Baltasar Kormákur to dla mnie zawsze ten solidny twórca, chociaż z jego pokaźnego dorobku widziałem raptem kilka filmów. Wciąż pozostaje jednak reżyserem, który zapisał się w historii kina dość szczególnym zwrotem akcji. W 2000 roku zagrał główną rolę w filmie „Reykjavík–Rotterdam” (reżyserował Óskar Jónasson), a później nakręcił amerykański remake tego tytułu – „Kontrabandę”. To był 2012 rok, a w obsadzie znaleźli się Mark Wahlberg, Kate Beckinsale i Ben Foster. I chociaż nie był to jego debiut w USA, z pewnością stanowił dla niego przełom. Dziś ma na koncie kilkanaście filmów – lepszych, gorszych, na pewno solidnych, choć niekoniecznie takich, które zapiszą się w pamięci na dłużej.
Klasyczny schemat, który wciąż działa.
Czy „Alfa” jest inna? Ma na pewno wiele wyjątkowych cech, szczególnie atrakcyjnych dla fanów kina gatunkowego. Fabułę można streścić w jednym zdaniu: uzależniona od adrenaliny kobieta w wieku średnim, po wypadku na ścianie Trolli w Norwegii, szuka kolejnych wrażeń w Australii, podczas samotnych spływów kajakiem. Tam poznaje mężczyznę, chociaż nie pragnie tego szczególnie. Podoba mi się szybkie rozdanie kart – po pierwszych miłych rozmowach w australijskiej głuszy facet okazuje się drapieżnikiem, który lubuje się w polowaniach, szczególnie gdy na celowniku jest człowiek.
Fani zaznajomieni z nurtem ozploitation od razu wyłapią kilka kluczowych elementów, które zwrócą ich uwagę i zachęcą do seansu. Alfa powiela schemat zapoczątkowany w 1932 roku w filmie Hrabia Zarow. Polowanie na człowieka, szczególnie w Australii, to moment, w którym Kormákur kłania się kinu eksploatacji. Trzeba przecież wspomnieć Polowanie na indyki (Turkey Shoot, 1982, Brian Trenchard-Smith). Schemat jest podobny, chociaż nie tylko o polowanie tu chodzi. Wykorzystując figurę maniakalnego zabójcy, Kormákur idzie dalej (eksploatacja, mon amour) – ale tego już nie wypada zdradzać. Mogę jedynie napomknąć, że chodzi o szczególne upodobania Bena.
Charlize Theron i Taron Egerton – duet, który niesie film.
Prawdziwą siłą filmu jest jego tempo, szybkie zawiązanie akcji i dwójka głównych aktorów. Charlize Theron (jako Sasha, straumatyzowana kobieta po wypadku w Norwegii) wraca tu na stare śmieci. To przecież w Australii, pod okiem George’a Millera jako Furiosa, walczyła z drapieżcami. I nie inaczej jest tutaj – choć roślinność jest bujniejsza, a wody pod dostatkiem. Tak samo jak Furiosa, tak i Sasha musi wspiąć się na wyżyny swoich fizycznych możliwości. Tak, Theron wciąż imponuje formą.
Taron Egerton zaskakuje mnie pozytywnie raz za razem. Każdy jego występ to plus. Tym razem wciela się w filmowego świra, który jedzie trochę na autopilocie (tak ze swoim warsztatem), ale robi to w tak zwariowany sposób, że trudno tego nie docenić.
Ta dwójka ściera się w szablonie nurtu zapoczątkowanego we wspomnianej The Most Dangerous Game (oryginalny tytuł filmu z 1932 roku), powielanego w kinematografii od lat. Jeżeli jest dobrze przygotowany – jak tutaj – potrafi dostarczyć świetnych filmowych emocji.
Jest szybko, jest z napięciem i nerwem. Krajobraz dostarcza takich samych emocji jak potyczka wariata i kobiety, która chciała po prostu w samotności przeżyć swoje wewnętrzne piekło.
Gatunek: survival, akcja
Reżyseria: Baltasar Kormákur
Scenariusz: Jeremy Robbins
Obsada: Charlize Theron, Taron Egerton, Eric Bana
Muzyka: Högni Egilsson
Zdjęcia: Lawrence Sher

