Wybrałem oczywiście wersję czarno‑białą. To było przecież zrozumiałe – jeżeli jest taka możliwość i mamy wejść w te kałuże, zadymione bary, kapelusze, prochowce maksymalnie, to lepiej tylko z tymi barwami.
Sześćdziesięcioletni Nicolas Cage wciela się w Spider‑Mana. Jak cudowny i wywrotowy jest to pomysł? W 1998 roku był o krok od zagrania Supermana – zabrali mu tę szansę, oszukali go, obiecywali, a nie dali. Może i było inaczej, ale ta narracja bardziej mi odpowiada. Zatem powrócił w roli superbohatera, choć do klasyki brakuje mu wiele. I dobrze.
Osiem epizodów, różni reżyserzy i odmienni scenarzyści poszczególnych odcinków, kilka filmowych gwiazd i On – Nicolas Cage. Robi wszystko, czego od niego nie oczekujemy, a i tak serwuje to w swoim stylu: tańczy, śpiewa, wykonuje te wszystkie swoje szalone rzeczy, których być może nie wiążesz z sześćdziesięcioletnim aktorem, który ma już Oscara, więc fuck off.
Ja Nicolasa Cage’a lubię od zawsze, zawsze mu będę kibicować i uważam, że również i w Spider‑Noir wypadł wyśmienicie.
Czarno‑biały świat Spider‑Noir działa jak filtr, który wyostrza zmęczenie bohatera i manieryczność gatunku.
Głównym odpowiedzialnym za Spider‑Noir jest Oren Uziel – u mnie w notesiku z dużym plusem za scenariusz do Paradoksu Cloverfield. Czym natomiast jest Spider‑Noir? To rzecz jasna nowa konwencja (choć były już takie komiksy) w innym krajobrazie niż ten, do którego przyzwyczaił widzów kinowy Marvel. Konkretnie to wspomniany noir, klasyk czarnego kryminału amerykańskiego – najlepiej z lat 30. i 40.
I Spider‑Noir czerpie garściami, wykorzystuje wszystko, z czym wiąże się rzeczony nurt. O kilku elementach wspomniałem, ale idąc dalej – twórcy mają też na uwadze formalizm: odpowiednie światło, kąty kamery, cienie, kadry z postaciami, twarze. A ponieważ serial rozgrywa się właśnie w Ameryce lat 30., tej aurze zostało poddane wszystko – włącznie z Nicolasem Cagem, do którego wypada zawsze wrócić, gdy konwencja już się przejadła (MARVEL i kino superbohaterskie).
Ten serial to triumf stylu nad oczekiwaniami – teatralny, przegadany, a jednak hipnotyzujący jak dym w barze o trzeciej nad ranem.
Zezwolenie na starzenie się superbohatera to najlepsza rzecz w tym serialu. Szanuję całą atmosferę, kupuję tę teatralną, tanią w kilku miejscach dekoracje, czy przesadzone CGI – wiele rzeczy pasuje do maniery, włącznie z przesadną ekspresją aktorską. Taki ma być noir. Ale sam fakt, że główna postać w końcu dotarła do innego punktu w swoim życiu, bardzo mi odpowiadał.
A na to nakłada się naturalnie koloryt gatunku – detektyw Ben Reilly, którego gra Cage, ma wszystko, czym charakteryzowały się postaci grane chociażby przez Humphreya Bogarta. Ben Reilly jest w rozsypce – pięć lat wcześniej był Spider‑Manem, ale w życiu rozegrała się tragedia, dlatego jest tym zmęczonym, zblazowanym jegomościem. Poczucie odpowiedzialności przychodzi, gdy po mieście rozlał się kryminał – znowu trzeba założyć stare odzienie pająka i pomóc w kilku sprawach. Reszta też w punkt – starzy znajomi w nowych wariacjach (jak Sandman), motyw z eksperymentami w czasie I Wojny Światowej (geneza), świetna choreografia w trakcie starć (na pierwszy miejscu ta pijacka szamotanina w barze).
Lekko przegadany, miejscami drętwy, jest jednak czymś absolutnie mi odpowiadającym – innym, ciekawym, do końca intrygującym. Trudno go ocenić, ale pokochać już bardzo łatwo.
Gatunek: akcja, kryminał
Twórca: Oren Uziel, Steve Lightfoot
Reżyseria: Harry Bradbeer, Alethea Jones, Nzingha Stewart, Greg Yaitanes
Scenariusz: Oren Uziel, Steve Lightfoot, Bek Smith, Sarah Streicher, Kat Candler, Chris Black
Obsada: Nicolas Cage, Lamorne Morris, Li Jun Li, Karen Rodriguez, Abraham Popoola, Jack Huston, Brendan Gleeson
Zdjęcia: Darran Tiernan, Peter Deming
Muzyka: Kris Bowers, Michael Dean Parsons

