Wierzę w tę historię i wierzę przede wszystkim w cały proces wybielania legend. Ludzie potrzebują swoich bohaterów – dzielnych obrońców, odważnych, silnych, sprzeciwiających się oprawcom. Widać to pod każdą szerokością geograficzną, bez względu na to, czy mówimy o naszym Janosiku, czy o Robin Hoodzie. Romantyczne mity świetnie się sprzedają, a popkultura już dawno przełożyła Robin Hooda na figurę banity, który „zabiera bogatym, a oddaje biednym”.
Każdy czytelnik czy widz ma jednak z tyłu głowy, że to przede wszystkim sprawny zabójca. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by zdać sobie sprawę, ile niewinnych osób mogło ucierpieć podczas każdej akcji Robin Hooda i jego drużyny. A to dopiero początek wybielania. Ta sama romantyczna legenda mogła narastać przez całe dekady, a działanie w imieniu szeroko pojmowanego dobra mogło stanowić zaledwie ułamek rzeczywistych czynów banity.
I o tym opowiada głównie Śmierć Robin Hooda – filmowy poemat, surowy, depresyjny, a przez to niezwykle prawdziwy.
Film rozbija mit o szlachetnym banicie.
Powtarzając „wierzę w tę historię”, wierzę również, że jeśli Robin Hood w ogóle istniał, mógł mieć mocno zwichrowany kompas moralny. Ta liczba potyczek, zabójstw, nałożona na „mroki średniowiecza” – z tej legendy trudno wyłuskać coś jasnego. Udawało się to przez lata; sam jestem wielkim entuzjastą licznych filmowych opowieści o Robinie (Michael Praed na zawsze!). Nie zmienia to faktu, że w ujęciu Michaela Sarnoskiego ta historia zyskuje coś więcej: ponury realizm, porażająco ascetyczne podejście i przede wszystkim tonację, która brzmi uczciwie.
W Śmierci Robin Hooda postać grana przez Hugh Jackmana to mężczyzna błagający o śmierć. Walczy, odpiera ciosy, ale w istocie chciałby, by komuś w końcu udało się przebić mu serce, gardło – zrobić cokolwiek, co pozbawi go życia. Nie może jednak po prostu podnieść rąk i wystawić się na śmiertelne pchnięcie. To człowiek oddany orężu, walczący za każdym razem, gdy nadarzy się okazja. Pod czaszką została już wypalona ziemia, pustkowie bez wrażliwości i empatii. Spogląda pustym wzrokiem i błaga jak żebrak o koniec, brodząc wciąż po kolana we krwi.
Pożegnanie w surowym poemacie o wyczerpaniu i winie.
A wokół krążą czarne kruki, powracają kolejne grzechy przeszłości. Robin wpadł całe lata temu w krąg przemocy i nie potrafi się z niego wyrwać. To spirala: kiedyś zabił żołnierza, później wrócił syn tego żołnierza pomścić ojca. Lata później pojawili się następni krewni. To tylko przykład, ale też pewna reguła w życiu mordercy, któremu jakimś cudem do tej pory udawało się wychodzić cało z opresji.
To nie jest już legenda – zostało tylko ciało. Zniszczone, ciężkie, powolne. Film rodzi się z tej fizyczności, z decyzji, by opowieść o mitycznym banicie sprowadzić do ziemi, do bólu, do kresu. Jako filmowy utwór tytuł stoi w wyraźnej opozycji do atrakcyjnego dla masowego widza kina przygodowego. Innymi słowy, Śmierć Robin Hooda może się nie spodobać – odbiorca przyzwyczajony do wartkiej akcji może poczuć się rozczarowany przytłaczającą atmosferą, a nawet zdezorientowany.
Sarnoski zrobił film o wyczerpaniu. O tym, że każdy mit ma swój koniec, a koniec ten jest zawsze ludzki. Niespektakularny. Nieheroiczny. To kino, które żegna Robin Hooda i robi to z godnością, której współczesne filmy często nie potrafią odnaleźć.
Gatunek: dramat
Reżyseria: Michael Sarnoski
Scenariusz: Michael Sarnoski
Obsada: Hugh Jackman, Jodie Comer, Bill Skarsgård, Murray Bartlett, Noah Jupe
Muzyka: Jim Ghedi
Zdjęcia: Pat Scola

