Beast

2026 rok, a najwięcej frajdy wciąż przynoszą te znane historie. Już sam tytuł Beast, czyli Bestia, brzmi dość wymownie. Idąc dalej, czytajcie, a szybko przyznacie, że to przecież ten czas, kiedy wypożyczałeś kasetę, oglądałeś w zasadzie podobny film akcji (jeden do drugiego) i – co najważniejsze – nie narzekałeś. Czy wówczas ktoś śmiał marudzić? Nigdy. To dopiero teraz wyrosło pokolenie malkontentów, które widząc ograne fabuły, zaczyna drążyć, marudzić, siać defetyzm.

Przeczytaj ten zarys historii – czyż nie brzmi znajomo? Oto mamy wojownika, dzisiaj niech to będzie zawodnik mieszanych sztuk walki. Jest na szczycie, u progu największej sławy. Jest bestią. Ale tej nocy poszło coś nie tak – o tym dowiemy się później. Wracamy do niego po 10 latach. Ma słabo płatną pracę na rybackim kutrze. W domu (do którego wraca oczywiście na noc) czeka kochająca żona i córka. Są w finansowych tarapatach. Jednak po tych 10 latach dopada go przeszłość. Chcą go w klatce, chcą mu dać ogromne pieniądze.

BeastBeast, czyli stara szkoła emocji.

Co tam jeszcze? Wciąż bez zmian. Żona nie chce o tym słyszeć, bo przemoc, brutalność, a ona nie chce być wdową. Kolejne dziecko w drodze, następne zobowiązania finansowe, później trening. Jest jeszcze brat desperat – też zawodnik MMA. Kolejne przygotowania, później następny dramat i tragedia, wstawanie z kolan, stary trener, który w końcu popatrzy na druha przychylnym okiem (bo tam jest ogromna zadra), i finał, czyli walka o wszystko: o rodzinę, godność, pieniądze i dziedzictwo. Czego tu nie lubić?

Wstawanie z kolan, morderczy trening, mało czasu na przygotowania. Jak zwykle, ale po co narzekać?

Dla mnie to nie tylko powrót do gatunkowych korzeni kina akcji (tutaj w wydaniu MMA), ale też porządny, solidny dramat sportowy. Zawsze patrzę przychylnym okiem na te oklepane opowieści o zmęczonych ludziach, którzy jednak znajdują w sobie dość motywacji, by raz jeszcze się podciągnąć, przebiec kilometr, stanąć do walki. Może i jest to dramat trochę przydługi, może i jest tu za dużo rodzinnego patosu, przewracania oczami, ale nie mogę być o to zły – na to się pisałem, rozpoczynając seans. Jakoś byłem dziwnie pewny, co do każdego podpunktu w Bestii.

Beast

Cieszy mnie oczywiście to, że w roli przeciwnika głównego bohatera (zaraz o nim) znowu mogłem zobaczyć doskonałego Brena Fostera. Poznałem go przy okazji świetnego Life After Fighting, gdzie grał główną rolę, był scenarzystą i reżyserem. W Beast w drugoplanowej roli możemy zobaczyć Russella Crowe’a, który jest już niestety tylko swoim cieniem (ale jest tu też współscenarzystą). Oczywiście pierwsze skrzypce w Beast gra Daniel MacPherson – fantastycznie przygotowany do tej roli australijski aktor. Przygotowany fizycznie, ale też aktorsko. Ma potrzebną charyzmę, wierzymy w jego motywacje, przejmujemy się tym domem, rodziną, niepewną przyszłością. Też nie chcemy, podobnie jak żona, żeby szedł w tę brutalną potyczkę, żeby znowu zaangażował się w niebezpieczne starcie z przeciwnikiem, który zrobi wszystko, by faceta złamać, połamać i zniszczyć.

Mocny film – sztampa i klasyk – ale dobrze wykończony, oszlifowany i przygotowany. Ma wszystkie potrzebne elementy, by mieć w wypożyczalni własny plakat na drzwiach, stand w przejściu i rekomendacje od tego gościa, który wychwala tylko filmy akcji.

 

Patryk Karwowski
Czas trwania: 113 min
Gatunek: akcja
Reżyseria: Tyler Atkins
Scenariusz: Russell Crowe, David Frigerio
Obsada: Russell Crowe, Daniel MacPherson, Luke Hemsworth, Bren Foster
Muzyka: Brian Cachia
Zdjęcia: Thomaz Labanca