Bardzo intymny, blisko człowieka, a dopiero później artysty. Springsteen: Ocal mnie od nicości to opowieść o wychodzeniu z ciemności i o podawaniu (w samą porę, w ostatniej chwili) ręki drugiemu człowiekowi.
To nie jest stricte filmowa biografia, a raczej wgląd w jeden życiowy epizod – historia o zburzeniu ścian wokół siebie. I niemal o zburzeniu ścian w ostatnim momencie, bo te już zaczęły naciskać tak mocno, że człowiekowi brakowało miejsca. Za nim, z drugiej strony, już tylko krawędź i nicość. Krok do tyłu i spadasz i lecisz.
Ocal mnie od nicości, albo zaglądanie do duszy.
Odbieram ten seans bardzo osobiście, niekoniecznie ze względu na muzykę i niekoniecznie ze względu na samą osobę muzyka giganta. Uporządkowanie spraw, odnalezienie kluczyka do zdjęcia kajdan przeszłości, zerwanie tych starych sznurów które od dziecka oplatają krtań i nie pozwalają być do końca sobą. Dla Springsteena czas, o którym opowiada reżyser Scott Cooper był przełomowy, prawdopodobnie najważniejszy. Dla wielu, również dla mnie niektóre mury są wciąż nie do przeskoczenia.
Wiem, że najlepszą drogą jest pierwszy krok. Scena, w której Bruce w końcu siada przed człowiekiem, który jest do tej rozmowy przygotowany i ma odpowiednie narzędzia do zdzierania z człowieka skorupy jest jednym z tych pięknych momentów w filmie.
Czuły, wyciszony i prawdziwy.
Nie potrzebuję niczego więcej od kina. Dostałem wszystko – od intymnego obrazu artysty, którego szanuję, chociaż nie potrafię wymienić po kolei nagranych płyt, po wchodzący pod skórę dramat o długich spojrzeniach, strachu i zrozumieniu. Dla mnie to obraz idealny, poruszył mną, jak bardzo nie zabrzmiałoby to w wyświechtany sposób. Ale tak właśnie jest, bo to przecież piękny i uczciwy obraz o dzieleniu się sobą. Nawet jeżeli ja osobiście nie jestem w stanie przekroczyć kilku barier, żeby na przykład uporządkować kilku spraw z bliskimi, to wierzę że takie właśnie filmy potrafią coś zmienić w człowieku. A ta Nebraska? Nebraska powstawała w pokoju Springseetna, kiedy ten chciał się podzielić ze światem swoim nastrojem.
To są wspaniałe momenty w filmie – te sceny z rozmów z menadżerem, ich relacje, ciepłe, ludzkie, takich pewnie życzyłby sobie każdy muzyk. Nie interesuje mnie, na ile w tym wszystkim jest prawdy. Nie czytałem żadnej biografii, nie chce wchodzić w polemikę, że „było inaczej”. Oglądam film i widzę kino, które do mnie dociera i kino, którego sobie życzę. Nebraska była takim samym przełomem dla pogrążonego w depresji Springsteena, jak ta najlepsza decyzja o rozpoczęciu pracy nad sobą. Płyta miała (ma!) wszystko to, co przeżywał artysta. Jest szorstka, chropawa, niedoskonała technicznie, trzeszcząca, nieoszlifowana, pełna wystających drzazg, o które można się poranić.
Gatunek: dramat
Reżyseria: Scott Cooper
Scenariusz: Scott Cooper
Obsada: Jeremy Allen White, Jeremy Strong, Paul Walter Hauser, Stephen Graham, Zdjęcia: Masanobu Takayanagi
Muzyka: Jeremiah Fraites

