Po dekadzie spędzonej w przestrzeni franczyz Adam Wingard wrócił do kina, które kiedyś zbudowało jego pozycję. Do kina szybkiego i brutalnego. Kina opartego na prostych impulsach. Eliminacja nie wygląda jak projekt wymyślony przez producentów. Sprawia raczej wrażenie filmu zrodzonego z twórczego przesytu, będącego reakcją na lata pracy w cudzych światach.
Pamiętasz ten moment, kiedy oglądałeś w 2014 roku Gościa? Wiem, że Adam Wingard miał już wcześniej powszechnie lubiany horror Następny jesteś ty, ale naprawdę głośno wśród entuzjastów kina gatunkowego zrobiło się o nim właśnie wtedy. A przecież Gość wcale nie był przełomem w historii kina. Jednak o takich filmach rozmawia się trochę inaczej. Gatunek, owszem, ale zawsze przy okazji rozmów zakulisowych i poza akapitami spływającymi potokiem słów wyjętych wprost ze słowników filmoznawczych – najuczciwszym podsumowaniem pozostaje jedno soczyste „zajebisty”. Bo Gość był zajebisty. Tak jak zajebista jest Eliminacja.
To zwrot w stronę sprawdzonego kina oblężenia. A ten schemat działa od dekad. Wykorzystywał go John Carpenter w Ataku na posterunek 13. Widzieliśmy go we Wstrząsach Rona Underwooda czy w Maximum Overdrive Stephena Kinga.
Wingard wraca do kina, które dało mu status jednego z najciekawszych twórców współczesnego gatunku.
Z premedytacją wymieniłem trzy zupełnie różne filmy, mieszczące się wprawdzie w gatunkowych ramach, ale połączone wspólnym mianownikiem. Tym mianownikiem jest oblężenie. Zło próbujące wybić ludzi uwięzionych w środku. Eliminacja funkcjonuje na podobnej zasadzie, choć droga do kulminacji wygląda inaczej. Dopiero finał wyraźnie przywołuje te skojarzenia. Oni na zewnątrz. Główna bohaterka, koniecznie z córką, oraz grupa sympatycznych postaci, tych klasycznych „do rany przyłóż”, wewnątrz.
To krwawa neoeksploatacja. Rzeczywisty powrót do źródeł. Daleki od lukrowanego przekazu, w który Wingard ostatnio sam się uwikłał. To również film, którego nie zdzierżą przeciwnicy bezceremonialnej przemocy na ekranie. Właśnie wokół przemocy, agresji i często niezrozumiałego okrucieństwa rozgrywa się większość wydarzeń.
Zmutowani żołnierze, tajne eksperymenty i oblężenie.
Dlatego Eliminacja nie jest próbą wynalezienia kina akcji od nowa. Jej ambicje leżą gdzie indziej. Film, podobnie jak sam Wingard, chce przypomnieć, czym była kiedyś czysta przyjemność obcowania z gatunkiem. Radość płynąca nie z nostalgii, lecz z intensywności.
W centrum opowieści znajduje się Celeste, bohaterka grana przez Adrię Arjonę. To jedna z największych zalet filmu. Arjona nie buduje swojej postaci na widowiskowych gestach. Jej ekranowa obecność wynika z fizyczności oraz z przekonania, że ta kobieta rzeczywiście potrafi przetrwać. W kinie pełnym superbohaterów brzmi to niemal staroświecko. Jej pozornie zwyczajne życie zostaje przerwane, gdy z tajnego wojskowego ośrodka wydostaje się grupa eksperymentalnych superżołnierzy stworzonych w ramach niejawnego programu zbrojeniowego. Czego tu nie lubić?
Jasne, to radocha wynikająca z czystej filmowej eksploatacji. I jest tej eksploatacji sporo – naziści, tajne laboratoria, eksperymenty, montaż i ujęcia przypominające kadrowanie komiksowych plansz. Ale jeśli chciałbyś poszukać bardziej nośnego motywu przewodniego, służę pomocą. Bo prawda jest taka, że Eliminacja opowiada o przemocy, która dawno straciła cel. O machinie stworzonej wyłącznie po to, by produkować kolejne akty zniszczenia. To bardzo współczesna perspektywa. Obraz świata, który sam wyhodował własne potwory.
Czas trwania: 92 min
Gatunek: akcja
Reżyseria: Adam Wingard
Scenariusz: Simon Barrett
Obsada: Adria Arjona, Dan Stevens, Eric Wareheim, Reginald VelJohnson, Michael Biehn, Alex Pereira, Drew Starkey, Rebecca Hall
Zdjęcia: Oren Soffer
Muzyka: Matt Pusti

