Octopus Film Festival 2026 – #3

Podczas tegorocznej edycji Octopus Film Festival obejrzałem trzy filmy z retrospektywy Fabio Testiego. Każdy z pokazów był wyjątkowy, ponieważ włoski aktor oglądał filmy w całości razem z publicznością, a później uczestniczył w dyskusjach po seansach, dzięki czemu można było poznać wiele wspomnień z jego przeszłości.

Najważniejsze to kochać (1975), reż. Andrzej Żuławski

Wstyd się przyznać, ale Żuławski jest wśród tych słynnych reżyserów, których twórczość do tej pory mnie omijała. Częściowo działo się to z własnego wyboru, ponieważ znając pojedyncze fragmenty jego filmów, zawsze miałem obawę, że ten specyficzny, natchniony styl do mnie nie przemówi. Dlatego seans Najważniejsze to kochać był tym bardziej wyjątkowy jako pierwsze pełne zderzenie z twórczością Żuławskiego. I faktycznie jest to ten rodzaj kina, które opiera się przede wszystkim na odbiorze emocjonalnym – frenetyczna praca kamery połączona ze skrajnymi stanami emocjonalnymi odczuwanymi przez bohaterów idealnie pasują do opowieści o destrukcyjnej sile miłości. U Żuławskiego miłość niszczy, ale staje się również źródłem ekstremalnych poświęceń, jest pełna sprzeczności, w jednej chwili przynosząc ulgę, a w innej cierpienie.

Najważniejsze to kochać (1975), reż. Andrzej Żuławski

Kreowana przez reżysera atmosfera jest na tyle specyficzna, że niektóre sceny (Jacques Dutronc w makijażu klauna lub sekwencja orgii) zbliżają się poziomem niepokoju do kina grozy lub popularnych w tamtym czasie w Europie filmów giallo. Film zawiera komentarz meta, będąc nie tylko groteskowym spojrzeniem na zdeprawowaną artystyczną bohemę, ale również mieszając prawdziwe życie ze sztuką, a autentyczne uczucia z tymi odgrywanymi na scenie lub podczas prób teatralnych. Pewna fragmentaryczność filmu z nagłymi przejściami pomiędzy poszczególnymi wątkami została wytłumaczona podczas dyskusji po seansie, ponieważ według Testiego pierwotna wersja scenariusza nie mogła zostać zrealizowana ze względu na braki budżetowe i wiele scen po prostu trzeba było usuwać na bieżąco. Dlatego ta momentami chaotyczna opowieść działa dzięki zaangażowaniu aktorów: wybitnej nagrodzonej Cezarem dla najlepszej aktorki Romy Schneider, niepokojąco zmiennego Dutronca, tradycyjnie ekscentrycznego Klausa Kinskiego i wreszcie zaskakująco introspektywnego Testiego. Podsumowując jest to kino trudne do oceny, ale nawet po tylu latach wciąż fascynujące oraz wywołujące ogromne emocje.

Revolver (1973), reż. Sergio Sollima

Kiedy w opowieściach o włoskim kinie mówi się o trzech reżyserach o imieniu Sergio, to zazwyczaj wartościowani są w ten sposób, że ten najbardziej ceniony to Sergio Leone, następny to Sergio Corbucci, a dopiero jako trzeci Sergio Sollima. W kontekście westernów może i wszystko się zgadza, ale jeśli spojrzymy na inne gatunki filmowe, to należałoby się zastanowić, czy to właśnie Sollima nie radził sobie najlepiej, kręcąc z powodzeniem filmy policyjne, kryminalne i przygodowe. Wyreżyserowany przez niego w 1973 roku Revolver to jeden z najlepszych filmów przynależących do gatunku poliziotteschi, który tak naprawdę był uwspółcześnioną wersją spaghetti westernów. Konie zostały zastąpione przez samochody, a równiny i prerie Dzikiego Zachodu przez wąskie miejskie uliczki i wysokie zabudowania. Brutalność pozostała jednak ta sama, a społeczne napięcia oraz panujące wokół bezprawie stały się dla publiczności o wiele bardziej namacalne, skoro filmowe wydarzenia rozgrywały się „tu i teraz”, a nie w odległej przeszłości.

Revolver (1973), reż. Sergio Sollima

Nie będę wchodził w meandry skomplikowanej intrygi Revolveru, wspomnę jedynie o tym, że jest to film traktujący przede wszystkim o zderzeniu jednostki z systemem i wszechobecnej konspiracji, co zbliża go do thrillerów paranoicznych kręconych w USA w latach 70. Sollima nie stracił jednak z oczu swoich bohaterów oraz rozwijającej się między nimi relacji: reprezentujący prawo Vito Cipriani (Oliver Reed) i przestępca Milo Ruiz (Fabio Testi) muszą połączyć siły, jeśli chcą przeżyć i rozwikłać zagadkę. To również kolejny raz, gdy we włoskim kinie gatunkowym napotykam na bohaterów ponoszących konsekwencje swojego braku świadomości klasowej i pewnej ignorancji dotyczącej działania całego systemu. Wystarczy powiedzieć, że w jednej ze scen to drugoplanowa postać kobieca zaczyna tłumaczyć Ruizowi zawiłości polityczno-społeczno, na co ten rozczulająco szczerze odpowiada, że niezbyt go to obchodzi. Revolver jest jednym z najdojrzalszych filmów poliziotteschi, a rozdzierająca serce ostatnia scena ilustrowana ikonicznym motywem muzycznym Ennio Morricone potwierdza, że włoscy reżyserzy w tamtym czasie potrafili niesamowicie puentować swoje dzieła.

Czterech jeźdźców apokalipsy (1975), reż. Lucio Fulci

Octopusowy seans był dla mnie powtórką po kilkunastu latach. Kiedyś film Fulciego niezbyt mi się podobał, oczekiwałem zapewne czegoś bardziej zgodnego z konwencją spaghetti westernu. Teraz myślę o tym filmie zupełnie inaczej, ponieważ prezentowany przez włoskiego reżysera Dziki Zachód jest miejscem zdecydowanie bliższym kinu postapokaliptycznemu, gdzie moralność została zastąpiona pierwotnymi instynktami, ale w tym świecie pojawiają się również jednostki, które chcą coś odbudować i zacząć od początku. Przez większą część akcji to kino drogi, w którym czwórka charakterystycznych postaci (szuler, prostytutka, pijak i mający obsesję na punkcie zmarłych grabarz) przemierza bezkresne przestrzenie w poszukiwaniu lepszego życia. Na ich drodze staje jednak pierwotne zło w postaci inspirowanego Charlesem Mansonem bandyty Chaco.

Czterech jeźdźców apokalipsy (1975), reż. Lucio Fulci

Czterech jeźdźców apokalipsy jest ciekawym przykładem epoki zmierzchu spaghetti westernów, gdzie w utartej konwencji zaczynają pojawiać się motywy oraz rozwiązania fabularne przynależne raczej do innych gatunków filmowych. To również obraz silnie nasycony symboliką religijną od samych rozwiązań technicznych (prześwietlone ujęcia) aż po same idee narodzin i odkupienia. Sceny rozgrywające się w górskim miasteczku zamieszkanym wyłącznie przez mężczyzn, gdzie cała populacja z poruszeniem wyczekuje narodzin dziecka, to jedne z najbardziej poruszających fragmentów w historii westernu. Rozmontowany wcześniej na przeróżne sposoby gatunek wraca w tych momentach do humanistycznych podstaw, których zupełnie nie spodziewałbym się akurat po takim reżyserze jak Fulci. Podobnie jest z portretowanym przez niego motywem uczucia łączącego szulera Stubby’ego i prostytutkę Bunny, które rozwija się częściowo pod wpływem przypadku, a częściowo pod wpływem niezbyt sprzyjających okoliczności. Stubby jest przez większość filmu postacią zaskakująco pasywną, a jego przetrwanie zależy w dużej mierze od wsparcia innych. To jedna z najlepszych ról w karierze Testiego, ponieważ przechodzi przez całą gamą emocji, poszukując w swoim bohaterze nie tyle charakterystycznego dla gatunku lakonicznego bohaterstwa, co raczej po prostu niedoskonałego człowieczeństwa. Czterech jeźdźców apokalipsy można zresztą zestawić z nakręconym w podobnym czasie filmem Keoma – oba traktują o jakimś wyobrażonym końcu świata, cyklicznej naturze przemocy, ale także o dających nadzieję ponownych narodzinach i tym samym możliwości oczyszczenia z grzechów przeszłości.

Adam Lewandowski