historie z rodzinnych piekiełek i z małżeńskich bitewnych pól. W brytyjskiej Nowej Fali nie chodziło do końca o to, by utożsamić się z głównym bohaterem, a właśnie o to, by w niego wątpić, zadawać pytania, nawet się nie zgadzać, w końcu, by intrygował.

Głównym bohaterem jest Jimmy Porter, który jest jedną z ilustracji nowofalowego buntu. Nie jest jednak łatwo wskazać przeciw czemu Porter się buntuje, ale niesprawiedliwie też by było napisać, że po prostu nienawidzi. Jego gniew jest odzwierciedleniem jego życiowej postawy, a małżeństwo i stosunek do żony formą zemsty i wyrazem wszystkich frustracji, ale również miejscem, gdzie mężczyzna znalazł ujście dla swojej agresywnej antyspołecznej postawy. Jimmy mieszka więc z żoną i swoim przyjacielem na kilku metrach kwadratowych. W dzień pracuje z kumplem na targu, gdzie sprzedaje słodycze. W nocy pogrywa trochę na trąbce w jazzowym klubie. Miłość i gniew opowiada o tym epizodzie z życia małżeństwa, gdy żona pod namową przyjaciółki opuszcza Jimmiego i ucieka do rodzinnego domu. CZYTAJ WIĘCEJ

Music-hall (1960), reż. Tony Richardson
Music-hall (1960), reż. Tony Richardson

Wesołe miasteczko, ludzie krążą w poszukiwaniu kolejnych atrakcji, rozszczebiotane dzieci z rodzicami mijają dziewczynę wpatrzoną w afisz, który zaprasza na music-hall, show Archiego Rice’a (dziewczyna to córka showmana). Music-hall to rozrywka zajmująca już nielicznych i odchodząca powoli do lamusa. Jedna z latorośli przechodzących tuż obok plakatu stwierdza, że nie widziała Archiego w telewizji, więc to zapewne nikt znany ani ważny. Ta jedna scena ustanawia nowofalowy klimat, który będzie w filmie obowiązywać. Chociaż wielu krytyków wskazuje na Music-hall jako tytuł, który ze swoją fabułą ucieka za często w wątki melodramatyczne, to bez dwóch zdań jest on wciąż jednym ze sztandarowych obrazów powstałych w nurcie brytyjskiej Nowej Fali.

Tony Richardson w Music-hallu opowiada o przemijaniu pewnych wartości oraz o tym wszystkim co nadchodzi, a przeciw czemu protestował on i pozostali nowofalowcy – agresywny kapitalizm, telewizja, zaprzedanie własnych wartości.

Music-hall to kolejna sztuka Johna Osbourna, nad którą pochylił się Richardson (po Miłości i gniewie). Ta była wystawiana od 1957 roku na deskach Royal Court Theater, a w roli głównej wystąpił Laurence Olivier, podobnie zresztą jak w filmie, czyli w adaptacji sztuki. Olivier zagrał pierwszorzędnie, przedstawił zagubionego mężczyznę, który łapie się coraz to bardziej desperackich kroków. Zadłużony, smutny, sfrustrowany, wściekły, w średnim wieku i z wszystkimi typowymi dla tego wieku przypadłościami. Laurence Olivier został za tę rolę nominowany do Oscara. CZYTAJ WIĘCEJ

The Loneliness of the Long Distance Runner  -  Samotność długodystansowca (1962), reż.  Tony Richardson
The Loneliness of the Long Distance Runner  –  Samotność długodystansowca (1962), reż.  Tony Richardson

18-letni Colin Smith pełen gniewu i buntu wpada na drobnej kradzieży i trafia do zakładu poprawczego. Wszystkie zresztą drogi i wybory w życiu Colina prowadziły do tej placówki. Ta, działając w ramach rygorystycznych obostrzeń traktuje swoich penitencjariuszy przedmiotowo będąc swego rodzaju poczekalnią, z której uciec jest stosunkowo łatwo, ale i powrócić nietrudno. Dyrektorem zakładu jest Ruxton Towers (Michael Redgrave), który dostrzega w Colinie potencjał biegacza, a jako że zbliżają się zawody sportowe, Colin dostaje szansę i będzie reprezentować zakład w najbardziej prestiżowym biegu przełajowym. Zawody mają jeszcze jeden ważny wymiar, bo na sportowym polu ścierają się tu dwa światy, młodzież z poprawczaka z uczniami z elitarnej prywatnej szkoły. Rzeczywiście Colin potencjał ma ogromny, ale czy będzie chciał wykorzystać szansę, nie wiadomo do końca filmu. Ostatecznie finał trzyma w napięciu, a widzowie, mam wrażenie, podzielą się na tych, którzy chcieliby, żeby Colin wygrał i sięgnął po nagrodę i na tych, którzy życzyliby sobie pełny obraz nonkonformistycznej postawy.

Samotność długodystansowca została oparta na opowiadaniu Alana Sillitoe, a Tony Richardson nie jest jedynym przedstawicielem brytyjskiej nowej fali, który po prozę pisarza sięgnął. Nakręcony rok wcześniej Z soboty na niedzielę Karela Reisza również wywodzi się z nurtu i za podstawę przyjął powieść Silitoe. W samotności długodystansowca tak jak w innych tekstach, które wyszły spod pióra pisarza, znajduje się wiele wątków autobiograficznych. Główny bohater to człowiek ze wszech miar zniewolony swoją sytuacją, przynależnością do nizin społecznych. Nie ma perspektyw, a jedyną ścieżką zawodową jest praca w fabryce, tej samej, w której pracował ojciec. CZYTAJ WIĘCEJ

A Taste of Honey - SMak miodu (1961), reż. Tony Richardson
A Taste of Honey – SMak miodu (1961), reż. Tony Richardson

Niezbyt urodziwa 16-letnia Jo (Rita Tushingham) mieszka ze swoją niezbyt urodziwą matką w robotniczej dzielnicy. Wynajmują mieszkanie, a gdy zbliża się czas zapłaty czynszu, ulatniają się i wynajmują kolejne. Są na siebie skazane w świecie, gdzie dominuje brak uczuć i wyzierająca z każdego spojrzenia samotność. Matka Jo, Helen (Dora Bryan) to sfrustrowana kobieta, która przebiera w kochankach póki jeszcze może, nie odmawia sobie używek, a córce na każdym kroku przypomina, że jest jej życiowym balastem.

Jo mając za wzorzec tylko jeden przykład wchodzi w ten sam schemat. Spędza noc z marynarzem, który wnet obiera kurs na kolejny port. Wkrótce Jo zostaje porzucona przez matkę (tej kroi się kolejny związek z przypadku i ślub) i stwierdza, że jest w ciąży. Jedyną ciepłą osobą w życiu nastolatki jest Geoffrey, homoseksualista odrzucony przez społeczeństwo. Zostają przyjaciółmi, a chłopak zaczyna się prawdziwe troszczyć o Jo.

Smak miodu jako jeden z reprezentantów brytyjskiej nowej fali nie jest naznaczony jednak charakterystycznym dla nurtu gniewem, a filmowiec-buntownik Tony Richardson, chociaż opowiada wyjątkowo gorzko, to ze sporą dawką humanizmu. To po prostu smutny przykład zataczającego się koła na życiowej koleinie. Pomimo kilku ciepłych momentów, twórca w finale nie daje nam zapomnieć, że historia matki musi się powtórzyć. CZYTAJ WIĘCEJ

https://www.ponapisach.pl/2015/04/201504this-sporting-life-sportowe-zycie-1963.html
This Sporting Life – Sportowe życie (1963), reż. Lindsay Anderson

Frankowi wydawało się, że wraz z pieniędzmi przyjdzie szacunek. Największą miał na to nadzieję w związku z wdową, u której mieszkał. Ulokował w niej uczucia, jednak nie wydaje mi się do końca, by miało to coś wspólnego z miłością (chociaż takie słowa padają). Oprócz zaspokojenia swoich żądz, to Frankowi podświadomie chodziło o… opiekę, której nigdy nie miał. Tak naprawdę to był cały czas wielkim dzieciakiem i chociaż ojciec cały czas szwendał się w pobliżu syna (postawa rodzicielska ojca w stosunku do Franka to kolejny ciekawy wątek w filmie), to tak naprawdę oboje nie wiedzieli jaką przyjąć wobec siebie postawę. Frank nie znał znaczenia słów: odpowiedzialność, opieka, szacunek. Podejrzewam, że jego dzieciństwo skończyło się bardzo szybko i w mig został wrzucony w pracownicze dyby. I tak pełen frustracji dotrwał do wieku, w którym był na tyle krzepki, by ową krzepkość przekuć na pieniądze.

Obserwujemy więc Franka, któremu wciąż wydaje się, że „zaczyna” coś znaczyć wśród społeczności. Tak naprawdę nikt go nie oszukuje, ani nie daje mu nadziei na to, że kiedyś będzie inaczej. Frank jest po prostu prostym człowiekiem, nie zauważającym i nie potrafiącym wykorzystać swojego potencjału. Pieniądze w jego przypadku nigdy nie wyciągną go z biedy. Pomiędzy nim, a ludźmi z elit jest przepaść, której nie jest w stanie przeskoczyć. Dochodzi przecież najważniejsza kwestia – wychowanie i wykształcenie. W miarę, gdy pieniędzy przybywa, Frankowi wydaje się, że zaskarbi tym samym przychylność wdowy. Gdy jego podchody są raz za razem ucinane, popada w depresję…

To film na długie dyskusje o roli sportowca grającego pod dyktando klubowych właścicieli. Jednak to wszystko powinno być tylko wstępem do rozmowy o kwestiach uczuciowych głównego bohatera. Ciągła próba zaimponowania pani Hammond i ściana, którą Frank napotyka za każdym razem, przypomina syzyfową pracę. Z drugiej strony… Czy on tak naprawdę pragnie jakiegoś uczucia? Wydaje mi się, że Frank po prostu chce mieć kogoś przy boku, ponieważ tak wypada. Ponieważ według jego światopoglądu mężczyzna powinien utrzymywać kobietę, posiadać ją. Ciężki z niego przypadek. CZYTAJ WIĘCEJ