Boston, 1691 rok. Okrutny czarnoksiężnik jest złapany (zapewne po raz kolejny) przez Redferne’a, łowcę czarownic. Zostały przedsięwzięte wszystkie środki ostrożności, o świcie to okrutne wcielenie zła ma zostać powieszone i spalone nad skrzynią z żywymi kotami. Są jednak siły większe niż te reprezentowane przez łowcę i jemu podobnych. Szatan pochyla swoje dobrotliwe lico nad czarnoksiężnikiem. Temu udaje się spowodować wyładowania atmosferyczne (czary!) i ucieka przez portal do czasów współczesnych, a Redferne rusza za nim w pościg.
Boisz się, że Warlock z 1989 roku trąci myszką? Nic bardziej mylnego, działa doskonale. To czysty i bezpretensjonalny horror‑fantasy. Konstrukcja jest bardzo prosta, ale skuteczna: pościg w czasie, wyrazisty antagonista, klarowny cel.
Czarnoksiężnik czyli Warlock, film który otarł się o status kultowy.
Film powstawał w momencie, gdy kino grozy było już trochę zmęczone własnymi pomysłami. Końcówka lat osiemdziesiątych tonęła w efektach, pastiszu i seryjnych sequelach, a Steve Miner – reżyser, który wcześniej pracował przy Piątku 13‑go (reżyserował drugą i trzecią część) podjął decyzję zaskakująco zachowawczą: zamiast pompować widowisko, postawił na rzemiosło. Julian Sands gra tytułowego czarnoksiężnika z chłodną elegancją – jego postać jest na wskroś nieludzka (totalny moment, gdy pije skondensowany tłuszcz z wcześniej oprawionego dziecka, to mikstura na latanie), ale nie przerysowana. Natomiast Richard E. Grant, jako łowca z XVII wieku, wnosi szorstkość i determinację. Swoistym równoważnikiem, ale też świetnym akcentem jest postać Kassandry (Lori Singer), która znalazła się między młotem, a kowadłem. Singer wnosi energię i humor. Są i świetne patenty na podkręcanie tempa. Kassandra staje się ofiarą okrutnego zaklęcia i zaczyna się starzeć w tempie 20 lat co 24 godziny, zatem dochodzi ten nerwowy element i czarnoksiężnika trzeba szybko dopaść.
Julian Sands i Richard E. Grant, casting doskonały.
Jasne, można w mig znaleźć tu porównania do Terminatora Jamesa Camerona. Jest podróż w czasie, jest T-800 (tutaj jako tytułowy czarnoksiężnik), jest i sierżant Kyle Reese (czyli łowca czarownic). Czy to jakaś ujma dla twórców? Żadna. Oczywiście można tylko żałować, że główny zamysł Davida Twohy’ego, scenarzysty, by czarnoksiężnik był tą pozytywną postacią, umarł śmiercią naturalną. Miała to być postać prześladowana, która po dotarciu do czasów współczesnych doświadcza tego samego, co w XVII w.
Zatem oglądajcie spokojnie Warlocka. Praktyczne efekty specjalne, czasem toporne – działają dlatego, że nie próbują imponować. Groza wynika z prostych zabiegów: zderzenia epok, kontrastu charakterów, kilku mocnych wizualnych pomysłów. Miner natomiast zna się na rzeczy, to fachowiec. Nie buduje atmosfery przez stylizację, lecz przez rytm. Krótkie ujęcia, szybkie przejścia, brak ozdobników. Dużo atrakcji i cudowny Sands, który odnalazł się doskonale w roli szalonego czarnoksiężnika.
Jasne, w szerszej perspektywie Warlock przypomina filmy, które powstają na marginesie wielkich trendów, ale dzięki temu zachował autorski ton. To film, który istnieje w swojej własnej, skromnej przestrzeni: między horrorem a przygodą, między powagą a pulpą.
Czas trwania: 103 min
Gatunek: horror, fantasy
Reżyseria: Steve Miner
Scenariusz: David Twohy
Obsada: Julian Sands, Lori Singer, Richard E. Grant
Muzyka: Jerry Goldsmith
Zdjęcia: David Eggby

