PoNapisach
Tumblr Instagram Facebook Twitter
NAJNOWSZE LOSOWE
STREFA VHS

Oliver Stone

plakat - oliver stoneUrodzony 15 września, Oliver Stone

Reżyser, scenarzysta i producent filmowy. Zgłosił się na ochotnika w czasie wojny wietnamskiej. To doświadczenie bardzo mocno odbiło się na nim, jako późniejszym twórcą. Również dzięki temu doświadczeniu jego najsłynniejsze obrazy były tak autentyczne. Jednak Stone to nie tylko film wojenny. Jest świetny w narracji, w opowiadaniu historii o ludziach z lekko skrzywionymi osobowościami. Nie robi filmów łatwych i przyjemnych. Zawsze są „o czymś”.





Jego wypad w kierunku wysoko-budżetowego kina historycznego pominę. Reżyser daje w swoich filmach ogromną szansę „wybicia się” głównemu aktorowi. To są dobrze napisane role, jednocześnie wymagające dla aktora. Z reguły aktorzy Stone’a tę szansę wykorzystują. Charlie Sheen jako Chris, James Woods jako Richard Boyle, Tom Cruise jako Ron Kovic, Val Kilmer jako Jim Morrison. Świetnie rozpisane postacie. Lubię Olivera Stone’a i wypadałoby obejrzeć jego wszystkie filmy. No cóż, czasu było mało. Wszystkie obejrzane do tej pory poniżej. Zachęcam do komentowania i przedstawiania własnej listy.

   MIEJSCE 14   

Alexander - Aleksander (2004)

Alexander – Aleksander (2004). Seans kinowy, więc prawidłowo jeżeli chodzi o taką produkcję. Po filmie przez jakieś pierwsze pół godziny było ok. Ale później? Oprócz blondasa Falela nie pamiętam nic (oczywiście oprócz tego co zostało w pamięci z lekcji historii). Tak, zgadza się – budżet zrobił swoje. Zdjęcia, rozmach, sceny batalistyczne, kostiumy, świetna sprawa. Cały produkt cudownie opakowany i sprzedany jako historia Aleksandra Wielkiego i jego podbojów. Dla mnie zero emocji. Skonsumowałem i zapomniałem. Nie lubię tego filmu. Stone nie powinien się brać za takie tematy. 4/10

   MIEJSCE 13   

Wall Street: Money Never Sleeps - Wall Street: Pieniądz nie śpi (2010)

Wall Street: Money Never Sleeps – Wall Street: Pieniądz nie śpi (2010). Kontynuacja obrazu z 1987 roku. Po 23 latach Gekko powraca do interesu. Chce przede wszystkim (podobno) odnowić kontakt z córką. Na drodze staje mu młody makler (Shia LaBeouf). Gekko to już nie stary Gekko. Jest tutaj zmęczony, wzrok przygasł, a świeża krew w postaci Shii wcale nie pomaga. Jeżeli chodzi o LaBeoufa, to nie widziałem wychwalanego przez co niektórych Charlie musi umrzeć, z nim w roli głównej. Być może to tam w końcu by u mnie zaplusował. Jednak do tej pory, włącznie z Money Never Sleeps, nie pokazał mi się jako dobry aktor. Kontynuacja historii rekinów z Wall Street wypadła średnio. 5/10
 
   MIEJSCE 12   
 
The Hand - Ręka (1981)
 
The Hand – Ręka (1981). Michael Caine jako rysownik komiksów, który wskutek wypadku traci podstawowe narzędzie pracy, swoją dłoń. Przybity, zdołowany, w małżeństwie, które powoli zaczyna się rozpadać. Postać grana przez Caine’a traci kontakt z rzeczywistością, popada w obłęd i szaleństwo. Jego odcięta dłoń natomiast radzi sobie coraz lepiej… Horror Olivera Stone, choć z ciekawymi momentami, dłużył mi się strasznie. Recenzja tutaj. Całość oceniam średnio. 5/10
 
   MIEJSCE 11   
 
Savages - Savages: ponad bezprawiem (2012)
 
Savages – Savages: ponad bezprawiem (2012). Może trochę naiwny i może reżyser chciał za dużo wcisnąć do opowieści o walce z narkotykowym kartelem. Jednak wyszło nieźle. Historia dealerów, którzy chcą wejść na wyższy poziom dilerki. Jest ich dwóch plus ona. Tak, mamy tutaj ciekawy obraz miłosnego trójkąta, gdzie niby wszystko jest ustalone, jednak gdy uczucia przechylają się w jedną stronę, wszystko zaczyna się psuć. Najważniejsza jest tutaj opowieść o przemyśle narkotykowym trzymającym w swoich mackach każdą dziedzinę życia. Nasz wspomniany trójkąt rozpada się szybko, gdyż jeden z jego wierzchołków, czyli ona, zostaje porwana. Teraz wykorzystując swoje koneksje i przede wszystkim uzbierane pieniądze, chcą ją wyrwać z narko-macek. Niezły film, w którym reżyser znowu pokazuje, że jest świetny w narracji. 6/10
 
   MIEJSCE 10   
 
Any Given Sunday - Męska gra (1999)
 
Any Given Sunday – Męska gra (1999). Męska Gra i męski film. Film o wielkiej amerykańskiej miłości, o amerykańskim futbolu. To jest jak religia. Do tego dochodzą ogromne pieniądze, wielkie nadzieje, stracone życiorysy. Najbogatsza liga świata NFL to państwo w państwie. Obroty z reklam i biletów oscylują zapewne w okolicach miliardów dolarów. Ogromna machina, a w niej Al Pacino, trener z jednej drużyn. W czasie dwóch i pół godzin śledzimy losy zawodników, rodzin, sponsorów, dziennikarzy, widzów. Świetny film i bardzo dobra ścieżka dźwiękowa. No i co za obsada… wspomniany Pacino oraz Diaz, Woods, Quaid, Foxx, Heston, Modine. 7/10
 
   MIEJSCE 9   
 
U Turn - Droga przez piekło (1997)
 
U Turn – Droga przez piekło (1997). Oliver Stone dostał za ten film nominację do Złotej Maliny. Fuck it. Przecież to dobry film. Sean Penn jako Bobby Cooper, który w drodze do Las Vegas zatrzymuje się w miasteczku Superior. Nie zatrzymuje się z własnej woli. Fura mu klęknęła 🙂 Zapomniałem dodać, że Bobby wiózł pieniądze dla mafii z Vegas. A Superior? Istne wrota piekieł z wszystkimi grzechami, lubieżnościami i pokusami naszego świata. Całość przypominała mi trochę, stylem opowiadania, filmy braci Coen. Oliver Stone zebrał świetną ekipę. Wspomniany Penn wygląda i gra świetnie, jak zawsze. Finał z nim, gdy już wygląda jakby dostał w twarz pociągiem – mega. Oprócz niego jest jeszcze Nick Nolte, Billy Bob Thornton, Jon Voight, Liv Tyler, Joaquin Phoenix (kurde, jak on pasuje do takich ról). No i Jennifer Lopez, która tutaj wygląda… no, hmm, dobrze wygląda. 7/10
 
   MIEJSCE 8   

Wall Street (1987)

Wall Street (1987). Film dobry, a Michael Douglas – petarda. Tak jakby uniósł niezły film i pobiegł z nim w kierunku przychylnej krytyki 🙂 Ten film to opowieść o rekinach i małych rybkach. Douglas jako Gordon Gekko, szatan z Wall Street. Jest jak Pac-Man pożerający wszystko na swojej drodze. Jednak… gdy rekin zje za dużo rybek, w końcu któraś mu się odbije i zaszkodzi. Tą właśnie małą rybką jest Charlie Sheen. Bud Fox, który stawia pierwsze kroki na giełdzie i staje się z dnia na dzień coraz lepszym graczem. Obserwuje Gekko, przekracza kolejne granice, nawet wbrew własnemu sumieniu, by w końcu… 7/10
 
   MIEJSCE 7   

The Doors (1991)

The Doors (1991). Val Kilmer jako Jim Morrison. Oliver Stone zmierzył się z historią The Doors – zespołu, którego fanem nie jestem, choć znam większość kawałków. W pewnym okresie swojego życia słuchałem dużo Doorsów, jednak nie utożsamiałem się z nimi do końca. Nie znam żadnej oficjalnej biografii zespołu. Wiem za to, że ich muzyka na zawsze zmieniła rocka. Najmocniejszą stroną filmu jest oczywiście Val Kilmer. Jest tak dobry, że aż dziwie się, że nie ruszył w jakąś trasę koncertową po filmie. Całość oceniam jako bardzo dobrze przedstawiony dramat człowieka, kolejnego gwiazdora, który do końca nie wiedział jakim typem gwiazdora chce być. W tle doskonale przedstawiony przełom lat 60-tych i 70-tych i wszystkiego co wiązało się z tym okresem w Stanach Zjednoczonych. Morrison chciał spotkać śmierć od początku. Jego teksty, muzyka to było swoiste zaproszenie dla kostuchy. Świadomość, którą przypalał, zalewał, zasypywał w końcu dała za wygraną. Być może to ten cały syf, którym nasiąkał, wyciągnął z niego taką muzykę… Być może. 8/10
 
   MIEJSCE 6   

Talk Radio - Rozmowy radiowe (1988)

Talk Radio – Rozmowy radiowe (1988). Uwielbiam takie filmy. Filmy o ludziach, którzy krzyczą głośno i jeszcze głośniej, gdy próbują ich uciszyć. Talk Radio to historia Barrego i jego nocnych rozmów. Barry prowadzi audycję radiową, podczas której rozmawia z dzwoniącymi słuchaczami. Dzwoni pewnie cały przekrój społeczeństwa. Jednak w eter wpuszczani są tylko ci o najbardziej radykalnych poglądach, szumowiny, dziwki, alfonsi i ci, którzy kreują się na największych skurwysynów tylko po to, by zmierzyć się z Barrym. A Barry? Barry nasiąka tym całym gównem, a wszyscy mają to w dupie, bo przecież liczy się show. Recenzja tutaj. 8/10

   MIEJSCE 5   

Born on the Fourth of July - Urodzony 4 lipca (1989)

Born on the Fourth of July – Urodzony 4 lipca (1989). Bez dwóch zdań Tom Cruise to zajebisty aktor. Ja wiem, że w życiu prywatnym może być różnie. To co widzimy w tabloidach to procent prawdy. Może rzeczywiście mu odwaliło i łoży grube miliony na scjentologiczną papkę. Fuck it. Takie role jak ta w Urodzonym 4 lipca wpisują go na stałe w panteon gwiazd. Historia Rona, ochotnika w amerykańskiej armii. Tej samej armii, która postanowiła pogrzebać część narodu w Wietnamie. To właśnie Wietnam robi z Rona kalekę. Wydarzenia na froncie, a później inwalidzki wózek zmieniają jego nastawienie i światopogląd o 180 stopni. Teraz walczy u boku protestujących. Ramię w ramię z tymi, którzy chcą powrotu swoich braci, dzieci, znajomych do ojczyzny. Oglądałem to dawno temu, jednak pamiętam doskonale. Właśnie dzięki Cruisowi. To jego zacięcie i „Motherfucker!!!” wykrzykiwane podczas ostrzału wioski widzę do dziś. 8/10


   MIEJSCE 4   

JFK (1989)
 
JFK (1989). Opowieść o prawym człowieku Jimie Garrisonie (Kevin Costner) i zbrodni. Zabójstwo Johna Fitzgeralda Kennedy’ego jak rak toczy amerykańskie społeczeństwo, a Garrison próbuje chociaż na chwilę ulżyć ludzkim sumieniom. Doskonale zrealizowana opowieść o procesie, a raczej próbie doprowadzanie do procesu, w którym oskarżonym ma być rząd USA lub ktokolwiek biorący udział w spisku. Trzymający w napięciu film, w którym teorie spiskowe mnożą się od pierwszej minuty seansu. Zaskakująca obsada, montaż, muzyka, to wszystko powoduje, że JFK z dramatu sądowego zamienia się w pierwszorzędny thriller. Oliver Stone z resztą ekipy zgarnął zdecydowanie zbyt mało Oscarów (tylko dwa na osiem nominacji). Recenzja tutaj. 9/10
 
   MIEJSCE 3   

Salvador - Salwador

Salvador – Salwador (1986). Dlaczego James Woods nie dostał Oscara za rolę w tym filmie? Przegrał z Paulem Newmanem. Dlaczego James Belushi nie dostał nominacji za rolę w tym filmie? Tego nie wiem. Salvador to film o piekle, w które ludzie wchodzą z własnej niewymuszonej woli. Reporterzy wojenni, bo o nich jest ten film zrobią wszystko, by zdobyć to jedno jedyne zdjęcie. Niektórzy chcą po prostu zarobić, inni pokazać światu kolejny pożar na świecie. Jeszcze inni chcą przeżyć przygodę. To hold dla wszystkich tych, którzy robili zdjęcia z frontu. Ten film ma pazury większe niż Wolverine. To kawał mięcha spod lady. Soczysty, przejmujący, zaangażowany od początku do końca. No i sceny, w których reporter jest  zdany na łaskę czy niełaskę typa z giwerą, mrożą widza po dziś dzień. 10/10
 
 
   MIEJSCE 2   

Natural Born Killers - Urodzeni mordercy (1994)

Natural Born Killers – Urodzeni mordercy (1994). Ten film to orgazm dla widza, który pragnie zobaczyć w kinie wszystko. To tak jakbyście głodni otworzyli lodówkę z wszystkimi produktami świata. Jest akcja, thriller, love story, dramat, seks, przemoc, kara i wina. Jest sitcom, teledysk, dokument, kino drogi. Jest w końcu zajebisty Woody Harrelson i świruska Juliette Lewis. Po tym filmie już zawsze będę się jej bał. Z Mickeyem jeszcze bym się dogadał, ale z Mallory… Nie dałbym rady. To jak rozbrajanie bomby. Ona była jak małpa z karabinem maszynowym. Obłąkana na maksa. Świetny film. Tak, zdaję sobie sprawę, że w pierwszym momencie wygląda to na popkulturową papkę. Taki był zamysł. Wyciem i krzykiem w kierunku mediów. Opamiętajcie się, nie pokazujcie tego gówna. Niech im podobni idą swoją drogą, niech rozpieprzą sobie głowy. Dajcie działać odpowiednim służbom. Powstrzymajcie ich w końcu… Scenariusz wyszedł spod ręki Tarantino i znając styl Olivera Stone’a wiemy, że reżyser wszedł do rzeki, której nie znał. To nie jest jego bajka. Jednak, doskonale ją opowiedział. No i ta muzyka! Recenzja ścieżki dźwiękowej tutaj. 10/10

Natural Born Killers - Urodzeni mordercy (1994)
   MIEJSCE 1   

Platoon – Pluton (1986). Długo myślałem, którą z moich trzech dziesiątek umieścić na pierwszym miejscu. W końcu zdecydowałem. Pluton oglądany tak wiele razy w całości, jeszcze częściej we fragmentach. Tu wszystko jest zajebiste. Oprócz wojny, która jest kurewsko niepotrzebna. Mali ludzie w wielkiej dżungli. Bohaterowie i tchórze. Wielkie role, świetna muzyka i masa scen, które można oglądać i oglądać. Świetne antywojenne kino o kolejnym nikczemnym rozdziale w ludzkiej historii. Nie będę pisał o świetnym Williamie Dafoe, groźniejszym niż zwykle Berengerze, o tym świrze Dillonie, o całym plutonie zajebistych gości. W końcu o Charliem Sheenie, czyli Chrisie będącym po trosze alter ego Olivera Stone’a. O Plutonie napisano już wszystko. O muzyce, o zdjęciach, o klimacie. To mój numer 1 Stone’a. 10/10
 
Platoon - Pluton (1986)
 
Wciąż nie widziałem tych wypisanych poniżej. Najważniejszy z nich JFK widziałem po łebkach, więc nie zaliczam do listy. Trzeba mieć dużo czasu, by zmierzyć się z tymi tytułami. Tu trzeba usiąść i na spokojnie obejrzeć zarówno JFK i Nixona. Reszty też oczywiście żałuje. Jednak czasu było tak mało, że dałem radę obejrzeć tylko The Hand i Talk Radio. Nie ukrywam, że dlatego, iż były z tych „krótszych”. Wyczekujcie recenzji debiutu Olivera Stone na blogu u Kuby i Vindoma, czyli TheBlogThatScreamed.

Oliver Stone - nieobejrzane
Heaven & Earth – Pomiędzy niebem a ziemią (1993), Seizure (1974), W. (2008), Nixon (1995), World Trade Center (2006).

No i na koniec pytanie: Jak układa się Wasz Oliver Stone?

/EDIT 

Tak więc udało mi się powiększyć obejrzaną filmografię reżysera o jeden tytuł. JFK (1991), bo o nim mowa, namieszał trochę na liście, ale nie strącił żadnego tytułu z podium. Acha… Wciąż czekamy na recenzje debiutu Stone’a u panów z sąsiedniego bloga! A jak układa się Wasza lista filmów wyreżyserowanych przez Olivera Stone’a? Jakieś zmiany?
  • Gorąco polecam JFK. Świetne 3-godzinne kino z genialną rolą Costnera i wybitnym scenariuszem 🙂 Wpis bardzo dobry, Pluton zdecydowanie na pierwszym miejscu, ale uważam, że Urodzeni mordercy są trochę za wysoko. Nie jest to aż tak dobry film, poza świetnymi rolami i dobrym scenariuszem film psuje specyficzny montaż 🙂 Pozdrawiam serdecznie 😉

  • U mnie to by wyglądało tak: na pierwszym miejscu ex aequo "JFK" i "Pluton", potem długo długo nic i "Droga przez piekło" oraz cała reszta. Na końcu zaś tak jak u Ciebie – "Aleksander".

  • Świetne zestawienie. Niestety nie widziałam wszystkich wyżej wymienionych filmów, jednak wczoraj od razu wiedziałam, że to Pluton będzie nr jeden u Ciebie, ale ktoś na fb mnie uprzedził;) Zgadzam się z tym co piszesz o Tomie Cruise – nie obchodzi mnie jego życie prywatne, jak i innych gwiazd – ważne, że jest dobrym aktorem.

  • W moim przypadku recenzowanie Stone'a nie wchodzi w rachubę. Nie znoszę gościa i szkoda mi tracić czasu na jego filmy. W jego reżyserskim dorobku więcej mam zaległości niż zaliczonych filmów. Może Kuba by się zajął debiutem.

  • Pluton – uwielbiam 🙂 A tak ogólnie Stone jest genialny 🙂 Świetny wpis 🙂

  • Mam świadomość, że wielu widzom przeszkadza lewicowa (czasem wręcz lewacka) postawa reżysera, świetnie widoczna choćby przy okazji Salwadoru. Do ulubionych dzieł Stone'a zaliczam oczywiście Pluton, który ma bardzo wiele wspólnego z Apocalypse Now! , nie tylko przez monologi zza kadru obu Sheenów. Wysoko cenię sobie JFK, który obejrzałem w bardzo młodym wieku i nieco mnie ukształtował pod względem przeróżnych teorii spiskowych – znakomicie mroczna, wręcz fatalistyczna historia dziejów z takim nagromadzeniem aktorskiego topu jak nigdzie – Lee Jones, Pesci, Oldman, Sutherland, Lemmon, Mathau, Spacek, Rooker, Costner i mozna by jeszcze wymieniać (ten film musisz nadrobić w pierwszej kolejności). Lubię też bardzo Heaven and Earth (niby najmniej opisywane z Trylogii Wietnamskiej, ale w końcu pokazujący też wojnę od strony kobiety, z genialną muzyką Kitaro!). Urodzeni Mordercy od prologu z Cohenem mnie kupił i nie puścił, to było cudowne oskarżenie mediów o pogoń za przemocą, plus kolejny policzek w stronę kraju,który fascynuje się seryjnymi mordercami na równi z gwiazdami mydlanych oper (w sumie można powiedzieć, że film proroczy) . Podzielam zachwyt nad U-Turn, bo to świetne kino drogi, które mi się mocno kojarzyło z Wild at Heart Lyncha. Ale Stone to przede wszystkim dla mnie wielki scenarzysta: Midnight Express, Conan, Scarface!. Z jego obrazów nie widziałem The Hand, Savages, WTC, Talk Radio i drugiej części Wall Street. Większość obrazów mam do powtórki. Na YT jest w częściach jego krótki metraż, którym debiutował, Last Year in Vietnam – https://www.youtube.com/watch?v=ZvHRA08A204

  • Conan to bardziej Milius. I pod względem dokonań scenariuszowych Milius wyprzedza Stone'a o parę długości – podobno jest też, w przeciwieństwie do niego, ultra-konserwatywny 🙂

  • Ta lewackość… wydaje mi się troszkę dyskusyjna. Przypomina mi lewicowość niedawnego wydawcy "Ozonu", a od kilkunastu miesięcy lewicowego neofity, który z iście neofickim nastawieniem próbuje przekonać wszystkich dookoła i samego siebie, że jest lewicowy.

    Najbardziej to razi w dwóch Wall Streetach, które kojarzą mi się wyłącznie z jednym rzeczownikiem – hipokryzja. Wróć! Z dwoma… hipokryzja i tendencyjność. To oczywiście nie jest zarzut, z którym muszą zmierzyć się wszyscy reżyserzy… ale jeżeli kręcisz kino "społecznie zaangażowane" to dla przyzwoitości powinieneś spróbować nadać więcej niż jeden wymiar postaci, którą stawiasz za main bad guya… Tymczasem wszyscy "źli" u Stone są jednowymiarowi, puści, prostaccy… nawet cudowny Gordon jest jak postać napisana przez studenta pierwszego roku szkoły filmowej (to właśnie ta prostota postaci jest tak przyjemna), podobnie z sierżantem Barnsem… który tylko raz i to w dość urwanym dialogu stara się być pokazany jako człowiek, a nie sztuczka scenarzysty.

    Powyższe, a więc manipulowanie widzem i jego emocjami to też zarzuty do Salvadoru, Talk Radio o JFK nawet nie wspominając.

    Dobrze w tym miejscu rzucić jakimś przykładem z rękawa i w sumie nasuwa mi się dobry przykład stojący w opozycji do Wall Street, a mianowicie Wilk z Wall Street… Wilkowi nikt nie jest w stanie zarzucić hipokryzji, czy tendencyjności… Scorsese nie walki widza w łbie młotkiem wskazując – to jest cacy a to be… On doskonale wie o tym, że życie nie jest czarnobiałe i nikt kto ma choć trochę przyzwoitości nie powinien go tak pokazywać i tak o nim opowiadać… tak mogą postępować tylko najwięksi hipokryci i za przeproszeniem moraliści.

    Kiedyś kochałem Stone'a, bo kiedyś wszystko to o czym opowiadał w Salvadorze, Talk Radio, JFK, czy Wall Street było bardzo bliskie mojemu sercu, niestety nie mam już 15 lat i CheGuevara na koszulce wydaje mi się bardziej groteskowy niż cool. Dziś widzę, że problem nie w ideach, a w metodzie… Nawet najpiękniejsze i najwznioślejsze idee powinny być przekazywane z pewną dozą szacunku i zrozumienia dla odbiorcy, choć zabrzmi to dość śmieszenie po przywołaniu Wilka z Wall Street, z dobrym smakiem. O. Stone niestety nie ma dobrego smaku, nie ma przyzwoitości… używa tych samych metod co tak znienawidzeni przez niego konserwatyści i moraliści ery reganowskiej.

    Odnośnie kolejności, choć staram się nigdy tego nie robić… to najchętniej postawił bym twoją listę do góry nogami, bo w pierwszej trójce widział Aleksandra, Any givn Sunday i the Doors… nie dlatego, że to działa wybitne, raczej dlatego, że to właśnie one pozbawione są głupkowatego wbijania do głowy wartości, a dzięki temu mogę je oglądać bez poczucia bycia "nauczanym" i "poprawianym".

  • Oliver Stone to prawdziwy geniusz. Co najważniejsze to mimo słabszych filmów jakie mu się przydarzyły (np. „Aleksander”), to potrafił kolejnymi dziełami potwierdzić, że to tylko wypadek przy pracy. Wielu reżyserom nie udaje się wrócić na najwyższy poziom. Dla mnie najważniejsze jego dzieła to „Pluton”, „Salvador” i „Urodzeni mordercy”.

  • @Radek

    Jeżeli Widz czuje się "nauczany" to już problem widza. Tu chodzi przede wszystkim o emocje. Absolutnie więc nie mogę się zgodzić z tym że rok 1986 i "Pluton" oraz "Salvador" stanowiły próbę wbicia do głowy 15-latka wartości. Tu chodzi o emocje reżysera. Naprawdę sądzisz że Stone miał jakiś misterny plan? Że to wszystko było podyktowane chęcią zdobycia młodych gniewnych widzów. On miał wtedy 40 lat i dopiero był gotów na swoistą terapię. To był jego film, o nim i o jego kumplach. To było kurewskie rozliczenie się z frontem gdzie ginęli jego przyjaciele. Jeżeli film z założenia będący "o czymś", bądź "zaangażowany" choć na czas seansu wzbudza emocje / budzi w widzu bohatera / przypomina młodość / prowokuje, to zajebiście dobrze. To co widz z tym później zrobi to jego sprawa. Ja najczęściej idę spać i następnego dnia o tym zapominam. Jednak chwila gdy mogę spojrzeć Barnesowi po raz kolejny w te dzikie ślepia jest bezcenna.

    Jasne że w wieku nastoletnim podniecanie się obrazem trwało dłużej. Przecież po Plutonie jeszcze przez tydzień biegało się po lesie. Z biegiem czasu dostrzegało się inne rzeczy. Każdy dojrzewa. Niestety reżyserzy też. Stone już nie ma tej złości i chęci wymierzania policzków. O Wietnamie już opowiedział i koniec. My dorośliśmy, on dorósł, trzeba iść dalej i cieszyć się że włożył tyle serca w kilka tytułów.

    Podczas seansu Alexandra nie czułem nic.

  • Musi się zająć! Obiecane jest 🙂

  • @Kuba Jeżeli chodzi o U-Turn to przypomniał mi się jeszcze "Red Rock West" Johna Dala. Też podobny schemat. "Urodzeni Mordercy" mają mega zajebistą ścieżkę dźwiękową. "Talk Radio" to dla mnie odkrycie. Jestem zachwycony Bogosianem i klimatem całego filmu.

  • Nie ukrywam że trochę tęsknie za jakąś dramatyczną rolą Cruise'a. Ok, sprawdza się w każdym gatunku, a ponieważ blockbustery dają kasę, więc tam go najwięcej 🙂 Jednak … przydałaby się jakaś rólka w czymś bardziej "gadanym" niż "strzelanym"

  • Źli ludzie go namówili na Aleksandra 🙂

    "Dla mnie najważniejsze jego dzieła to „Pluton”, „Salvador” i „Urodzeni mordercy”."

    No, czyli pierwsza trójka układa się tak samo.

  • Ten specyficzny montaż musiał taki być. Każde inne podejście do tematu dałoby nam kolejny dramat. Montaż dokładnie oddaje to co dzieje się w głowie osoby spędzającej za dużo czasu przed wiadomościami w telewizji. To jest właśnie ta papka. Tu helikopter, cyk, tu poród na ulicy, cyk, teledysk, cyk, o jakiś świr goni z siekierą dzieciaka, tu zostanę, może go dogoni. Taki jest właśnie ten film.

  • JFK jest tu pod postem tak gorąco chwalony że nie pozostaje mi nic innego zrobić jak obejrzeć.

  • Nie. Absolutnie nie mogę się zgodzić. To nie jest problem widza, to problem sposób przekazywania pewnych informacji, to sposób opowiadania pewnych historii.
    Nie chodzi o treść a o metodę.

    Jeżeli przenieść filmową rzeczywistość na debatę, Stone stosuje tanie erystyczne chwyty, nie próbuje nawet znaleźć uzasadnienia dla pewnych wyborów i pewnych sytuacji.
    Nawet przez chwile jako widz nie masz wyboru, stajesz przed faktem dokonanym – Masz czuć to, teraz to, a teraz to! Koniec! Tak chodzi o emocje, ale emocje zupełnie inaczej buduje przywołany w moim przykładzie Scorsese, który prowokuje do myślenia, do zastanowienia się, do poszukania czegoś w samym sobie, a zupełnie inaczej robi to Stone, który nie prowokuje do niczego. Stone wykłada.

    Nie przypisuje mu złej woli, nie próbuje zrobić z niego jakiegoś straszliwego demagoga (choć bogiem a prawdą jest demagogiem), Stone po prostu nie wie, że da się inaczej. W swojej narracji jest jak Micheal Moore – ma silne przekonania i nie cofnie się przed zagraniem na ludzkich emocjach żeby osiągnąć swoje cele. Moore wypada na tym o tyle gorzej… że podobno tworzy filmy "dokumentalne".

    Inaczej mówiąc… Stone nie pozwoli Ci nigdy mieć własnego zdania i własnych odczuć. Możesz myśleć wyłącznie to czego on od Ciebie wymaga, możesz czuć tylko to co On każe Ci czuć. A jeżeli myślisz inaczej, próbujesz czuć inaczej… jesteś zły i błądzisz, jesteś gorszy i niepotrzebny… bo droga jest tylko jedna. I właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej ironiczne.
    Bo ten lewicowy bohater, myśli i opowiada tak jak od zawsze robili to konserwatyści.

  • Wydaje mi się że chciałbyś oskarżyć filmy reżysera o to że nie są szczere (piszę tutaj oczywiście o początkach Stone'a). Scorsese według mnie od początku skupia się na historii, na bohaterach, i tak, to my mamy ocenić. My mamy polubić bądź znienawidzić. Tak, sami mamy wyciągać wnioski. Oliver Stone pokazywał po prostu to co mu leżało na sercu i duszy. Przez to jego obrazy są mi miejscami bardziej bliskie niż filmy Scorsese. Napiszę to inaczej. One są po prostu inne, otwierają inne drzwi percepcji. To tak jakby historię Chrisa z Plutonu opowiadał mi Chris z Plutonu, który dopiero co wysiadł ze śmigłowca. Zaś historię Jake'a La Motty opowiadał mi brat Jake'a La Motty. To jest inne kino, inny styl Tego się będę trzymać 🙂

    Ps. Ty i ten Twój Wilk z Wall Street 🙂

  • Moja pierwsza trójka jest identyczna jak u ciebie. Te trzy filmy są niesamowite. „Alexander” jak dla mnie jest nieporozumieniem i jego najgorszym filmem.

  • Czyli nic się nie zmieniło 🙂

  • Mimo, że jestem bardziej na prawo, niż na lewo nie przeszkadza mi jego "lewicowość". Może też dlatego, że umiem to sobie w miarę odfiltrować. Ostatnio czytałem esej na temat jego twórczości autorstwa Patrycji Włodek (polecam) i przyznaje, że na tyle się zainteresowałem, że chciałbym obejrzeć (niemal) wszystkie jego dzieła. Zgodzę się, że Stone to głównie emocje a nie "głowa" i tak należy go odbierać.
    Co do filmów jeszcze – Aleksander faktycznie słabowity (choć muzyka Vangelisa mi się podobała) a do Savages mam słabość, no i tylu lubianych aktorów na drugim planie.

  • Widzę, że ten esej ukazał się w "Autorzy kina amerykańskiego". Będę szukać.

  • A dokładniej "Mistrzowie kina amerykańskiego. Współczesność" 🙂

  • Ponad 20 reżyserów i ponad 600 stron 🙂 Są także dwa tomy wcześniejsze.