Powieść Człowiek, który spadł na ziemię (The Man Who Fell to Earth) autorstwa Waltera Tevisa, amerykańskiego powieściopisarza, ukazała się po raz pierwszy w 1963 roku. Głównym bohaterem książki był Thomas Jerome Newton, kosmita z planety Anthea, która dotknięta była suszą. Thomas był zatem na misji ratunkowej, cel (w powieści) miał jasny. Musiał skonstruować statek kosmiczny i powrócić na rodzinną planetę z potrzebnym zaopatrzeniem. Jednak Thomas na naszej planecie się zasiedział.
Jako, że był geniuszem opracował serię wynalazków i opracował patenty, które pozwoliły mu stać się potężną (i bogatą) personą. Już nie myślał o powrocie. Nawiązał romans, uzależnił się od alkoholu, dobra konsumpcyjne skutecznie przesłoniły mu wyższe cele.
Połowa lat 70., Nicolas Roeg był już wówczas po trzech mocnych filmach, charakterystycznych i takich, w których twórca kładł silny akcent na jego autorską wymowę. Każdy odcisnął swoje piętno na światowej kinematografii i każdy doczekał się kultowego statusu: Przedstawienie, Walkabout, Nie oglądaj się teraz.
Roeg, nonkonformizm totalny.
Roeg dał się zarazem poznać jako entuzjasta eksperymentalnego stylu. Interesowały go montażowe kontrasty, wizualne metafory i psychologiczna intensywność. Tekst powieści zaadaptował do scenariusza Paul Mayersberg. Mayersberg wydobył esencję z prozy. Podobnie jak u Tevisa, tak i w obrazie Roega chodzi wszak o to samo. Ziemia jawi się jako pułapka, a „misja” rozpada się pod wpływem ludzkich słabości. Roeg pokazuje to zawsze w krótkich, poszarpanych scenach. Obrazy są surrealistyczne. Czas jest nielinearny, a montaż to absolutne mistrzostwo.
Czy film Roega stałby się kultowy bez Bowiego? Śmiem wątpić. Reżyser trafił idealnie w czas, kiedy Bowie szukał nowych wcieleń, pasji, nowych rzeczy które mogłoby znowu ożywić jego artystyczną duszę. Po prawdzie Bowie szukał nieustannie i co rusz wchodził na nowe terytoria, tak artystyczne jak i wizerunkowe, a film był po prostu jednym z przystanków. Wtedy, w połowie lat 70, Bowie przedstawiał się jako The Thin White Duke – chłodny, wyrachowany, emocjonalnie zdystansowany.
Cudownie oniryczny, trudny. Dzisiaj pisze się, że to taki „znak czasów”.
Uzależniony od kokainy muzyk sam stwierdził w pewnym momencie, że nie jest do końca pewny, jaki rodzaj filmu powstaje. Tak, Człowiek, który spadł na ziemię potrafi być nieczytelny, ale dzieło tego rodzaju trzeba odbierać na innym poziomie. Powolne tempo, naturalny magnetyzm Bowiego, a znaczeniowo to chłodna obserwacja społecznej natury. To film o samotności, alienacji i destrukcyjnej sile ludzkiej cywilizacji. Bowie jako wieczny outsider pasuje tutaj idealnie tak do kompozycji filmowej, jak i do stylu Roega, który nakręcił film halucynacje (znowu, głównie za sprawą montażu).
W rezultacie dostaliśmy utwór dość hermetyczny, do którego bardziej według mnie pasuje dramat psychologiczny niż klasyczne science-fiction. Trzeba go jednak docenić na każdym polu, tak za wizualną odwagę, jak i za mocno bezkompromisowy charakter. Roeg wiedział na co się pisze. Mógł przewidzieć, że nawet w mocno stripowanych latach 70. jego Człowiek, który spadł na ziemię sukcesu komercyjnego nie odniesie. Myślę, że tym akurat przejmował się najmniej. Doprowadził projekt do końca, zostawił po sobie jedną z najbardziej niezwykłych wizji, film hipnotyczny, narkotyczny, bardzo smutny.
Czas trwania: 136 min
Gatunek: dramat, sci-fi
Reżyseria: Nicolas Roeg
Scenariusz: Paul Mayersberg
Obsada: David Bowie, Rip Torn, Candy Clark, Buck Henry
Muzyka: John Phillips, Stomu Yamashta
Zdjęcia: Anthony B. Richmond

