Czarny horyzont

Nie będzie tu skrajnego zachwytu. Nie może go być, bo chociaż projekt jest wyjątkowo ambitny, to części składowe tej ambicji rozbijają się o decyzje pożenienia kilku gatunków, a przede wszystkim dwóch motywów, które nie pasują do siebie nawet w teorii – jak dwie osobne filmowe historie puszczane w ramach jednego tytułu.

Ale ambicje są, i owszem. Spośród trzech dostępnych w tym momencie gatunkowych sci-fi firmowanych nazwiskiem scenarzysty Philippe’a Pelaeza rzeczywiście Czarny horyzont wypada najbardziej okazale – tak pod względem treści, jak i objętości: 172 strony (w środku trzy epizody) w stosunku do komiksów Dziewięć i Nikt, które miały po 88 stron.

Czarny horyzontCzarny horyzont może zachwycić rozmachem ilustracji, ale fabularnie gubi się w nadmiarze motywów i gatunkowych spięć.

Tematycznie to połączenie wizualnej ekspresji z politycznym komentarzem. Fabularnie – powolny marsz ku granicy, której nikt nie chce przekroczyć, ale wszyscy są do tego zmuszeni. Skazańcy wysłani z Kadingirry na Keplera mają wykonać misję, która od początku pachnie politycznym kłamstwem – ich podróż jest bardziej wyrokiem niż zadaniem. W miarę jak odkrywają tajemnice planety, odsłania się struktura opowieści: dystopia zbudowana na Kadingirry, czyli na przemocy; wyprawa w głąb obcego ekosystemu (Kepler i tytułowy czarny horyzont); oraz stopniowe uświadamianie sobie, że prawdziwe zagrożenie nie tkwi w kosmicznej pustce, lecz w systemie, który ich wysłał.

Składowe bardzo zacne, a zaczyna się od motywu, który w sci-fi wyjątkowo mi leży, upajam się nim, niezmiennie mnie intryguje – eksploracja nowych światów. Pierwszy epizod jest świetny. Tutaj dodatkowo mamy mocny element grozy. Czarny horyzont to niewiadoma, trzeba ją przekroczyć. Było już wysłanych wiele misji, ale ta ze wspomnianymi skazańcami ma szansę na przełom. I widzimy to razem z nimi – z tymi mordercami, terrorystami, ludźmi niebezpiecznymi. To z nimi, jako czytelnik, po raz pierwszy zapadłem się w czarną toń, a tam jest prawdziwy horror, trochę jak te piekielne wideo-komunikaty w Ukrytym wymiarze (1997, Paul W. S. Anderson). Tam dzieje się naprawdę źle, a pierwszy epizod Czarnego horyzontu jest zarazem tym najlepszym. Później jest już gorzej, dużo gorzej.

Ambicje twórców są tu większe niż możliwości konstrukcji fabularnej.

Mamy więc historię tyrana, mamy dystopię i świat skupiony wokół metropolii Kadingirra (starożytna sumeryjska nazwa Babilonu), który chyli się ku upadkowi. Wszystko niby jest jasne, cała treść przejrzysta – nie ma tu niedomówień. Czytelnik nie pogubi się w motywach, wątkach, oprócz tego, że… składników jest za dużo, a niektóre nic nie wnoszą. Cały motyw z igrzyskami śmierci, z jakąś dziwną dyscypliną, która ma trzymać społeczeństwo w ryzach – vide widowiska w Rollerball (1975, Norman Jewison) czy Uciekinier (1987, Paul Michael Glaser), to nie służy niczemu. Jasne, mamy widzieć okrutnego burmistrza, który niczym Neron podpalił własne miasto. To się, moim zdaniem, nie sprawdziło. To kumuluje motywacje, które odsuwają na odległy plan fajny, klimatyczny horror sci-fi. W trzecim akcie dostajemy kumulację – wszystko, wszędzie, naraz. I zainteresowanie siada kompletnie.

Ambicje zostały natomiast całkowicie spełnione na poziomie ilustracji – to jeden z lepszych graficznie albumów sci-fi horrorów, dark ambientowej space-opery czy czegoż byśmy tam jeszcze nie wymyślili. O tak, Benjamin Blasco-Martinez umie w nastrój – jest zawsze mrocznie, zawsze pesymistycznie, a wzmiankuję teraz przecież tylko i wyłącznie o rysunku. Za tym wszystkim idzie jeszcze treść podobnego nastroju serwowana przez Pelaeza. Trzeba przyznać: pośród tych wszystkich mankamentów wynikających z tekstu atmosfera zostaje na tym samym ponurym miejscu – to plus.

Ale zostając jeszcze przez chwilę przy warstwie graficznej – jest tu przede wszystkim rozmach, który przywodzi na myśl monumentalne space opery, choć kreska artysty jest bardziej organiczna. Plansze są gęste, pełne detalu, lecz nie chaotyczne.

To trylogia nierówna, ale może być intrygująca. Jej świat jest sugestywny, jej witalność – imponująca, jej ambicje – większe niż gatunkowe ramy. Twórcy mieli pomysł, ale nie mieli konsekwencji. Komiks ma wizualność, ale nie ma dramaturgii – tak samo solidnej na poziomie trzech odcinków. To trylogia, która rozpada się w rękach: efektowna na powierzchni, pusta w środku. Zostaje po niej wrażenie zmarnowanej szansy. Szkoda, bo jestem fanem poprzednich dwóch komiksów scenarzysty.

Patryk Karwowski

Rysunki: Benjamin Blasco-Martinez
Scenariusz: Philippe Pelaez
Kolory: Benjamin Blasco-Martinez
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
Redakcja: Magdalena Stonawska
Korekta: Sonia Miniewicz
Skład: Piotr Margol
Ilość stron: 172
Oprawa: twarda
Wydawnictwo: Lost In Time
Format: 240 x 320 mm

KOMIKS UDOSTĘPNIONY PRZEZ WYDAWCĘ. ZNAJDZIESZ GO NA PÓŁKACH