Pozornie jest tutaj bardzo łatwo wskazać antagonistów, protagonistów, ich motywacje. Możemy też łatwo ukierunkować nasze uczucia, bo przecież jest ten dobry złodziej, zły złodziej, jest chaos, porządek. Uczucia widza nie lawirują, teoretycznie (wciąż) idziemy po wątkach pchani sympatią lub antypatią – dokładnie tak, jak wskazuje na to wierzchnia część fabuły.
Ale warto zerwać tę pierwszą warstwę, później drugą i dobrać się do farszu tego esencjonalnego miejskiego thrillera dreszczowca. Okaże się, że każdy miły, sympatyczny, niemiły bohater lub antybohater, wszyscy wyszli z jednego miejsca. Dla mnie Crime 101, który jest adaptacją prozy Dona Winslowa, to opowieść o Los Angeles.
To Miasto Aniołów stanowi tu punkt zaczepienia. I tu nie chodzi tylko o to, że metropolia jest miejscem akcji. Tu chodzi o to, że Los Angeles najpierw przeżuło, a później wypluło te postaci. Są w różnym stanie i różnie reagują na to, co miasto im zrobiło. Muszą przetrwać, dlatego szarpią, gryzą, odwdzięczają się za wszystko, co im miasto, środowisko lub ulica dała. Najczęściej nie dostali nic, poza skorupą. Dostali narzędzia, umiejętności nabyli sami, z obserwacji, z własnego doświadczenia, na pewno nie ze szkoły.
Miasto Aniołów jako źródło cierpienia.
Są tacy, jakimi stworzyło ich Los Angeles, To opowieść o owocach tego miasta.
Zatem przyjrzyjmy się im. Mike (Chris Hemsworth) jest typem złodzieja dóbr ekskluzywnych, trochę jak Thomas Crown, chociaż Mike twierdzi że tego filmu nie kojarzy. Tak, w pewnym momencie, jeden z kluczowych dialogów schodzi na Steve’a McQueena. Jemu bliżej do Bullita, ale najbliżej to raczej do Neila McCauley’a z Gorączki. Najbliżej, ale nie jest dokładnie tym opanowanym Neilem. Wynajmuje po prawdzie te sterylne mieszkania, cechuje go dyscyplina, dokładnie opracowany plan, ale jest też typem neurotycznym, nie stosuje przemocy. Potrafi też odpuścić, ma problem z relacjami. Tak, dużo go łączy z postacią graną przez Roberta De Niro. Znajdziemy jeszcze kilka wspólnych wątków. Jest Nick Nolte, który jako Money potrafi zadbać o kilka spraw związanych z napadami (w Gorączce był to Nate, czyli Jon Voight). Policjant w Crime 101 nie jest takim wariatem jak Vincent Hanna, ale Det. Lou Lubesnick, czyli Mark Ruffalo też potrafi się na Mieście Aniołów odegrać. Jest dobrym gliniarzem, ma nos, jest uparty. No i zły złodziej, pięknie szarżujący Barry Keoghan, który gra najlepszego Keoghana, czyli takiego którego ja na ekranie uwielbiam z tym psychotycznym niepokojącym spojrzeniem. Jest świetny.
Dobry thriller, niezły dramat, świetny Keoghan.
Crime 101 jest więc o napadach, złodziejach, policjantach, niepewnych uczuciach, ale nie tylko. Motyw „odbijania sobie” na mieście, systemie, jest tu wiodący. W grę zostaje uwikłana agentka ubezpieczeniowa (Halle Berry). I ona, samotna w metropolii, kocha to miasto i nienawidzi.
To dobry film, chociaż mam problem z angażem Hemswortha. Nie pasuje w mojej ocenie do takiej roli, jest przecież tym typem zwycięzcy, pewnym siebie mężczyzną. Jest, moim zdaniem, za idealny. Niestety, taka filmowa opowieść powinna być szorstka od początku do końca. Nie czytałem powieści, ale wnoszę że to ten rodzaj brudnej literatury, twardego kryminału z twardymi ludźmi. Hemsworth jest zbyt gładki do takiego świata. Nadrabia spojrzeniem, ale facjata wycięta z modowego żurnala na pewno nie pomaga.
Zatem to bardzo udany film, sprawny, ma punkty styczne z moim ulubionym kinem policyjnym, więc u mnie to zawsze podwyższa ocenę. Są świetne pościgi, miasto sfilmowane jak z najlepszych miejskich thrillerów, drapacze chmur są monumentalne, a ludzie mali. Jak nie będą brutalni, nie przetrwają, o tym jest film.
Gatunek: thriller
Reżyseria: Bart Layton
Scenariusz: Bart Layton
Obsada: Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Barry Keoghan, Monica Barbaro, Corey Hawkins, Jennifer Jason Leigh, Nick Nolte, Halle Berry
Muzyka: Blanck Mass
Zdjęcia: Erik Wilson


