Nie miałem problemu z określeniem Rapsodii węgierskiej jednym przymiotnikiem. Ten przymiotnik to „elegancki” – taki jest przede wszystkim komiks szpiegowski firmowany nazwiskiem Vittorio Giardino. Po „elegancki” przychodzi garść kolejnych przymiotników takich jak „precyzyjny”, „przemyślany”, „wnikliwy”. Zostając na chwilę przy „precyzyjnym” możemy od razu przejść do autora, który jako absolwent studiów na wydziale elektrotechniki, z tytułem inżynierskim, innego podejścia do tej gałęzi sztuki mógł nie mieć.
Długo myślałem nad tym, dlaczego Rapsodia węgierska, która owszem jest tym kryminałem szpiegowskim, opowieścią wielowątkową, pełną różnorodnych postaci, opisem stref interesów, pozostaje jednocześnie bardzo przejrzysta. To oczywiście kunszt Giardino, ale chyba też zasługa postaci którą stworzył.
Zatem od początku. Poznajemy Maxa Fridmana w 1938 roku, gdy stoi już trochę na uboczu. Nie jest już aktywnym szpiegiem, pozostaje raczej tym uśpionym. Gdy we Francji dyskutują o przywróceniu go do służby, mówią o nim w kontekście „amatora”. Tutaj tkwi klucz do tego, że my, czytelnicy, jesteśmy tak mocno zaangażowani w opowieść. Bo Max Fridman, gdy go już poznamy lepiej, ale również na początku, zdaje się być całkiem normalnym facetem (dlatego w jakiś naturalny sposób możemy się z nim utożsamić). Prawda, jest tym inteligentnym mężczyzną, który potrafi wyratować się z wielu opresji, ale nie przedstawia też większych wartości, które mogłoby być użyte na polu walki. Trudno też o nim myśleć jako o archetypicznym agencie specjalnym. Nie bije się najlepiej, nie ma aparycji szpiega z powieści Iana Fleminga. Rzeczywiście zdaje się być tym „amatorem” – być może dlatego jest taki skuteczny? A francuskie biuro go potrzebuje, bo chce go wysłać do Budapesztu – tam giną członkowie związani z siatką Rapsodia. To też propozycja nie do odrzucenia, Fridman jedzie do Budapesztu.
Giardino pokazuje, jak elegancja formy może nieść ciężar historii.
Napisać też trzeba, co jeszcze bardziej pozwoli zrozumieć tego bohatera, że Max to bohater zmęczony, nie heroiczny, wciągany w historię wbrew sobie. To nie jest szpieg w stylu pulpowym. To świadek epoki, który próbuje zachować człowieczeństwo w świecie, gdzie każdy gest może być odczytany jako deklaracja polityczna.
Gdy jesteśmy już w Budapeszcie, poczułem się trochę jak w trakcie seansu Trzeciego człowieka Carola Reeda. Miejski labirynt, bohater nieustannie śledzony, ciągle wplątuje się w podejrzane rozmowy, ciągle na celowniku, nikomu nie może ufać, kluczy od adresu do adresu. Jest trochę niepewny swojej pozycji. Naprawdę, znalazłem wiele wspólnego pomiędzy Fridmanem a Martinsem z filmu Reeda. Jest jednak znacząca różnica. Tutaj jest Budapeszt z 1938 roku, tam, w filmie, był powojenny Wiedeń. W komiksie Giardino czuć zatem to przedwojenne napięcie. Czytelnik wie co nastąpi w kolejnym roku, jasna strona mocy w Rapsodii węgierskiej ma jeszcze jakieś nadzieje, a może nie do końca wierzą, że Europa będzie zaraz płonąć.
Rapsodia węgierska – szpiegowski kryminał, który bardziej odsłania ludzi niż tajne operacje.
Wracając natomiast do przymiotnika „elegancki” to tę elegancką formę przedstawia cały tytuł. O treści już napisałem, czas wziąć pod lupę warstwę graficzną. Myślę, że znaczący wpływ na charakter rysunku mogło mieć tu wykształcenie autora. Kadry są statyczne, często symetryczne, prowadzą oko czytelnika w sposób kontrolowany, niemal matematyczny..Kadry są również dość ciasne, podkreślają napięcie, a Budapeszt rzeczywiście jest jak labirynt.
Tematycznie komiks dotyka kwestii manipulacji, strachu i nieuchronności historii. Ale Giardino nie moralizuje – pokazuje raczej, jak jednostka zostaje wciągnięta w tryby wielkiej polityki, jak łatwo stać się pionkiem w grze, której zasad nikt nie tłumaczy. Subtelny i bardzo dojrzały.
Rysunki: Vittorio Giardino
Scenariusz: Vittorio Giardino
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Ilość stron: 92
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Wydawnictwo: Kurc
Format: 215 x 290 mm
KOMIKS UDOSTĘPNIONY PRZEZ WYDAWCĘ. ZNAJDZIESZ GO NA PÓŁKACH

