Rachunek gwiazd

Powieść rozpoczyna się ( i przez długi czas pozostaje) na poziomie ambitnej, nowatorskiej narracji z pogranicza science fiction. Zgodnie z klasyczną zasadą Hitchcocka, już na początku dochodzi do gwałtownego zwrotu akcji: w powierzchnię Ziemi uderza meteoryt. Zdarzenie to ma miejsce na terytorium Stanów Zjednoczonych, a rozmiary obiektu skłaniają środowisko naukowe do formułowania hipotez o możliwym powtórzeniu scenariusza sprzed milionów lat.

Konsekwencje takiego uderzenia – zarówno bezpośrednie, jak i długofalowe – nie ograniczają się do perspektywy kilku lat, lecz obejmują całe dekady. Świadomość tej skali posiadają przede wszystkim naukowcy i specjaliści zajmujący się zjawiskami atmosferycznymi, czyli ci, którzy potrafią spojrzeć dalej i szerzej, przede wszystkim poza czubek własnego nosa.

Rachunek gwiazd - Mary Robinette KowalKu gwiazdom, czyli marzenia pięknej pani inżynier.

Stanowi to znakomity punkt wyjścia, a w mojej ocenie, rzeczywiste novum w obrębie tej narracji. Uderzenie meteorytu otwiera bowiem przestrzeń dla alternatywnej historii świata, w której pojedynczy incydent ustanawia zupełnie nowe realia. Ludzkość zostaje postawiona przed koniecznością. a może jedynie postulatem, zjednoczenia się, by móc podjąć skoordynowane działania. Zmiany klimatyczne, choć przewidywalne, wymagają ponownego tłumaczenia decydentom niczym dzieciom: ich konsekwencje nie ujawnią się w perspektywie pięciu czy dziesięciu lat, lecz znacznie dłuższej. Działania należy jednak rozpocząć natychmiast, jeśli w ogóle mają przynieść efekt. Innymi słowy, konieczne staje się opuszczenie Ziemi.

To założenie jest racjonalne, aktualne i bez wątpienia intrygujące. W istocie otrzymujemy więc w fabule coś odmiennego od tego, czego można by się spodziewać. Niestety, mimo tak obiecującego wprowadzenia, powieść ostatecznie koncentruje się przede wszystkim na indywidualnej drodze jednej kobiety – astronautki – zmierzającej ku realizacji własnego marzenia.

Rachunek gwiazd ostatecznie nie zachwyca, choć sam zamysł pozostaje godny uznania. Powieść, wywodząca się z tradycji science fiction, stopniowo przechodzi w formę zaangażowanego pisarstwa feministycznego. Jest to realizacja sprawna, niewątpliwie konsekwentna, lecz trudno oprzeć się wrażeniu, że na tym właśnie kończą się jej ambicje. Wypada docenić determinację autorki, która z żelazną konsekwencją prowadzi opowieść do finału – podobnie jak jej bohaterka zmierza ku własnemu celowi.

Świetny punkt zaczepny, który moim zdaniem zupełnie umknął autorce.

Co zatem kryje się w środku? Akcja osadzona jest w latach 50., w realiach przyspieszonego programu kosmicznego prowadzonego przez Międzynarodową Koalicję Aeronautyczną (MKA, w miejsce NASA). To okres nieustannej walki z uprzedzeniami, w którym kobiety napotykają cały szereg barier instytucjonalnych i społecznych. Obok seksizmu pojawia się rasizm, szowinizm oraz pełen arsenał zachowań charakterystycznych dla „macho” astronautów i inżynierów. Do tego dochodzą twardogłowi politycy oraz kolejne przeszkody systemowe. W efekcie Rachunek gwiazd staje się lekturą silnie osadzoną w problematyce społecznej, przybliżającą realia epoki i jej napięcia.

Mary Robinette Kowal tworzy alternatywną historię podboju kosmosu, która miała stanowić feministyczną odpowiedź na klasyczne science fiction. Problem polega na tym, że powieść zbyt często przypomina poprawną, przewidywalną wariację na temat Ukrytych działań, zamiast dzieła, które potrafiłoby autentycznie zaskoczyć lub poruszyć.

Początek sugeruje dramat o dużej skali, być może nawet narrację o zabarwieniu apokaliptycznym. Niestety, pozostaje to jedynie obietnicą. Otrzymujemy historię „modelowej dzielnej dziewczyny”, niemal pozbawionej skaz, zmierzającej ku gwiazdom w sposób przewidywalny i bez większej głębi. W rezultacie powieść nie wychodzi poza ramy literatury rozrywkowej, mimo że sama zdaje się aspirować do czegoś znacznie ambitniejszego.

Patryk Karwowski
Autor: Mary Robinette Kowal
Tłumaczenie: Krzysztof Maurek
Ilość stron: 528
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Vesper
Format: 140 x 205 mm