Na poły wyciągnięte ze średniowiecznego okresu, na poły z własnego autorskiego uniwersum fantasy. Haerelands okazał się dla mnie przede wszystkim sporą niespodzianką. Do ilustracji musiałem się przez chwilę przyzwyczaić, treść pięknie się we mnie rozlała od początku. Haerelands to trzy opowieści. Traktuję dwie pierwsze jako rozgrzewkę przed trzecią. Ale moi drodzy, jaka to jest rozgrzewka, iście olimpijska!
Ocenić te trzy części? Bardzo proszę. Trzecia, Lód, jest doskonała. Pierwsza (Dla najlepszego) i druga (Wieża) to te niezłe. Średnią albumu łatwo więc wyciągnąć. Co ciekawe, mam wrażenie, że Wojciech Odroń najbardziej rozwija skrzydła jako ilustrator w epizodzie Lód. Jest tam więcej szczegółów w tle, ilustracje mają więcej detali. Zaraz jednak o tym.
Przemyślane historie, kompletne opowieści. I chcemy więcej!
Czym jest dokładnie Haerelands? Lubię porównywać, więc Haerelands przypomniał mi inny polski komiks, mianowicie Opowieści minione (scenariusz i rysunki Marek Kopiec). Tam też, w tym nieco refleksyjnym tonie, przy zachowaniu średniowiecznych prawideł, dostaliśmy wgląd w kilka fantastycznych czarnohumorzastych (w moim odczuciu) historyjek. Albo ten wspaniały Lux in tenebris Sławomira Zajączkowskiego i Huberta Czajkowskiego. Też podobny przypadek.
Zatem Haerelands to kolejna polska pozycja z nurtu, który w swoim nawiasie trzyma i średniowiecze i fantasy. I nie ma tu tylko mowy, że „dobre, bo polskie”. Tutaj artyści znad Wisły nie dostają fory za miejsce urodzenia. Haerelands broni się sam. Rozgrzewkowy Dla najlepszego to historia o bratobójczej walce. Delikatne napomknięcie tam o Siódmej pieczęci Bergmana to kuksaniec autora, będzie coś na rzeczy. W drugiej fabule przenosimy się w orientalne klimaty, dużo tam surrealizmu, halucynacji. Teoretycznie powinien najmocniej mnie trafić. Pomysł jest oczywiście świetny, motyw spójny i uczciwie rozegrany. To też ta najbardziej intrygująca część z kreacją świata na pograniczu snu i jawy. A może tylko z krainy snu?
Haerelands wypada tylko pochwalić. Dobra robota!
No i crème de la crème, czyli Lód. Z mocnym lodowatym lovecraftowskim oddechem na karku. I to się czyta, to intryguje! Załoga statku utknęła na lodzie, woje nie mogą sobie poradzić z wydobyciem łajby poza lodowe kry. Coś się szykuje. Tutaj też Wojciech Odroń daje najwięcej z siebie, takie odniosłem wrażenie. Kajuta kapitańska z dużą ilością przedmiotów, kreska jakby bardziej dokładna, świetne większe ilustracje. Mój ulubiony fragment to ten z łajbą i morską (oceaniczną?) fauną. Przepiękny motyw na duży przedruk, który mógłby ozdobić mieszkanie zaaranżowane w marynistycznym duchu.
To nie jest jednak styl, który trafi w każdego czytelnika. To jasne. Wydaje mi się, że świat przedstawiony (tak za sprawą charakteru rysunku, jak i przy przedstawieniu samych historii) jest hermetyczny, lecz nie zamknięty. Odroń jest jakby w napięciu pomiędzy surowością, a detalem.
Haerelands rzeczywiście pozytywnie zaskakuje. Jest świadomy, przemyślany, puszcza oko do czytelnika („…mogłem słuchać starego Melville’a…”). Kończymy album z apetytem na więcej, a to przecież najlepiej świadczy o komiksie.
Rysunki: Wojciech Odroń
Scenariusz: Wojciech Odroń, Jachu Kaczmarczyk
Redakcja: Anna Minkina
Korekta: Barbara Śliwicka
Opracowanie graficzne: Jarosław Składanek
Ilość stron: 88
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Format: 210 x 297 mm
KOMIKS UDOSTĘPNIONY PRZEZ WYDAWCĘ. ZNAJDZIESZ GO NA PÓŁKACH

