Minęło sporo czasu od mojego ostatniego seansu z filmem animal attack. Były to Komary (1994, Gary Jones), które obejrzałem w kwietniu zeszłego roku. Cały rok musiałem czekać na kolejny horror z tego nurtu? Nie przeczę, byłem więc przed seansem strasznie wyposzczony, jeśli chodzi o gatunek. Zdaję sobie sprawę ze wszystkich niedoskonałości Szympansa, a i tak jestem w stanie ocenić go pozytywnie.
Film jest o tyle dobry, że twórcy nie próbują łagodzić akcji. Jeżeli szympans dorwie kogoś w swoje łapska, to już nie wypuści – bez względu na to, jak ważną postać trzyma. I o to tu w gruncie rzeczy chodzi: o horror, w którym szympans dostaje wścieklizny i przestaje być prostoduszną, przebraną za człowieka małpką, a staje się krwiożerczą bestią chcącą wykończyć domowników.
Małpa bez kagańca — Roberts rezygnuje z półśrodków.
Do tej pory widziałem tylko jeden film Johannesa Robertsa – Nieznajomi: Ofiarowanie. Niezły, a kluczowe zdanie tamtej recenzji brzmiało: „Podobało mi się bardzo, ale dopiero od 50. minuty, kiedy slasher nie udawał już niczego, czego nie powinien, a reżyser w końcu popuścił cugle i dał widzom fenomenalne widowisko”. W Szympansie jest podobnie, bo Roberts, który w horrorze siedzi od 2001 roku, wie już, jak spreparować filmową makabrę. Trudno się tu do czegoś szczególnie przyczepić, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, jak niewiele efektów CGI użyto przy produkcji.
Tak, Szympans to stara szkoła. Prawdziwa małpa – to znaczy prawdziwy facet w kostiumie małpy. Jak nowatorskie jest to dzisiaj? Może nie nowatorskie, ale zasługujące na respekt. I to się sprawdza. Ben (ta małpka) potrafi wzbudzić dreszcze, a samo gore, czyli momenty, gdy dobiera się do ofiar, wypada świetnie. Skalpuje, rozrywa, miażdży, wściekle bije pięściami niczym Ip Man w swoim bitewnym szale – ale tym razem w kompletnym, brutalnym chaosie.
Szympans, albo popcorn w czerwieni.
Zarys fabuły jest prosty, ale celowy: Ben, adoptowany i inteligentny szympans, po ugryzieniu przez zakażone zwierzę zaczyna przejawiać agresję. Film otwiera się mocnym akcentem – atakiem Bena na weterynarza, który ustawia ton całej opowieści. Sprytny jest zabieg scenariuszowy: Roberts, jako reżyser i współscenarzysta, umieszcza akcję w odizolowanej hawajskiej posiadłości, gdzie powrót Lucy (głównej bohaterki) do rodzinnego domu szybko zamienia się w koszmar. To taki home invasion na odwyrtkę – narracja prowadzona w rytmie narastającego oblężenia, a dom, basen, klif i noc stają się naturalną areną przetrwania.
To dobra popcornowa rozrywka, mocno odrealniona, z wszystkimi przypadłościami kategorii „dlaczego oni to robią?”. Wracając do powiedzenia „na bezrybiu i rak ryba” – trochę tak jest. Animal attack jest najwyraźniej w odwrocie (albo raczej w lekkim odwrocie), a przecież królestwo zwierząt jest tak różnorodne, bogate i piękne w swojej wściekłej naturze. Ja Szympansa polubiłem: dosadne gore, krwawy ton i brak ogródek w bezceremonialnym przedstawieniu przemocy robią swoje.
Czas trwania: 89 min
Gatunek: horror, animal attack
Reżyseria: Johannes Roberts
Scenariusz: Johannes Roberts, Ernest Riera
Obsada: Johnny Sequoyah, Jessica Alexander, Victoria Wyant, Gia Hunter
Muzyka: Adrian Johnston
Zdjęcia: Stephen Murphy

