Life After Fighting

Tęskniłem za kinem tego rodzaju – surowym, miejscami obskurnym, pozbawionym technicznej perfekcji, a przez to autentycznym. Za filmem akcji sytuującym się jak najdalej od współczesnych, przesadnie wystylizowanych produkcji pokroju serii John Wick. Choć uwielbiam tę franczyzę (wiecie to), uważam, że jej cztery odsłony (i nie wiem czy potrafiłbym coś dzisiaj napisać o drugiej i trzeciej) wyczerpały formułę; nie odczuwam najmniejszej potrzeby, by sięgać po Ballerinę czy kolejne wariacje na ten temat. Brakuje mi obrazów, które nie są zamknięte w „fajansiastych” ramach, nie rozgrywają się na planach przypominających wnętrzarskie ekspozycje w stylu art déco, pełnych sztukaterii i kilkunastu źródeł światła. Zmęczyła mnie estetyka nienaturalnej doskonałości, w której każda postać wygląda idealnie w każdym ujęciu.

Dlatego tak bardzo cenię niezależne kino gatunkowe, tworzone z potrzeby serca, wolne od dekoracyjnego przepychu, skupione na energii i szczerości przekazu.

Life After Fighting stanowi przykład filmu boleśnie pominiętego przez polskich odbiorców, w tym przez środowisko entuzjastów kina kopanego. Brak oficjalnego dystrybutora niewątpliwie ograniczyło jego widoczność, a marketing szeptany okazał się niewystarczający, by zapewnić mu szerszy rozgłos.

Life After FightingBren Foster, cały film należy do niego.

Wszystko wskazuje na to, że Life After Fighting jest projektem życia Brena Fostera – australijskiego aktora i mistrza sztuk walk. Foster od lat trenuje taekwondo, hapkido, hwarangdo oraz brazylijskie jiu-jitsu, a w swoim filmie swobodnie łączy elementy tych kilku stylów.

Dlaczego można uznać ten film za najważniejsze przedsięwzięcie w dorobku dziś pięćdziesięcioletniego twórcy, który dotąd ukrywał się pod kamieniem (między innymi australijskie mydlane opery)? Foster nie tylko wciela się tu w główną rolę, lecz także odpowiada za scenariusz i reżyserię, co nadaje projektowi wyraźnie autorski charakter. Ponad dwugodzinny seans zawiera kilka zbędnych wątków i zauważalne dłużyzny – jakby reżyser obawiał się, że może nie otrzymać kolejnej okazji, by wszystkie istotne dla siebie motywy i doświadczenia przedstawić na ekranie.

Jeżeli ktoś wcześniej dostrzegł talent Fostera, chylę czoła – ja sam nie miałem tego szczęścia. Dziś jestem jednak pod ogromnym wrażeniem jego pracy, w stopniu porównywalnym z tym, którego doświadczyłem, gdy po raz pierwszy zetknąłem się z filmami Scotta Adkinsa.

Fabuła Life After Fighting koncentruje się wokół Alexa Faulknera, pisząc oględnie – lokalnego przedsiębiorcy. To były zawodnik sportów walki, który w swojej karierze należał do ścisłej czołówki i otarł się o najważniejsze tytuły, zgodnie z dobrze znanym gatunkowym schematem. Obecnie, na swoim terenie, funkcjonuje jako „człowiek instytucja”: prowadzi szkołę sztuk walk i spędza w niej praktycznie cały dzień. Żyje tym miejscem. Od rana do wieczora prowadzi zajęcia dla dzieci, dorosłych, początkujących i zaawansowanych.

Tani, surowy, niedopracowany. Idealny.

W pewnym momencie pojawia się ona, zgodnie z dobrze znanym schematem. To samotna matka uwikłana w relację z przemocowym byłym partnerem. Dalej fabuła toczy się według gatunkowej sztancy. Od początku wiadomo, kto jest antagonistą, kto protagonistą, a finał można przewidzieć już po pierwszym kwadransie. Nie oczekiwałem jednak niczego więcej – i dokładnie to otrzymałem. Dynamika wydarzeń staje się czytelna właściwie po pierwszym dialogu.

Life After Fighting

Postaci nie należą do najlepiej napisanych, a fabuła opiera się na kliszach, jednak projekt emanuje autentycznym zaangażowaniem twórcy. Trudno byłoby tu zmieścić pełen katalog pochwał dotyczących przygotowania fizycznego Fostera i jego imponującego zapału. Film korzysta ze znakomitej choreografii walk – momentami spokojnej i precyzyjnej, innym razem zanurzonej w kontrolowanym chaosie – prezentowanej zarówno w ciasnych zbliżeniach, jak i szerokich kadrach, zawsze z dbałością o detal.

Mikro budżet, surowe ujęcia i lekko „telewizyjny” sznyt nie odbierają produkcji energii; przeciwnie, za każdym razem, gdy Foster szykuje się do starcia, film nabiera intensywności. Miejscami bywa bardzo brutalny. Owszem, niektóre scenariuszowe „patenty” potrafią przyprawić o ból głowy (dwóch nie przełknąłem), jednak mimo to – a może właśnie dlatego – jest to jedna z ciekawszych propozycji w obrębie współczesnego kina kopanego. Australijska, niezależna perełka gatunku.

Patryk Karwowski

Czas trwania: 126 min
Gatunek: akcja
Reżyseria: Bren Foster
Scenariusz: Bren Foster
Obsada: Bren Foster
Zdjęcia: Shane Parsons
Muzyka: Jason Fernandez