Film wojenny bez wojny. Czyżby? Tutaj wojna jest wszędzie, choć najwięcej jest jej w głowach. Młodzi rekruci są przygotowywani w obozie szkoleniowym do wojny, trenują, ćwiczą, jak zabijać, uczą się, jak przetrwać. Mają w kolejnej turze polecieć, popłynąć, jakkolwiek dostać się do Wietnamu. Tigerland to ich ostatni przystanek – ekstremalne przygotowanie do walki na terenie Fort Polk w Luizjanie.
Nie każdy nadaje się do wojska, to pewne. W sytuacjach, gdy brakuje rekrutów, armia nie wybrzydza. Zaniżone są progi, a na front trafiają ludzie nieobliczalni, niedojrzali. Nie chodzi nawet o przygotowanie fizyczne – tutaj zawsze coś da się ulepić. Inaczej jest jednak z głowami rekrutów. Psychika siada, pojawiają się przypadki, które powinny być trzymane jak najdalej od frontu, a tym bardziej od broni. I o tym też jest Kraina tygrysów. To brutalne spojrzenie na obóz rekrutacyjny, w którym nie tyle robi się odsiew, co raczej przeciąga się młodych ludzi przez ciąg szkoleń. Będą żołnierzami, będą w stanie wycelować broń i nacisnąć spust. Cóż z tego, skoro przy jednej ekstremalnej sytuacji pękną, skierują broń na swoich albo rozwalą sobie łeb o ścianę w przypływie złości.
Środkowy palec w kierunku armii.
Zdecydowanie za długo odkładałem ten seans. Joel Schumacher nie jest moim ulubionym reżyserem, raczej tym rzetelnym twórcą z niezwykłym szczęściem do aktorów. Tak zawsze o nim myślałem: kręci niezłe i dobre filmy, ale obsadę zawsze uzbiera wybitną. Dość wspomnieć Ognie św. Elma, Linię życia czy Batman Forever. U Schumachera zawsze mieniło się od gwiazd. Trochę inaczej jest w Krainie tygrysów – są świetne nazwiska, ale głównie na drugim planie (jak Shea Whigham, czy Michael Shannon). Jednak główną postacią, czarnym koniem tej produkcji, jest niezrównany Colin Farrell. To, co Farrell robi tutaj ze swoją postacią rekruta Rolanda Bozza, jest niebywałe.
Szeregowy Bozz – utrapienie każdego dowódcy.
Można o nim napisać spory esej. Jest zakałą każdej kompanii, a jednocześnie najbardziej bystrym, żywiołowym, choć wciąż nieznośnym przykładem bezczelnego, stawiającego się faceta, którego można by karcić, tłamsić, wdeptywać w ziemię, a on na końcu i tak wystawi środkowy palec. Nie ma już sensu wstawiać go do karceru, sądy nic nie dadzą. Bozz zna paragrafy, widzi, że ta wojskowa konstrukcja to kolos na glinianych nogach, zdaje sobie sprawę, że większość jest tu przez przypadek. Rozumie, że armia nagina zasady i wciela do wojska ludzi, którzy nie powinni się tu znaleźć.
Brutalny, surowy, zupełnie bezpardonowo o przemielonych przez obóz szkoleniowy.
W końcu Bozz pomaga tym kilku żołnierzom, którzy opuszczają mury fortu i wracają do domu. Ale nie to jest kwintesencją filmu. Bozz jest złym nasieniem, ale z drugiej strony spaja w jakiś sposób tę tkankę. Jedni go nienawidzą, drudzy kochają. To ekstremalne stany, ale tylko w taki sposób można na niego reagować. Farrell doskonale oddał niespokojnego ducha mężczyzny, który został powołany do armii, ale chce to przeżyć na własnych zasadach – ucieka i wraca, by pomóc tym, którzy sami nie dają sobie tutaj rady. Niezwykła postać, prawdziwy maverick.
A film? Przejmujący, trafił mnie mocno, cenię sobie pewne novum, które tutaj dostrzegłem przy okazji kina Schumachera. Reżyser kręci przeważnie bezpieczne filmy, takie które podobają się widzom i krytykom, ale są przeważnie montowane dość klasycznie i raczej bez rewolucji w postprodukcji. Kraina tygrysów jest inna – wciąż podoba się widzom i krytykom, to film doceniony. Jednak jest tu rzeczywiście coś jeszcze. Schumacher zdecydował się na inne środki formalne (inne niż dotychczas). Nakręcił film blisko ludzi, a Matthew Libatique wydobywa esencję grozy z tego miejsca. Ze swoją kamerą jest tak blisko dramatu, jak to możliwe. Dodatkowo mamy tu przykład obrazu mocno ziarnistego, czasem nawet zahaczającego o nagrania amatorskiego wideo. Obraz jest bardzo surowy, pozbawiony miękkości, sztucznego światła, z charakterną postprodukcją (takie odniosłem wrażenie). Oczywiście wszystko to ma spotęgować nastrój czegoś bardzo chłodnego i ciemnego, bardzo przyziemnego, brutalnego i odczłowieczonego – jak właśnie ten czas w obozie szkoleniowym.
Niezwykły film o przyjaźniach, tych największych, bo zawiązanych w wojsku, w koszarach. Gdy rodzi się niezrozumienie dla własnych słabości, gdy człowiek nie sprzeda drugiego człowieka i w pełni rozumie jego słabe strony, siedzi cicho i nie ma zamiaru o nich dyskutować – tylko wspierać, podać pomocną dłoń i jakoś przepchnąć przez tę kolejną przeszkodę. To zawsze się opłaci, bo żołnierze są w tym razem. Rozumie to Bozz, rozumie większość. Nieliczni, ci którzy jakoś przeszli przez testy psychologiczne oddając puste kartki, też przetrwają – to te zapalniki, dynamity z krótkimi lontami. Nie powinni być żołnierzami. O nich też jest Kraina tygrysów. Wspaniały film.
Gatunek: dramat, wojenny
Reżyseria: Joel Schumacher
Scenariusz: Ross Klavan, Michael McGruther
Obsada: Colin Farrell, Matthew Davis, Shea Whigham, Clifton Collins Jr., Russell Richardson, Thomas Guiry, Cole Hauser
Muzyka: Nathan Larson
Zdjęcia: Matthew Libatique

