He-Man i Władcy Wszechświata #01: Miecz skaz

Naprawdę chciałbym ten tekst zacząć od słów: „Znowu mam 12 lat i znowu z wypiekami na twarzy oglądam wielkiego blondyna, który nie oszczędza się na treningu nóg, podnosi miecz ku gwiazdom, intonując potężne słowa: Na potęgę Posępnego Czerepu!”. Cóż, już nigdy nie będę miał 12 lat, a He-Man i Władcy Wszechświata #01: Miecz skaz tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu.

I naprawdę nie wiem, do czego tu doszło, bo po prawdzie to, co proponuje Tim Seeley w scenariuszu, a Freddie E. Williams II w warstwie graficznej, ciężko ogarnąć. Powinienem pewnie napisać, że to najlepszy komiks dla prawdziwego fana He-Mana. Ale kim jest prawdziwy fan He-Mana? Czy w ogóle można mówić o jakimś fanklubie tej postaci w Polsce? Wszyscy znamy ją przecież z czasów dzieciństwa, z animowanej bajki emitowanej w telewizji mniej więcej w tym samym okresie co GI Joe (zatem lepiej będzie, żebym i na ten komiks się nie skusił). No tak, jest jeszcze film z Dolphem Lundgrenem i o ile pamiętam go jako niezły, to najlepszą decyzją (dla mnie i dla filmu) będzie go nie odświeżać.

He-Man i Władcy Wszechświata #01: Miecz skazHe-Man wrócił bez kompleksów, ale ja nie potrafiłem odnaleźć się w jego świecie.

Tak, He-Man i Władcy Wszechświata z pewnością nie jest przeznaczony dla mnie. Nie mogłem odnaleźć się ani w wydarzeniach (zostaje znaleziony drugi miecz, na który chrapkę ma Szkieletor), ani w rysunkach, które, po prawdzie, miejscami są bardzo brzydkie. Komiks ratują trochę kolory Andrew Dalhouse’a i fajnie byłoby przepuścić plansze przez plotery drukujące, ot tak, żeby sprawdzić, jak poradzą sobie przy takim natężeniu barw.

Zaczynając jednak od samego świata i bohaterów, muszę parę spraw wyjaśnić. Wszystkie wydarzenia rozgrywają się w Eternii. To uniwersum, którego najbardziej rozpoznawalne obrazy powstały nie w komiksie, lecz na styku linii zabawek, animacji telewizyjnej i kultury dzieciństwa lat osiemdziesiątych.

Eternia wciąż tętni kolorami, ale mnie zostawiła całkowicie obojętnym.

Od początku zostajemy wrzuceni w konwencję superhero, więc to kolejny szkopuł dla mnie, czytelnika, który raczej ucieka od takiego schematu. Napiszę jednak uczciwie, że jest to powrót do „czystego” He-Mana, pozbawionego wsparcia obcych franczyz. Paradoksalnie brak większych ambicji może dla wielu odbiorców okazać się największą zaletą albumu i pierwszego zeszytu. Seeley zdaje sobie sprawę, że ten świat działa dlatego, iż przypomina sen dziecka. Technologia sąsiaduje z magią. Barbarzyńcy spotykają kosmiczne maszyny. Zamki wyrastają z prehistorycznych krajobrazów.

I znowu, wszystko się zgadza, ale to już nie mój świat, nawet pomimo pełnego zrozumienia tej konwencji. Podobnie jest z ilustracjami. Pęcznieją od kolorów, postaci wyciętych i wstawionych na agresywne, jaskrawe tła. Freddie E. Williams II stawia na przesadę, krzykliwą ekspresję i nieustanny ruch, co dla wielu odbiorców będzie zaletą, ale mnie prowadzi do wizualnego przesytu.

Kadry bywają przeładowane detalami, kolorystyka jest rzeczywiście agresywna, a całość momentami bardziej przypomina współczesny komiks superbohaterski niż epickie fantasy. Przyznaję, że oczekuję od komiksu czegoś więcej niż wyłącznie hałaśliwej atrakcji.

Patryk Karwowski

Rysunki: Freddie E. Williams II
Scenariusz: Tim Seeley
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Korekta: Hanna Antos
Redakcja wydania polskiego: Krzysztof Ostrowski
Ilość stron: 112
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Nagle! Comics
Format: 170 x 260 mm

KOMIKS UDOSTĘPNIONY PRZEZ WYDAWCĘ. ZNAJDZIESZ GO NA PÓŁKACH

Nagle Comics