Zostańmy zatem przy oryginalnym tytule. Warlock (z podtytułem Armageddon), czyli Czarnoksiężnik, powrócił w 1993 roku. Projekt porzucił doświadczony reżyser Steve Miner, a jego miejsce zajął Anthony Hickox.
Fani kina grozy zapewne zgodnie przyznają, że początki kariery Hickoxa były całkiem obiecujące. Zadebiutował Gabinetem figur woskowych w 1988 roku, a następnie odniósł sukces dzięki Hellraiser 3: Piekło na ziemi. Kiedy przyszła pora na drugą część Warlocka, film ten – moim zdaniem – ujawnił już wyraźnie kierunek, w jakim zmierzała twórcza droga Hickoxa. Niestety, w kierunku niekorzystnym. Owszem, zdarzały się jeszcze pojedyncze przebłyski, lecz były to produkcje, które w epoce VHS dostarczały jedynie umiarkowanej rozrywki, jak choćby Pełne zaćmienie z Mario Van Peeblesem i Patsy Kensit. Wciąż były to jednak filmy co najwyżej poprawne.
Spotkaliśmy się tu jednak nie po to, aby analizować karierę reżysera trzeciej części Hellraisera, lecz przede wszystkim po to, by zastanowić się, co poszło dobrze, a co nie w drugiej odsłonie Czarnoksiężnika, znanego również Warlockiem.
Warlock 2 z oceną niezłą, głównie ze względu na Sandsa.
Więcej makabreski, więcej mocnych scen. Cóż z tego, skoro zniknął gdzieś urok.
Jest więc Sands jako naturalny lider, są doświadczeni specjaliści, jest reżyser, który wciąż próbuje być postrzegany jako twórca solidny. Są również znakomite pomysły, ponieważ o ile pierwsza część stanowiła doskonały przykład filmu umiejętnie łączącego mainstream z pulpową estetyką – z elementami gotyku, echem Terminatora i naprawdę świetnym tempem – o tyle druga odsłona wyraźniej skręca w stronę dzikiej makabreski. To kierunek obiecujący, pod warunkiem że zostanie właściwie zespolony z całością. Trudno zapomnieć sceny, w których Warlock zdziera płat skóry z kobiety, by ta posłużyła mu za mapę. Albo moment skalpowania podczas jazdy samochodem. Albo sekwencję przyspieszonej ciąży, w której dziewięć miesięcy zostaje skompresowanych do minuty, prowadząc do narodzin jego – najpiękniejszego z pięknych. I jest też ona, choćby na pięć minut, ale jednak obecna: nasza Joasia (Pacuła).
Niestety, wszystkie te udane motywy, elementy i wątki, które scenarzyści próbują nam sprzedać (Warlock przemierza współczesność, usiłując zebrać magiczne kamienie dające mu absolutną władzę), zostają skutecznie ściągnięte w dół przez dwójkę młodych aktorów. Nie ma sensu poświęcać im tu więcej miejsca. Faktem jest, że para protagonistów, mających stanąć naprzeciw Warlocka, okazuje się w swojej grze zwyczajnie nieznośna. Ich aktorstwo jest słabe, to prawda, ale dialogi, które im powierzono, również nie pomagają utrzymać filmu powyżej poziomu przeciętności.
Z dobrego serca – i z miłości do Sandsa – jestem w stanie zawyżyć ocenę do poziomu filmu niezłego, który miał potencjał, by kontynuować coś naprawdę wartościowego.
Gatunek: horror
Reżyseria: Anthony Hickox
Scenariusz: Kevin Rock
Obsada: Julian Sands, Chris Young, Paula Marshall, Joanna Pacula
Muzyka: Mark McKenzie
Zdjęcia: Gerry Lively

