Z archiwum bloga wynika, że ostatni kontakt z Marvelem miałem przy okazji Fantastycznej czwórki. Wcześniej był trzeci epizod Strażników Galaktyki. Z seriali był ten niezły Hawkey. Czyli nie pływam za często w tym jeziorze osobliwości, to pewne. Nie komentuję, nie czekam, a już na pewno nie wypatruję następnych produkcji. Czy pierwszy sezon Wonder Mana zmieni moje nastawienie do wytwórni plastiku? Nie, ale to bardzo fajny plastik z dużą domieszką materiałów ekologicznych!
Fajny, bo jest poniekąd komentarzem na własny temat i nie roztacza nad sobą tej nieznośnej bohaterszczyzny. Ona, czyli istota Marvel (superbohaterskość) jest tu wszędzie, ale nigdy w tej najbardziej jaskrawej odmianie.
Skromny, z wyczuciem. Wonder Man jako odszczepieniec.
Ambitny? Niewykluczone, bo przecież jako miniserial złożony z ośmiu epizodów jest pewną parafrazą na temat Nocnego kowboja, klasycznego filmu Johna Schlesingera. To była historia (Nocny kowboj z 1969 roku) Joe Bucka (Jon Voight) – młodego mężczyzny z prowincji marzącego o karierze żigolaka w Nowym Jorku – oraz jego przyjaźni z chorym, żyjącym na marginesie społecznym włóczęgą Ratso Rizzo (Dustin Hoffman).
Czyli wszystko się zgadza, bo w Wonder Manie bohaterem jest jeden z wielu, albo, jak w tym przypadku, ktoś, kto jednym z wielu być próbuje. To znaczy Simon Williams (Yahya Abdul-Mateen II) jest mężczyzną aspirującym do miana aktora pierwszoligowego. Zamiast żigolaka, mamy aktora.
Na razie jest w ogonie, kręci epizody, głównie stoi na korytarzach przed kolejnym castingiem. Jest więc jednym z wielu. Z drugiej strony, jednym z wielu być próbuje, bo ma tajemnicę. Ta przemyka delikatnie, nie może być przez niego ujawniona, bo ludzie nie lubią takich. Jest specjalny departament od „innych”. są klauzule, ustawy, no nie możesz po prostu się ujawnić.
Simon Williams dostaje jednak szansę, ma zagrać swojego ukochanego Wonder Mana w wysokobudżetowym filmie. Reżyserią zajmuje się Von Kovak, jakiś legendarny reżyser, którego maniera i status wyniosły go już lata temu na reżyserski piedestał. I sam fakt, że zamierza nakręcić film superbohateski jest już pewną rewolucją w filmografii Von Kovaka.
To dobry serial o przyjaźni i zaufaniu.
Zatem Simon Williams jest wyraźnie nagrzany na tę jedną jedyną szansę, a pomaga mu w tym Trevor Slattery (niezrównany Ben Kingsley), tutaj gra aktora, który zęby zjadł na teatralnych deskach, a teraz wchodzi dziarsko w hollywoodzkie sfery. Zatem Slattery jako Rizzo, albo Kingsley jako Hofman? Zestawienie się zgadza w wielu elementach, Slattery wprowadza Williamsa w ten świat, tłumaczy mu tajniki, bo przecież „swoje widział”. Ta parafraza na temat Schlesingera u mnie zadziałała, szedłem tym tropem i bawiłem się przy tym doskonale.
Nie znam marvelowskich kontekstów, gubiłem się przy postaciach. Nie za bardzo rozumiałem znaczenia Slattery’ego w marvelowskim krajobrazie. Niespecjalnie też chciałem się w to zagłębiać. Nie musiałem tego jednak robić, bo serial sam z siebie, bez znajomości tła, znaczeń i komiksów przede wszystkim, dostarczył porządnej rozrywki.
Jest przekomiczny, autoironiczny i opowiada historię fajnej przyjaźni. Dwójka wyrzutków w basenie pełnym rekinów. Minimum Marvela przy maksimum aktorstwa, historii, świeżości. Urzeka skromnością. Podobało mi się.
Twórca: Andrew Guest
Gatunek: dramat
Reżyseria: Destin Daniel Cretton, James Ponsoldt, Tiffany Johnson, Stella Meghie
Scenariusz: Andrew Guest, Paul Welsh, Madeline Walter, Zeke Nicholson, Anayat Fakhraie, Julia Lerman, Roja Gashtili, Kira Talise
Obsada: Yahya Abdul-Mateen II, X Mayo, Zlatko Burić, Ben Kingsley, Arian Moayed, Joe Pantoliano
Zdjęcia: Brett Pawlak, Armando Salas
Muzyka: Joel P. West

