Miałem wystarczająco długą przerwę między tym a poprzednim sezonem, by naprawdę zatęsknić za tymi ludźmi. Tak, pokochałem ich tą charakterystyczną serialową miłością, którą darzy się bohaterów ze srebrnego ekranu – postacie, przy których widz po prostu czuje się dobrze. To efekt talentu twórców, ich umiejętności prezentacji, aktorskiej precyzji, psychologicznej głębi oraz sposobu prowadzenia narracji.
Nie pamiętam już dokładnie, czy przy okazji pisania o trzeciej odsłonie widzowie – moi czytelnicy – narzekali na kolejny sezon, czyli ten czwarty, czy może na następny, piąty. Ja narzekać nie zamierzam. Przeciwnie: ogromnie doceniam autorskie podejście twórców do medium serialowego. Nie chodzi jedynie o swobodę w kwestii długości odcinków (od dwudziestu minut po ponad godzinę przy epizodzie weselnym). Chodzi o odwagę i konsekwencję w budowaniu The Bear jako opowieści przede wszystkim o trudnych emocjach.
Świat presji i perfekcji i spowolnienie jako gest twórczy.
Sezon czwarty The Bear to historia ludzi próbujących funkcjonować w rzeczywistości, którą sami sobie stworzyli – świecie presji, perfekcjonizmu i nieustannego napięcia. To opowieść o zmęczeniu. O ambicji, która przestaje być napędem, a zaczyna działać jak trucizna.
Sezon powstawał w momencie, gdy twórcy mieli pełną świadomość skali fenomenu. Serial zdobył sporo nagród, co wywołało presję równie dotkliwą jak ta, którą odczuwa Carmy w kuchni.
Jednocześnie twórcy świadomie spowolnili narrację. Ten gest – często krytykowany – jest decyzją formalną, nie słabością. Świadczy o tym, jak pewną marką był „The Bear” w chwili premiery czwartego sezonu. Zgadzam się: odbiór tej odsłony może być trudny. Nie każdy jest gotowy na ponad godzinny odcinek weselny, utrzymany w zupełnie innym tonie niż kuchenne sekwencje, przypominający kino niezależne z nurtu mumblecore, gdzie rozmowa staje się głównym tworzywem.
Ten sezon schodzi głębiej niż poprzednie – jest boleśnie, jest wzruszająco.
Cały sezon to zresztą schodzenie w głąb – w głąb postaci, w ich rany, w blizny ledwo co zasklepione, w miejsca, które nadal bolą. To grzebanie w emocjach, rozgrzebywanie traum, posypywanie solą tego, co wciąż się nie zagoiło. A jednocześnie jest tu mnóstwo wzruszeń – choćby w odcinku z Donną Berzatto (Jamie Lee Curtis), gdy odwiedza ją Carmy.
Nie miałem problemu z tym sezonem, choć rozumiem, że mniej cierpliwi widzowie mogli zacząć wiercić się w fotelach czy zerkać w telefony. Uważam jednak, że mimo krytyki serial nadal znakomicie łączy intensywność thrillera, precyzję dramatu psychologicznego i dokumentalną obserwację pracy. Byłem z nimi do końca.
Reżyseria: Christopher Storer, Janicza Bravo
Scenariusz: Christopher Storer, Catherine Schetina, Rene Gube, Ayo Edebiri, Lionel Boyce,Karen Joseph Adcock
Obsada: Jeremy Allen White, Ebon Moss-Bachrach, Ayo Edebiri, Lionel Boyce, Liza Colón-Zayas, Abby Elliott
Muzyka: Jeffrey „JQ” Qaiyum, Johnny Iguana
Zdjęcia: Andrew Wehde, Adam Newport-Berra

