Dobre, miejscami bardzo przejmujące (głównie przy części Mój własny wróg, znanej większości z filmowej adaptacji w reżyserii Wolfganga Petersena). To również powieść sci‑fi o wyjątkowo nowatorskim ujęciu dwóch zwaśnionych stron – świeża w prezentacji gatunku, przy okazji którego przez 800 stron (z małym okładem) próbowałam przyzwyczaić się do zagrywki zaserwowanej przez tłumacza. To nawet nie zagrywka, a raczej całkowicie naturalne podejście do sprawy z przekładem.
Drakowie, rasa, z którą ludzie mają kosę od zawsze, są hermafrodytami. I tutaj pojawia się ten moment z odmianą, bo to konkretne drako „poszło, krzyknęło itd.”. To kluczowy aspekt w tym przekładzie. Zgadzam się – tak to trzeba było zrobić, ale w procesie czytania mózg miał pewien problem z płynnym przechodzeniem od słowa do słowa. Czy później było inaczej? Może u kogoś owszem, ale nie u mnie. To dość osobliwa kwestia, na pewno nie wada.
Świat pełen ras i artefaktów – Akta wroga imponują rozmachem.
Ale jest na przykład ten wstęp do Akt wroga, który jest już dla mnie mocno problematyczny literacko. Szanuję, że Barry B. Longyear chciał stworzyć całe swoje uniwersum z takim podłożem historyczno‑kulturowym od strony opisu cywilizacji Draków. To powinno robić – i robi – wrażenie. Drackie kroniki, podania, nawet legendy: na podstawie treści drackiej historii można stworzyć przebogaty krajobraz dla systemu RPG, gotowe plenery dla rozbudowanej gry, koniecznie wysokobudżetowej. No i to w końcu bardzo rozbudowany świat. Cóż z tego, skoro pisarsko treść jest dość sucha i hermetyczna (w tej konkretnej części!).
Wciąż jestem w stanie ocenić Akta wroga jako powieść dobrą, choć w wielu miejscach rzeczywiście wymagającą. Przychodzi bowiem czas na trzy główne wątki — opowieści. Każda z tych części była pisana przez autora w innym okresie, w innym momencie jego życia. To się czuje, niekoniecznie jednak w warstwie językowej, ale chociażby w podejściu do technikaliów. Pojawia się kilka przedmiotów, które wpadły do słownika i zwykłego użytkowania w drugiej połowie lat 90. (wówczas, w 1997 roku, został wydany Ostatni wróg). Zupełnie inaczej sprawa miała się w Mój własny wróg w 1980 roku. Testament jutra natomiast Barry B. Longyear napisał w 1983 roku. Różna optyka, ale też odmienne podejście do prezentacji wydarzeń. Wszystko jednak genialnie się łączy – to ogromny plus. Pomimo że wydarzenia dzieli w tym świecie pewien odstęp, wszystkie prowadzą do finału, do rozwiązania konfliktu – tutaj nic więcej nie napiszę.
Longyear nie ułatwia czytelnikowi zadania, lecz nagradza go pełnym, wielowarstwowym finałem.
Najbardziej przejmująca jest jednak pierwsza część – ta najlepiej znana dzięki filmowej adaptacji Wolfganga Petersena. Jakże przyszło zdziwienie, gdy okazało się, że fabuła (i finał!) jest zupełnie inna niż w filmie. O wiele ciekawsza, bardziej poruszająca, prawdziwa – taka, która pozwala inaczej spojrzeć na wojnę i ludzi tam walczących.
Druga część to całkowicie odmienne podejście do spraw zakulisowych na wojennej arenie. To opowieść z perspektywy kobiety, która całe swoje życie spędziła na polu bitwy, a teraz będzie próbowała wznieść się ponad uprzedzenia, głęboko zakorzeniony rasizm i inne przypadłości pomiędzy rasami – zrozumieć kulturę, wypracować pole do rozmów. Czy zmieni losy wszechświata?
I finalna, Ostatni wróg – tutaj będziemy jako czytelnicy towarzyszyć Drakowi, weteranowi wojennemu, który próbuje zakończyć konflikt (to najbardziej brutalny epizod). To jego misja życia.
Bardzo rozległa, tak tematycznie, jak i w samej konstrukcji świata. Akta wroga to nie tylko ludzie i Draki, to również kilka innych ras, mnóstwo artefaktów, okropności wojenne i te momenty, gdy strony konfliktu już dawno zapomniały, o co właściwie się biją. Atmosfera przypomina trochę Wieczną wojnę – podobny klimat wojennego piekła, wyraźnie zauważalny. To wymagająca w wielu miejscach lektura, ale ostatecznie daje niezwykłą satysfakcję.
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Autor ilustracji: Miachał Loranc
Ilość stron: 816
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Vesper
Format: 140 x 205 mm
