Baryton

Tytułowy baryton jest jak człowiek instytucja. Pod swoimi skrzydłami trzyma całą gwardię lizusów. Karmieni na jego piersi de facto stali się częścią jego krwioobiegu. Baryton przegapił ten moment, gdy sekretarz, rodzina, kolejne żony, jego prawa ręka, kierowca, manikiurzystka, kierownicy i dyrektorzy tej całej barytonowej organizacji zaczęli nim manipulować, sprawcą całego zamieszania.

Antonio Taviatini (Zbigniew Zapasiewicz) bez wątpienia ma głos, ale jest też człowiekiem próżnym, ślepym, przesadnie pewnym swojej pozycji. A ta jego pozycja jest w rzeczy samej bardzo wątpliwa. Nie, nie jest kolosem na glinianych nogach, ale rzeczywiście zdaje się nie zauważać ilu ludzi wokół niego spiskuje, notuje, podpatruje, a przede wszystkim plotkuje. O czym? Każdy ma jakiś interes, każdy chce być bliżej serca i głosu Taviatiniego. A on, baryton, zaraz wszystko straci. Nie ma głosu, nie ma instytucji.

Baryton to film, który wymyka się prostym klasyfikacjom. Pozornie prosty, lecz w istocie wielowarstwowy. Jego siła tkwi w aktorach, w precyzyjnie budowanej atmosferze i w subtelnym komentarzu na temat relacji między sztuką, a władzą.

Baryton 1984 - recenzjaGłos jak dzwon, a w sercu pusto.

Twórcy zebrali wspaniałą obsadę. Zapasiewicz jako tytułowy baryton to bohater, który jest jednocześnie wielki i kruchy. Władczy, lecz zależny. Zapasiewicz tworzy postać, która żyje w napięciu między legendą a realnością. Drugą pierwszoplanową postacią jest tu sekretarz Artur Netz, czyli wspaniały Piotr Fronczewski. Pisze się czasem, że ktoś ma asa w rękawie, ale Netz ma przynajmniej kilka asów na każdy rękaw. Tam kompromitujące zdjęcia, tu jakaś istotna plotka, dyryguje z drugiego rzędu, szara eminencja tej instytucji. Chciałby zostać dyrektorem przyszłej budowanej wielkiej opery. Trzeba będzie ściąć po drodze kilka głów, trudno. Netz jest na to gotowy. Bohaterzy drugoplanowi są niemniej ważni. Zobaczymy tam Jana Englerta, Kalinę Jędrusik, Marcina Trońskiego (doskonały niemy Leonardo, ochroniarz, prawa i lewa ręka). Jest i Andrzej Zaorski jako brat Antonio Taviatiniego.

To bardzo uniwersalny film. Działa trochę jak thriller z akcją osadzona w jednym miejscu, luksusowym hotelu. Nie ma trupa w sensie dosłownym, ale jeżeli chodzi o metaforę, to trupów jest całkiem sporo. Zaorski opowiada o mechanizmach, które nie przynależą do jednej epoki. Opowiada o tym, jak łatwo talent staje się walutą. Jak szybko artysta może zostać sprowadzony do roli produktu. Zaorski nie moralizuje, obserwuje. I ta obserwacja jest chłodna, niemal kliniczna.

Baryton to opowieść o złudnej władzy i manipulacji.

Drugie dno filmu dotyczy także relacji między sztuką, a władzą symboliczną. Taviatini otacza się ludźmi o wątpliwej moralności. Nie dlatego, że ich potrzebuje. Dlatego, że nie potrafi ich odrzucić. Jego świat jest światem zależności.

Dla mnie ciekawym wątkiem jest ten pochodzący z nazistowskich Niemiec. Akcja filmu rozgrywa się w 1933 roku. Za chwilę kanclerzem ma zostać Adolf Hitler. Kilka razy ten wątek jest wspomniany, baryton sam twierdzi, że „ten Hitler nie może być taki zły”. Te echa docierają więc i tutaj, do Barytonu.

Baryton 1984 - recenzja

Nie jestem pewny czy dobrze odczytuję ten motyw, ale mam wrażenie, że przez swój scenariusz Feliks Falk chciał do tego dotrzeć, pokazał kontrolę nad głosem, który jest w stanie zaczarować tłum. Baryton wychodzi i śpiewa swoje (to moment wielkiego oszustwa, znamienny dla filmowego przesłania), owszem, wierzy w to i jednocześnie ciągnie za sobą całą podczepioną moralną zgniliznę. Nikt nie śmie oponować, przecież pod skrzydłami jest najbezpieczniej, najcieplej. Dobry mocny film.

Patryk Karwowski
Czas trwania: 95 min
Gatunek: dramat
Reżyseria: Janusz Zaorski
Scenariusz: Feliks Falk
Obsada: Zbigniew Zapasiewicz, Piotr Fronczewski, Zofia Saretok, Janusz Bylczyński, Marcin Troński
Muzyka: Jerzy Satanowski
Zdjęcia: Witold Adamek